31 marca 2026

W krainie wulkanów i wodospadów

Berastagi. Miasteczko górskie. Cisza, spokój, zieleń. Tylko że to wcale nie tak. Spodziewaliśmy się ucieczki od wszechobecnego ruchu i hałasu, a trafiliśmy w samo centrum apokalipsy spowodowanej świętem Idul Fitri obchodzonym z okazji końca ramadanu. Wyobraźcie sobie długi weekend majowy na Zakopiance i pomnóżcie to kilkukrotnie. Może wtedy zrozumiecie, o jakim natłoku pojazdów mówimy. To właśnie ten świąteczny okres winien jest licznych opóźnień autobusów. Monika wspomniała już, że z Parapatu do Siantaru jechaliśmy 6 godzin, zamiast planowych 90 minut.

Inna sprawa, że Berastagi to niezupełnie górskie miasteczko. Na pewno nie takie, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni w Europie. Choć leży na wysokości 1300 m n.p.m, to nie ma tu zbyt wiele zielonych zakątków, a i gór na horyzoncie jak na lekarstwo. Bodaj jedyne dwa wzniesienia w okolicy to Sibayak (2212 m) i Sibanung (2460 m), aktywne wulkany, stanowiące cel wycieczek okolicznych mieszkańców. Szczególnie upodobali sobie oni spacery o wschodzie słońca na ten pierwszy. Poza wulkanami w okolicy znajdują się też wodospady. Na przykład Sipisopiso, jeden z najwyższych na Sumatrze, z którego woda spada z wysokości 120 metrów.

Muszę się przyznać, że Indonezja nie przestaje mnie zaskakiwać. Ludzie są tu bardzo sympatyczni, zwłaszcza indonezyjskie dziewczyny, których uśmiech i pogodne nastawienie wcześniej nijak nie pasowały mi do ich muzułmańskich strojów i do mojego wyobrażenia o islamskiej rzeczywistości w tej części świata. Jedna z nich, pracująca w naszym hotelu, nie mogła przestać zachwycać się urodą Moniki, twierdząc nawet, że jest ona "so cute". Jakby ktoś tego wcześniej nie wiedział... 

Wszyscy chętnie pomagają i nawiązują z nami interakcje, choć bywa to już czasami nie do wytrzymania. Nie zliczę, ile razy w ciągu jednego spaceru słyszymy "hello, mister!" i "hi, miss!". Ludzie namawiają nas na selfie, ale odmawiamy. Ileż można... Takich szoków kulturowych jest tu zresztą więcej. Osobna historia to to, co się dzieje na drogach. Tu taki mały przykład obrazkowy.

Jazda na dachu wydaje się tu zgodna z przepisami



A tak wygląda tradycyjny indonezyjski chodnik

Wróćmy jednak do tego, co nas spotkało w Berastagi i okolicach. Po wynajęciu skutera ruszyliśmy w stronę wulkanu Sibayak. Drogi tu są czasami w tak fatalnym stanie, że aż strach po nich jeździć. Wyobraźcie sobie luźno leżące kamienie wielkości pięści, przez które trzeba się przedrzeć skuterem. Takie fragmenty nie bywają długie, ale są upierdliwe. Podobnie jak dziury w asfalcie, do których wjechanie skutkuje bolesnym jękiem maszyny i naszym również. Miejscowym zdaje się to w niczym nie przeszkadzać, podobnie jak wszechobecne śmieci, na które nikt tu nie zwraca uwagi. Wielokrotnie widzieliśmy, jak ktoś wyrzuca odpady bezpośrednio przez okno auta na drogę albo prosto z pokładu promu do wody. Nie da się na to patrzeć, ale takie tu panują zwyczaje.

Ścieżka prowadząca na szczyt wulkanu nie była zbyt wymagająca, pokonaliśmy ją mniej więcej w półtorej godziny. Na górze przywitał nas iście księżycowy krajobraz, dojmujący odór siarki i syk buchającej spod ziemi pary. Nie powiem, klimacik był całkiem niezły. Tym bardziej, że do tej pory jedynym chyba wulkanem, na jakim byłem, był Anaberg ;).




