30 października 2025

Nie dla Polaka musaka

Ostatni dzień w Atenach postanowiliśmy spędzić głównie na odpoczynku. Gdy Tomek w końcu postanowił zwlec się z łóżka, ruszyliśmy na stację metra, skąd pojechaliśmy do lasu Syggrou. Podczas spaceru kolejny raz mieliśmy okazję spotkać żółwie, które nigdzie się nie spieszyły, podobnie zresztą jak my. Następnie usiedliśmy na chwilę przy amfiteatrze, skąd jednak szybko wygoniła nas młodzież szkolna swoim głośnym zachowaniem.



Też chcielibyście "zbić żółwia" z żółwiem, przyznajcie!

Później znaleźliśmy obiecującą knajpę, w której mieliśmy nadzieję zjeść musakę i sałatkę grecką, niestety akurat dzisiaj musaki nie było, więc musieliśmy pogodzić się z tym, że już nie zdążymy skosztować tego greckiego specjału. Przekąsiliśmy coś drobnego i poszliśmy na stację metra Kifissia, skąd pojechaliśmy na ostatnie zakupy. Po powrocie do pokoju zajęliśmy się drobnymi porządkami i zjedliśmy znowu gyrosa, przegryzając go serem feta i popijając winem.

Wygląda na to, że będziemy musieli wrócić kiedyś jeszcze do Grecji, by zjeść musakę, ale pewnie niekoniecznie do Aten, tylko jakiegoś spokojniejszego miejsca. Podobno greckie wyspy są najpiękniejsze i oferują lepszy klimat niż stolica, więc jest co planować. W międzyczasie obserwowaliśmy też z balkonu, jak sprzedawca głośno zaprasza do zakupu owoców, stojąc z nimi praktycznie na środku skrzyżowania. Bałkańska fantazja nie ma granic 🤭

Jutro planujemy pojechać na lotnisko autobusem, bilet kosztuje 5,50 euro, więc jest tańszy niż metro kursujące na lotnisko, które kosztuje 9 euro. Jeszcze nigdy w życiu nie podróżowaliśmy tak często metrem, więc autobus będzie w tej sytuacji miłą odmianą. Kolejny post opublikujemy już pewnie w Wietnamie, chyba że najdzie nas wena na lotnisku w Singapurze. Trzymajcie kciuki za spokojny lot i brak śmierci głodowej w samolocie. Oczywiście żartuję, kupiliśmy odpowiednią ilość prowiantu, no chociaż z moim apetytem to nigdy nie wiadomo 😃. Pobyt w Atenach oceniamy bardzo pozytywnie, ale raczej nie będziemy tęsknić za panującym tu non stop hałasem i tłumami w metrze. Pozostaje nam tylko pożegnać się greckim do widzenia, czyli zwrotem "γεια σου" /ja su/ 😉

A tu można będzie śledzić nasz lot. Wg polskiego czasu mniej więcej między 9:15 a 20:30.

29 października 2025

Na straganie w dzień targowy

Zacznijmy od sprostowania. W poprzednim poście wkradł się błąd, ponieważ to jutro jest nasz ostatni pełny dzień w Atenach. Wylot do Wietnamu czeka nas w piątek. Dobrze, że Monice coś się nie zgadzało i sprawdziła daty, bo kiepsko byśmy wyglądali jutro na lotnisko, szukając lotu, którego nie zaplanowano.

Nie śpieszyliśmy się dzisiaj z pobudką. Musiałem trochę popracować, a później, ok. 13:00 ruszyliśmy do dzielnicy Omonia na miejskie targowisko Varvakios, by sprawdzić, gdzie zaopatrują się miejscowi.
Targ robi wrażenie, takiej ilości różnego rodzaju mięsa, ryb i owoców morza nie widziałem chyba nigdy wcześniej. Niestety musieliśmy kupić kolejne bilety 5-dniowe, bo poprzednie straciły już ważność, a cena pięciodniówek jest dokładnie taka sama, jak dwóch biletów dobowych. Szkoda, że w Atenach nie można kupić biletu tygodniowego, ale co zrobić.





Na zewnątrz roiło się od stoisk z owocami i warzywami. Na każdym kroku ktoś sprzedawał oliwki.



