"Jeśli zew gór Cię nie woła, to jesteś stara pierdoła" — taki napis można przeczytać na górze Klimczok w Beskidzie Śląskim. Nas najwyraźniej ciągle woła, ale zacznijmy od początku. Wiadomo, że rano trzeba zjeść śniadanie (będąc w podróży, nawet Tomek nie ma co do tego żadnych wątpliwości), dlatego czekaliśmy cierpliwie, aż pani Son zaprosi nas do stołu. Dzisiaj znowu dostaliśmy zupę, ale tym razem z dodatkiem tofu, jajka i makaronu ryżowego. Porcja była naprawdę solidna, ale kawa niestety nie spełniła moich oczekiwań, więc zrobiłam sobie dodatkową w pokoju. W międzyczasie szukaliśmy też opcji noclegowych w kolejnej miejscowości, bo wczoraj nic mądrego nie wymyśliliśmy. Ostatecznie padło na homestay (to taki rodzaj agroturystyki), który znalazłam ja, więc zobaczymy, czy standard będzie lepszy niż w tym wybranym przez Tomka 😎.
Po wyjściu z pokoju ruszyliśmy w stronę, jak to określił Tomek, punktu widokowego. Chcieliśmy się tam wybrać już wcześniej, ale przełożyliśmy to ze względu na panującą w ostatnich dniach mgłę. Gdy w końcu znaleźliśmy początek szlaku, byliśmy skłonni się wycofać, bo ciężko było stwierdzić, w którą stronę ruszyć. Mimo początkowych wątpliwości poszliśmy intuicyjnie betonową ścieżką, która po chwili ustąpiła miejsca gruntowej. W dalszej wędrówce pomagały nam też ślady butów w zaschniętym już na szczęście błocie. Ktoś tu przed nami był, więc chyba jest sens piąć się dalej w górę 😉. Punkt widokowy z dołu sprawiał wrażenie niepozornego, myślałam, że będzie to spacer na maksymalnie 30-40 minut i po sprawie. Akurat. Gdy znaleźliśmy się po drugiej stronie skały, czekał nas jeszcze spory kawałek wędrówki. Na szczęście jednak na tym etapie szlak był już bardzo przyjemny i pozbawiony kamieni. Minęliśmy też po drodze turystę, który wybrał się tam z lokalną przewodniczką. Czasami mam wrażenie, że ludzie są odrobinę zaskoczeni, gdy sobie tutaj chodzimy jak po swoim, ale jak już wspomniałam w jednym z postów — po co nam przewodnik, skoro jest Tomek 😃.
Na ostatnim odcinku podejścia powitała nas miejscowa kobieta, oferując zimne napoje oraz rękodzieło. Ku rozczarowaniu małżonka piwa jednak nie miała, więc podziękowaliśmy. Uff, wreszcie na szczycie. Zewsząd rozciągały się wspaniałe widoki na okoliczne góry oraz miejscowość Sa Pa. Jeśli takie widoki oferują tutaj "punkty widokowe", to poproszę takich więcej. Jestem pewna, że w Polsce już dawno ktoś wpadłby na pomysł, by poprowadzić tędy szlak turystyczny, bo widoki okazały się naprawdę zacne. Co prawda nie było tam szczególnie cicho, gdyż po chwili przywędrowały na szczyt dość głośne Wietnamki, a z centrum miejscowości dobiegał hałas, ale i tak zdecydowanie warto było się tam wdrapać.
Super kochani, dziękujemy za super przekaz waszych pięknych przeżyć, życzymy spokojnej podróży do nowego miejsca.Czekamy na relację z nowego miejsca ☺️
OdpowiedzUsuńTrzymamy kciuki za Wasz pobyt w kolejnym miejscu, no a najpierwej za szczęśliwa do niego podróż
OdpowiedzUsuń