Z rozbawieniem obserwowaliśmy tłumy rozbijające namioty, niczym w bazie pod Everestem. Pewnie to z myślą o czekaniu na kolejny wschód słońca. Jak już wspomniałem, trafiliśmy akurat na święto Idul Fitri, dlatego nie mieliśmy łatwo. Młodzież, która miała wolne od szkoły, rzadko przepuszczała okazję, by zaczepić obcokrajowców. Ale jak to mówią, młodość rządzi się swoimi prawami.

A właśnie. Podczas pobytu w Berastagi kupiliśmy nowe telefony – Redmi Note 15, na razie sprawują się nieźle, cena o 10% niższa niż w Polsce, więc szału nie ma, ale zawsze to coś. To dla tych, których mógł zaskoczyć przeskok jakościowy filmików w tym poście z wcześniejszymi.

Jazda skuterem ma wiele zalet, ale są też takie chwile, w których trzeba uzbroić się w cierpliwość. Na przykład na stacjach benzynowych. Nie wiedzieć czemu (wiedzieć, wiedzieć – Idul Fitri), w Berastagi zawsze były na nich kilkunastominutowe kolejki. Raz czekaliśmy ponad pół godziny na swoją kolej. Ale benzyna za to tania. Ok. 2,10 zł za litr. Inną z wad jest to, że trzeba wdychać spaliny, a niektóre pojazdy kopcą tu dosłownie jakby były zasilane węglem. Zdarzyło się, że stanęliśmy na poboczu, by przeczekać kilka minut, aż śmierdziel odjedzie, by po jakimś czasie i tak dogonić go na jednym z bardziej stromych podjazdów, na którym ledwie już zipiał, produkując kłęby czarnego dymu. Normy emisji spalin? Zapomnijcie. Podejrzewam, że co najmniej połowa aut, które poruszają się po tutejszych drogach, w Polsce nie przeszłaby przeglądu technicznego.


Wspomniałem we wstępie, że udało nam się trafić na wodospad Sipisopiso. Nie był to jedyny wodospad, który widzieliśmy w Berastagi. Był jescze Sikulikap, do którego ścieżka prowadziła przez park opanowany przez małpy.



Sipisopiso


A to Sikulikap


Wieczorem ruszyliśmy jeszcze na wzgórze Gundaling, ale było tam za głośno i zbyt odpustowo, więc szybko się zmyliśmy i wróciliśmy do pokoju. Kolejnego dnia pojechaliśmy do Medanu, a stamtąd, po awaryjnym noclegu w fatalnych warunkach, do Rantauprapat. Podróż miała trwać siedem godzin, trwała dziewięć. Takie już uroki tych regionów. 

Dzisiaj dojechaliśmy do Padang Sidempuan. Sztuczna inteligencja ostrzega, że jako obcokrajowcy będziemy tu świecić jak neony i wzbudzać powszechne zaciekawienie. Nie możemy się doczekać. Będziemy się tu starać o przedłużenie wiz. Wymaga to podobno aż trzech wizyt w urzędzie imigracyjnym. Dalsze plany obejmują podróż za równik na półkulę południową. Brzmi poważnie, ale to już rzut beretem stąd. Do zaś!

25 marca 2026

Z kamerą wśród zwierząt

Po długich debatach podczas ostatniego dnia w Medanie postanowiliśmy zatrzymać się na krótko w mieście Siantar, bo nie wiedzieliśmy ciągle, jak ogarnąć lokalne autobusy, a pociąg wydawał się najbezpieczniejszą opcją. Wydawał, bo po dotarciu Grabem na dworzec kolejowy okazało się, że bilety wyprzedano. No to nic, zamawiamy kolejny przejazd na terminal Amplas, skąd odjeżdża większość autobusów. Jak już wcześniej pisał Tomek, nie da się tutaj kupować biletów online, więc jechaliśmy tam z duszą na ramieniu, wątpiąc, czy w ogóle uda się złapać jakikolwiek przejazd o sensownej porze. Na szczęście azjatycki chaos działa i tu, bo udało się szybko kupić bilety i załapać na autobus, który miał odjazd za 10 minut. Podróż minęła sprawnie i na miejscu byliśmy po raptem 1,5 godziny jazdy, podczas gdy pociąg miał jechać ponad trzy. Dodatkowo mieliśmy okazję zaliczyć występ miejscowego grajka, który w autobusie dał niczego sobie występ.