Później stwierdziliśmy, że przejdziemy się na plac Monastiraki, skąd ruszyliśmy do dzielnicy Anafiotika, a później na jedzenie do libańskiej knajpy (obsługa znała nawet kilka słów po polsku) z powrotem w okolice Monastiraki. Najedzeni stwierdziliśmy, że nie było nas jeszcze na przykład na stacji Metaxurghio, więc dawaj na stację metra! W końcu mamy bilety :) Okazało się, że w dzielnicy Metaxurghio nie ma za bardzo co robić, więc przeszliśmy się na stację Kerameikos. Po drodze Monika zauważyła punkt z usługami drukarskimi, gdzie wydrukowaliśmy karty pokładowe na piątkowy lot i wróciliśmy do pokoju, po drodze zahaczając o Lidla.

Zjedliśmy makaron z mulami i zajęliśmy się sprawą numer jeden na dzisiaj, czyli organizowaniem sobie noclegu w Hanoi, bo z tego, który mieliśmy zabukowany już wcześniej, nic nie wypaliło z powodu jakiejś "inspekcji", która akurat ma mieć miejsce w dniach, w których mieliśmy rezerwację. Zaproponowano nam co prawda zmianę lokalu na inny, ale coś nam bardzo śmierdziało, więc zrezygnowaliśmy i zarezerwowaliśmy coś zupełnie innego. Plusem jest darmowy transfer z lotniska. Do centrum spacerkiem idzie się z pół godziny, ale w okolicy są przystanki autobusowe, więc jakoś ogarniemy. W Hanoi będziemy do poniedziałku 10 listopada.

Jutro pewnie znów dzień na luzie. Na razie wystarczy przygód i atrakcji.

28 października 2025

Darowanemu Pegazowi nie zagląda się w zęby

Dzisiaj wstaliśmy wcześnie, bo już przed 7:00, by uniknąć kolejek i tłumów podczas zwiedzania Akropolu (przypomnimy tylko, że dzisiaj wstęp był bezpłatny z okazji święta narodowego — normalnie bilet dla jednej osoby kosztuje ok. 150 zł). W metrze było prawie pusto, co nieczęsto się tu zdarza, więc trochę naiwnie liczyliśmy na brak kolejki do wejścia na Akropol. Kolejka była, ale na szczęście dość płynnie się przesuwała, więc niecałe pół godziny szybko zleciało.

Na Akropolu spędziliśmy około godziny, podziwiając starożytne zabytki, a Tomek oczywiście nie powstrzymał się od robienia zdjęć. Zewsząd słychać było języki z różnych części świata, a zwiedzanie było nie lada wyzwaniem z uwagi na konieczność manewrowania wśród masy ludzi. Pocieszamy się jednak, że godziny szczytu miały zacząć się dopiero później, więc opłacało się być rannym ptaszkiem.




Po zwiedzaniu Akropolu przyszedł czas na chwilę przerwy i obmyślenie dalszego planu. Wybór padł naturalnie na Muzeum Akropolu, z którego jednak dość szybko uciekliśmy głównie ze względu na tłumy. No dobra, tak naprawdę uznaliśmy, że eksponatów wcale nie było aż tak dużo, a regularna cena biletu wynosząca jakieś 85 złotych jest, delikatnie mówiąc, przesadzona. Weszliśmy jednak za darmo, a wiadomo, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.


Następnie, mimo że już w sumie mieliśmy dość, ruszyliśmy w stronę Świątyni Zeusa Olimpijskiego, którą zainteresowaliśmy się kilka dni wcześniej, ale odstraszyła nas wtedy cena biletu, czyli podobnie jak w muzeum 85 zł. Dzisiaj było za darmo, i całe szczęście, bo oprócz świątyni otoczonej rusztowaniem nic tam w sumie nie ma, nie licząc punktu gastronomicznego oferującego piwo za 20 zł, co oczywiście nie uszło uwadze Tomka. To już chyba 85 zł za Muzeum Akropolu jest bardziej uzasadnioną ceną.

Po wyjściu ze świątyni przypomnieliśmy sobie, że przecież musimy jeszcze zaliczyć Agorę Ateńską, która na szczęście nas nie rozczarowała, ale po jej zwiedzaniu byliśmy już naprawdę zmęczeni. Po chwili przerwy na ławce w parku i podziwianiu papug, które żyją tam na wolności, ruszyliśmy na stację metra, by dotrzeć do ostatniego, jak myśleliśmy, punktu naszej wycieczki, czyli Narodowego Muzeum Archeologicznego. Wcześniej jednak kupiliśmy sobie mrożone espresso, które w otoczeniu zieleni smakowało wybornie, i niespiesznie cieszyliśmy się chwilą. Niestety miało to swoją cenę, bo do muzeum dotarliśmy na 20 minut przed jego zamknięciem — nasza wina, bo nie sprawdziliśmy, że świąteczne godziny otwarcia różnią się od tych w dni robocze. Jako że nasze stopy nie były już na tym etapie pierwszej świeżości, nie poczuliśmy z tego powodu większego rozczarowania i postanowiliśmy na chwilę wrócić do pokoju.





Dziwne te gołębie.


Po chwili narady stwierdziliśmy, że przydałoby się coś przekąsić — co prawda mieliśmy w lodówce kupione w okazyjnej cenie mule, więc wystarczyło je na szybko przyrządzić, ale jakoś brakowało weny do gotowania. Znaleźliśmy nieopodal miejsce z domową kuchnią, trochę w stylu baru mlecznego, więc mieliśmy nadzieję, że najemy się za tani pieniądz. Na miejscu było jednak trochę dziwnie i wcale nie tak tanio — za 6 euro dostalibyśmy niewielki kawałek mięsa z ryżem lub ziemniakami, a pan gospodarz podejrzliwie na nas łypał. Ostatecznie w innym miejscu kupiliśmy sobie dużego gyrosa, również za 6 euro, którym naprawdę się najedliśmy, a pani z obsługi była dodatkowo bardzo przyjazna. Mule będą na jutro, no chyba że Tomek je wsunie jeszcze dzisiaj na kolację 🤭

Najedzeni uznaliśmy, że mimo bolących nóg przyda się jeszcze gdzieś pospacerować. Podjechaliśmy więc metrem na Stadion Olimpijski — nazwa brzmi bardziej spektakularnie niż sam wygląd obiektu, ale pokręciliśmy się tam trochę, Tomek zrobił zdjęcia fladze olimpijskiej, i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wróciliśmy do apartamentu. Jutro już ostatni pełny dzień w Atenach — nie wiadomo, kiedy ten czas zleciał, ale może to i lepiej, bo już tyle atrakcji, a nie dotarliśmy nawet do celu naszej podróży...


27 października 2025

Posejdon nie lubi poniedziałków

Po wczorajszej górskiej przygodzie nie chciało nam się już iść na tradycyjne zakupy do Lidla, w którym zawsze zaopatrujemy się w pieczywo, zmuszona więc byłam wybrać się rano do piekarni (Tomek był nieugięty, ponieważ to on przecież załatwia większość spraw i z tego powodu czuje się wykorzystywany 😉). Daleko nie miałam, bo wystarczyło zejść po schodach, ale i tak szłam tam z duszą na ramieniu. Ambitnie przygotowałam sobie podstawowe zwroty po grecku (nie to co poniektórzy po angielsku, phi), które jednak nie na wiele się zdały, bo pani wolała mnie sprawnie obsłużyć, zamiast próbować rozszyfrować moją pokaleczoną grekę. Uznajmy jednak, że odniosłam sukces, bo wyszłam z dwoma tradycyjnymi greckimi spanakopitami, a nawet z czymś w rodzaju ciemnego pieczywa (po grecku "mavro psomi"), więc coś tam jednak musiała zrozumieć.

Wspólnie uznaliśmy, że należy nam się dzisiaj odpoczynek, więc znaleźliśmy obiecującą plażę w pobliżu miasta Wula na południe od Aten. Dojazd nie był szczególnie skomplikowany, bo udało się tam dotrzeć metrem i dwoma tramwajami, gorzej było z ogarnięciem dojścia na samą plażę, ale i z tym sobie poradziliśmy. Niestety dzisiaj wyjątkowo wiało, fale były duże, więc po chwili plażowania ruszyliśmy na cypel, gdzie Tomek porobił trochę zdjęć.



Chciałam zrobić fajne kółeczko, ale oczywiście przejście z drugiej strony było zamknięte, więc trzeba było się wracać. Następnie podjechaliśmy tramwajem w okolice mariny, pospacerowaliśmy po deptaku i ruszyliśmy na przystanek tramwajowy. 