Autobusy nie grzeszą tu stanem technicznym

Po drodze wsiadł miejcowy gitarzysta i dał kilkuminutowy koncert

W takiej uliczce mieliśmy nocleg

W samym mieście zaliczyliśmy jego główną atrakcję, czyli zoo z różnymi egzotycznymi zwierzętami, jak na przykład orangutanem czy myszojeleniem (tu link do piosenki, dzięki której wiemy o tym zwierzęciu. Osoba, która nas zapoznała z tym utworem, pewnie tego nie czyta, ale i tak ją pozdrawiamy 😜). Zoo teoretycznie było niewielkie, a spędziliśmy tam prawie trzy godziny, tyle tam było do roboty. W Siantarze poza wywoływaniem zainteresowania wśród miejscowych zaliczyliśmy też dwukrotnie wizytę w centrum handlowym, a to głównie za sprawą sprzedawanych tam na zasadzie "ile naładujesz, tyle zjesz" sałatek za pięć złotych – Tomek brał owocowe, a ja warzywne, ale oba warianty były świeże i smaczne. Do tego smażony tempeh z działu garmażeryjnego i głód zaspokojony.


Myszojeleń!





Sałatki z marketu  ile naładujesz, tyle twoje

Ze Siantaru pojechaliśmy autobusem do miejscowości Parapat, by złapać prom do kolejnego przystanku, czyli miasteczka Tuktuk położonego na otoczonej jeziorem Toba wyspie Samosir. Wszystkie etapy podróży minęły sprawnie, a na miejsce noclegowe podrzucił nas tuk-tuk, bo Graby tam nie działają (tuk-tuk w Tuktuku, boki zrywać 😉). 


Rejs umilały występy artystyczne

Droga z przystani promowej Ambarita do wsi Tuktuk

Sympatyczny właściciel parę lat młodszy od nas (bardziej ode mnie, bo Tomek to już w końcu stary byk) pokazał nam pokój, a później zjedliśmy kolację w przyhotelowej restauracji. Po kolacji poszliśmy na spacer, podczas którego znaleźliśmy całkiem sensowny sklep spożywczy i cieszyliśmy się widokami, przyjemną pogodą oraz ciszą, czasem tylko przerywaną przez skutery. No i tutaj turyści to nie taki rzadki widok, więc nikt do nas co chwilę nie rzucał "hello, how are you, where do you go" i tym podobnych tekstów.

Ikan arsik (cała tilapia podawana w tutejszym pikantnym sosie), siangsiang (wieprzowina w sosie z dodatkiem krwi) oraz gado-gado (sałatka warzywna)

Widok z "hotelowej" restauracji

Cały pobyt minął nam pod znakiem wycieczek skuterowych po różnych, często dość ukrytych, zakątkach tej zielonej wyspy, spacerach oraz próbowaniu lokalnych dań. Do gustu szczególnie przypadła nam restauracja Lasterjony's, w której byliśmy trzy razy i za każdym razem wychodziliśmy zadowoleni, bo było swojsko, smacznie i nie za drogo.

Wypożyczona Honda Vario sprawowała się nieźle, nic dziwnego, przejechała do tej pory dopiero 40 tysięcy km


Czasem drogi wyglądają tutaj tak

Wyspa Samosir to chrześcijański region, pełno tu kościołów, zwłaszcza protestanckich



Tradycyjne domy Bataków, czyli rdzennej ludności z tych stron, te znajdują się w czymś w rodzaju skansenu, ale dalej mieszkają w nich ludzie

A tu podobny dom na jakiejś wsi

Tak suszy się ryby


Niektóre zwierzęta są ładne

Inne jeszcze ładniejsze

Niektóre to już w ogóle ideał

Ale nic nie przebije tej piękności. To prządka olbrzymia, zupełnie niegroźna. Podobno...
Jej ugryzienie porównuje się do użądlenia osy

Prawda, że piękna?

Smakołyki z Lasterjony's


I widoczek z tej knajpy

Jesteśmy chyba jacyś dziwni, bo nie skorzystaliśmy z żadnych rejsów czy innych atrakcji na jeziorze, choć właściciel proponował nam wynajem kajaków. Zamiast tego ostatniego dnia pobytu pojechaliśmy kawał drogi na drugi koniec wyspy, żeby wejść na górę Pusuk Buhit (1972 m), z której podobno roztacza się wspaniały widok na jezioro. Wstaliśmy odpowiednio wcześnie, by mieć zapas czasu i nie wracać po zmroku, ale nie po raz pierwszy przekonaliśmy się, że wyznaczona przez mapę turystyczną ścieżka nie miała prawa bytu i dopiero mapy Google wskazały dojazd na parking, z którego udało się wejść na górę. Zresztą już wiecie, że turystyka górska to w tym regionie generalnie fikcja, więc i tak cud, że dało się wejść, a nawet spotkać kilku piechurów po drodze. Wejście i zejście zajęło nam jakieś cztery godziny, podejścia były z gatunku tych mało wymagających, a i tak dało się zmęczyć, chyba przez to specyficzne azjatyckie powietrze. Widok oszałamiający wcale nie był, ale takie to już szczęście górołazów. Przez te wcześniejsze problemy z nawigacją większość drogi powrotnej pokonaliśmy po zmroku, ale na szczęście drogi na wyspie są zadbane, więc jazda skuterem nie była specjalnie hardkorowa (choć co ja tam wiem, siedzę na miejscu pasażera, Tomek jest głównodowodzącym). Pojechali nad jezioro, żeby chodzić po górach. Dekli nie brakuje. 





Dzisiejszego posta piszę z miejscowości Berastagi. Przyjechaliśmy tutaj stłoczeni w niewielkim busiku, w którym pęd powietrza stanowił naturalną klimatyzację, a zakaz palenia nie istniał, z czego lokalsi chętnie korzystali. Mieliśmy dotrzeć tutaj już wczoraj, ale powrót z wyspy niestety był bardzo męczący. Sprawnie udało nam się jedynie wrócić promem do Parapatu, by później stać w niezliczonych, podobno spowodowanych przez wypadki, korkach – najpierw w angkocie, który zawiózł nas na dworzec, a później w autobusie do Siantaru, skąd mieliśmy złapać busa do Berastagi. Podróż trwała jednak tak długo, że w Siantarze wylądowaliśmy dopiero ok. 21:00 i zmuszeni byliśmy awaryjnie skorzystać z kiepskiego noclegu, w którym co chwilę wyrzucało prąd, a rano nie dość, że dość prędko obudziły nas koguty, to jeszcze właściciele puszczali muzykę na pełny regulator i korzystali z głośnej myjki ciśnieniowej. Kto by się tam gościami przejmował. Na otarcie łez na kolację zjedliśmy bardzo dobre bakso, czyli rodzaj esencjonalnej zupy z klopsikami.

Bakso

A tak kwitnie marakuja, nasz ulubiony owoc

Swoją drogą uznałam, że Bakso to może by niezłe imię dla psa, jeśli się w przyszłości jakiegoś dorobimy, co o tym myślicie?  Podrawiamy też serdecznie wujka Andrzeja, który dopytywał, czy wszystko u nas dobrze, bo dawno nic nie wrzucaliśmy. Wiemy, że kazaliśmy Wam trochę czekać na nowy wpis, ale proszę, nie opuszczajcie nas. Jeśli tylko czytacie nasze relacje, to zostawcie czasem jakiś komentarz, żebyśmy wiedzieli, że tam jesteście. Pa kochani! 😘