Ostatnim punktem dzisiejszej eskapady było Centrum Kultury Fundacji Stavrosa Niarchosa, bardzo nowoczesny budynek, w którym znajduje się m. in. biblioteka narodowa oraz odbywają się różne koncerty. 

    
     
 
    

Wjechaliśmy windą zewnętrzną na taras widokowy, skąd podziwialiśmy zachód słońca, a Tomek po raz kolejny miał szansę dać upust swej fotograficznej pasji. 


    
     
   

Dzisiaj nie obyło się już bez zakupów w Lidlu, ponieważ jutro Grecy obchodzą święto państwowe, więc nie spodziewamy się otwartych sklepów, za to muzea będą za darmo, więc plan na jutro jest jasny. Zakupy należy jednak uznać za udane, ponieważ ze sklepu wyszłam z dużym pudełkiem bezcukrowych lodów, co zawsze jest dla mnie ogromną radością.
Dzisiaj na liczniku około 17 tysięcy kroków. Chyba nie potrafimy odpoczywać...

Dobre te lody, takie nie za słodkie

 

26 października 2025

Nie wierz nigdy kobiecie

Jak zapowiedzieliśmy, tak zrobiliśmy. Wczoraj, szukając miejsca na wypad poza miasto, poradziłem się Perplexity (coś jak ChatGPT) i wybór padł na pasmo górskie Hymet. Nie planowaliśmy niczego poza luźnym spacerem po lesie i pstryknięciem kilku zdjęć znajdującym się w okolicy zabytkom. Oczywiście wyszło zupełnie inaczej.

Sztuczna inteligencja idealnie zaplanowała nam trasę dojazdową, stwierdziła, w co wsiąść i gdzie wysiąść.
W taki sposób dosyć sprawnie dotarliśmy na nasz przystanek docelowy w dzielnicy Kaisariani. Stąd czekał nas kilkudziesięciominutowy spacer do naszego celu nr 1, klasztoru Kiesariani.

Ścieżka wiodła głównie przez las, więc widoki były mocno ograniczone. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w pobliżu ruin wczesnochrześcijańskiej bazyliki, gdzie zjedliśmy kupioną nieopodal naszego noclegu spanakopitę z serem.




W centrum widać Akropol, z tej odległości nie robi takiego wrażenia

Posileni ruszyliśmy dalej. Po jakimś czasie dotarliśmy do klasztoru. I tu pierwsza wtopa — wstęp miał kosztować 3 euro, a kosztował pięć. Nie lubimy przepłacać, bo przecież najlepsze atrakcje są za darmo, więc zgodnie z życzeniem Moniki (stąd tytuł posta) ruszyliśmy na najwyższy szczyt Hymetu — Evzonas (1026 m n.p.m.). Miało być łatwo i sympatycznie. I było do pewnego momentu. Z samej góry roztacza się rozległy widok na okolicę. Na szczycie znajduje się coś w rodzaju bazy wojskowej, więc poruszanie się po terenie jest dosyć utrudnione.


Monika i jej bezcukrowe ciastko na szczycie. Jeszcze nie wiemy, co nas czeka

Droga w górę dała nam w kość, postanowiliśmy zejść do najbliższej cywilizacji, skąd odjeżdża jakikolwiek autobus pod jakąkolwiek stację metra. Posiłkując się po raz kolejny Perplexity, udało mi się ustalić, że najłatwiej będzie zejść do dzielnicy Papagou, skąd odjeżdżać miał autobus linii 409 w kierunku stacji metra Ethniki Amina. Wyznaczyłem więc trasę w Organic Maps i w drogę! Już za półtorej godziny będziemy na przystanku... Akurat.

Początkowo nic nie zwiastowało problemów, ścieżka była wygodna, mało kamienista, dobrze oznaczona. Do czasu. Kamieni było coraz więcej, a oznaczenia tak jakby coraz rzadsze, aż w końcu na którymś rozwidleniu, o ile stertę głazów można nazwać rozwidleniem, zupełnie znikły. Nawigacja prowadziła zupełnie nieintuicyjnie, postanowiliśmy iść więc na przełaj. Drogę, do której mieliśmy dojść, widać było już nieco niżej.