14 marca 2026

Rajskie plaże i piątek trzynastego

Po zakończeniu przygody w Ipoh wsiedliśmy w opóźniony o pół godziny autobus z dworca Amanjaya do Butterworth, miasta, w którym mieliśmy przesiąść się na prom do George Town, czyli kolejnego przystanku na naszej mapie. Podróż trwała niecałe dwie godziny, więc minęła błyskawicznie. W międzyczasie kupiłem przez internet bilety na prom, w przeliczeniu kosztowały dwa złote za osobę. Autobus wysadził nas na dworcu, z którego można było przejść bezpośrednio na prom. Po 15-minutowej przeprawie dotarliśmy do terminala po przeciwnej stronie i zamówiliśmy Graba, by nie tarabanić się z tobołami transportem publicznym, którego jeszcze wtedy nie mieliśmy rozpracowanego. 

Widok z balkonu

W pokojach na suficie umieszcza się strzałki wskazujące kierunek na Mekkę, by ułatwić życie muzułmańskim gościom

Po ogarnięciu formalności związanych z zameldowaniem i zapłaceniu obowiązkowej kaucji na poczet ewentualnych zniszczeń (jakieś 90 złotych) ruszyliśmy w miasto, by coś przekąsić i zaopatrzyć się w zimne napoje, które w tym klimacie są koniecznością. Stanęło na Fatty Burger – to fast food serwujący również dania obiadowe. Zamówiłem potrójnego cheeseburgera, a Monika popularną w tym regionie potrawę o nazwie Chicken Marryland (pewnie chodzi o amerykański stan Maryland, ale tu z uporem maniaka piszą to przez dwa "r"), czyli dobrze nam znany w Polsce kotlet drobiowy z frytkami i sałatką. Oba dania były smaczne i kosztowały ok. 15 złotych.



Po zakupach, z których Monika wróciła z połamanymi okularami przeciwsłonecznymi, wróciliśmy do pokoju, by po chwili stwierdzić, że wsiadamy do autobusu i jedziemy w kierunku Decathlonu, by kupić nowe bryle. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy i wkrótce znaleźliśmy się w centrum handlowym Paragon Mall, płacąc za autobus jakieś 1,20 zł za osobę.

Z powrotem wróciliśmy z buta, zahaczając o nadmorski deptak.



O kolejnych dwóch dniach można powiedzieć tylko tyle, że wylegiwaliśmy się na plażach. Raz na plaży przy Hotelu Angsana, a kolejnego dnia w The Moonlight Bay (po polsku to Zatoka Księżycowego Światła). Z tej pierwszej zresztą zapomnieliśmy zabrać ze sobą butów do wody. Jakieś straty muszą być. Woda była okropnie ciepła, podejrzewam, że miała powyżej 30 stopni i nie dawała żadnego ochłodzenia. Większość turystów wybiera w tej okolicy plażę Long Beach w Batu Ferringhi, ale dla nas było tam zdecydowanie zbyt mało kameralnie i brakowało klimatu.

Plaża Long Beach w Batu Ferringhi, tam nie plażowaliśmy

To ta sama plaża

A to już plaża przy Hotelu Angsana



A to już druga plaża – w The Moonlight Bay



Resztę pobytu na wyspie przeznaczyliśmy na poznanie miasta i zaplanowanie kolejnych etapów naszej podróży. Już w Ipoh kupiliśmy bilety lotnicze do Stambułu na 4 maja, ale co wykombinować w międzyczasie? Nie mieliśmy żadnego pomysłu, a siedzenie przez dwa miesiące w Malezji nie wydawało nam się zbyt interesującym planem, zwłaszcza że po dwóch tygodniach w tym azjatyckim kraju wciąż nie wiemy, co o nim do końca myśleć. Wydaje nam się, że najmniej w nim charakteru, za to jest to najbardziej zróżnicowany kulturowo kraj z tych, które odwiedziliśmy. Typowe multi-kulti. Monika stwierdziła nawet, że nie wie, jak wygląda typowy Malaj, taki tu jest tygiel. Zanim jednak przeszliśmy do planowania – spacer po mieście.