Do tej drogi musieliśmy zejść, potem jeszcze tylko 3 km przez las i jesteśmy na przystanku ;)

Dalej mógłbym już nic nie pisać, bo pewnie domyślacie się, jak się kończy kierowanie się "na oko"
w nieznanym terenie. Podpowiem: podrapanymi nogami od różnych chaszczy, stresem, że nie zdążymy przed zachodem (nie zdążyliśmy, ale nie było jeszcze całkiem ciemno, więc bez dramatu) i podobnymi tematami. Do tradycji przeszło już zresztą, że w zasadzie każda zaproponowana przez Monikę trasa, która z założenia ma być lekka, łatwa i przyjemna, kończy się niemal walką o przetrwanie. A to droga, której widok ucieszył mnie, jak mało który.


Na koniec zdjęcia z pustego autobusu. Na szczęście przyjechał. Perplexity dało radę. Zawiódł człowiek :). Ciekawostka: na przystankach nie ma typowego rozkładu jazdy. Napisane jest tylko, z jaką częstotliwością dana linia jest obsługiwana. Nasza w niedzielę miała częstotliwość 25-35 minut. Mówiłem, że w Atenach czasu nie liczą. Przyjechał po dziesięciu, więc można powiedzieć, że mieliśmy szczęście. Kroków dzisiaj: 25 tysięcy.


Monika dobrze wie, że to był jej pomysł ;)

25 października 2025

A w Atenach grasują żółwie

Dzisiejszy dzień zaczął się od drobnej wpadki. Na stacji metra zauważyłem, że nie zabrałem ze sobą aparatu. Na szczęście do pokoju niedaleko, więc nie było problemu, żeby po niego wrócić. Straciliśmy w ten sposób 10 minut, ale nikt tego nie zauważył, bo w Atenach nikt czasu nie liczy.

Po wczorajszym leniuchowaniu (zrobiliśmy przecież tylko 20 tysięcy kroków, ale to szczegół), postanowiliśmy zacząć dzień z grubej rury i zerknąć na panoramę miasta z innej strony. A co nadaje się najlepiej na podziwianie widoków? Wiadomo, najwyższe punkty, a w Atenach wyżej niż na wzgórze Likavitos (277 m n.p.m) się nie wejdzie. To ten stożek.

Wysiedliśmy więc na stacji Evangelismos i z pomocą nawigacji ruszyliśmy przed siebie. Gdzieś po drodze zboczyliśmy z trasy, ale może i dobrze się stało, bo choć później musieliśmy się troszkę wrócić, spotkaliśmy niezłego gada! To pierwszy dziko żyjący żółw, jakiego w życiu spotkaliśmy.


żółw bezskutecznie próbuje wyjść z cienia Moniki

Koniec końców trafiliśmy na szczyt wzgórza. Na szczycie znajduje się restauracja i cerkiew.
Z każdej strony rozpościera się rozległy widok. Ciekawostką jest, że na Likavitos wjeżdża kolejka podziemna.



Po zejściu ze wzgórza poszliśmy szukać cienia do Ogrodu Narodowego. Nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł. W tym upale nawet starożytni szukali wytchnienia.


Nie wiem, czy żółwie były równie starożytne, ale były równie nieruchome, co jegomość ze zdjęcia powyżej.


Po parku przyszedł czas coś przekąsić. Dziś jedynie deser w postaci jogurtu greckiego z orzechami i miodem. Monika oczywiście wzięła bez miodu :). Usiedliśmy z jogurcikami przy wejściu na wzgórze Areopagu, więc skoro już byliśmy tak blisko, nie mogliśmy się oprzeć i wleźliśmy na górę.



Przyznacie, że widok nie najgorszy. Gdzieś w międzyczasie pochodziliśmy jeszcze po okolicach Plaki, skoczyliśmy na zakupy i wróciliśmy do pokoju.



A tak się prezentuję, zerkając przez obiektyw na kolebkę europejskiej kultury. To pod koszulką, to nie brzuch, złośliwcy!

Być może jutro uciekniemy gdzieś dalej, bo już dzisiaj, w sobotę, tłumy były nieziemskie. W niedzielę pewnie będzie jeszcze gorzej. Krokomierz pokazał mi ponad 21 tysięcy kroków. Trzeba wziąć się za siebie!


Pozdrawiamy!