Straż pożarna



Kurczak z makaronem szpinakowym

Kurczak w sosie śliwkowym

Lobak, coś jak sajgonki, ale zawijane w skórkę tofu

Po niezliczonych godzinach spędzonych na przeszukiwaniu połączeń autobusowych i lotniczych, zastanawiając się nad tym, czy lecieć na Phuket w Tajlandii, na Langkawi w Malezji, czy może coś jeszcze innego, wpadliśmy na zupełnie inny plan. A wszystko za sprawą taniej linii lotniczej Lion Air, która zapewnia pasażerom darmowy transport bagażu nadawanego (10 kg), do tego 7 kg podręcznego i przedmiot osobisty. W to nam graj – lecimy na Sumatrę, czyli do Indonezji. Bilety kupione w środę, lot w piątek trzynastego – pełen spontan. Zapłaciliśmy 220 złotych za dwa bilety, czyli nie najgorzej można powiedzieć. I to biorąc pod uwagę fakt, że lot miał trwać jakieś 55 minut, zapewniając nam podróż w czasie. Wylatywać bowiem mieliśmy z lotniska na wyspie Penang o 13:15, a lądować w Kuala Namu o 13:10 ze względu na różne strefy czasowe. Zorganizowaliśmy sobie nocleg w Medanie, załatwiając maaaaasę formalności (trzeba było ściągać specjalną apkę Travelio, choć nocleg zamawialiśmy przez Booking, oferta partnerska). Przez apkę ustaliłem, że zameldujemy się o 15 w piątek, zapłaciłem kaucję kartą kredytową (67 złotych) i dobra. Tzw. room boy miał czekać na nas o ustalonej porze, by przekazać nam klucze do pokoju.

W piątek wymeldowaliśmy się więc, zamówiliśmy Graba na lotnisko (za półgodzinną podróż zapłaciliśmy jakieś 40 złotych), odprawiliśmy się, nadaliśmy bagaż, przeszliśmy cały ten cyrk z kontrolami i po 13:00 wystartowaliśmy.

I sru, do Indonezji

Lot minął szybciej, niż ustawa przewiduje. Po jakichś 35 minutach wylądowaliśmy w Kuala Namu. Kupiliśmy wizy na lotnisku, przeszliśmy kolejne kontrole, kupiłem kartę SIM, zamówiliśmy Graba (żeby zdążyć na 15:00, gdyby nie to, wzięlibyśmy tańszy pociąg) i po ponadgodzinnej podróży, za którą zapłaciliśmy 50 złotych, znaleźliśmy się na parkingu hotelowym.

W samochodzie dostałem informację od room boya z prośbą o potwierdzenie godziny zameldowania. Wysłał ją o 14:11, nadmieniając, że jazda z biura Travelio do Mansyur Residence, gdzie mieliśmy nocleg, może zająć i dwie godziny. No to napisałem, że będziemy punktualnie, na co dostałem odpowiedź, że on wręcz przeciwnie, bo ostro leje, ma zniszczony płaszcz przeciwdeszczowy, a jedzie skuterem. No to wiedzieliśmy już, że będzie obsuwa. Najgorsze, że nie było nawet gdzie usiąść. Staliśmy więc jak te kołki przy windach na parkingu podziemnym. Skończyło się na tym, że przyjechał o 17:00, w międzyczasie sto razy mnie przepraszając przez WhatsAppa i zwalając winę na ulewny deszcz. Moim zdaniem nie lało aż tak bardzo, zresztą wyjechał zdecydowanie za późno. W jednej z ostatnich wiadomości, gdy dowiedział się, gdzie czekamy na niego, zaproponował, żebyśmy podjechali na trzecie piętro i usiedli w lobby. Rychło w czas. Wcześniej szukaliśmy miejsca do ulokowania się na parterze, tak jak podpowiadałby rozsądek. Ale tam jeden wielki remont. Myśleliśmy, że lobby nie ma. Na domiar złego na drugim piętrze było bistro, z którego chętnie skorzystalibyśmy, czekając, gdybyśmy wiedzieli o jego istnieniu. Ale nic – piątek trzynastego. Bierzemy klucze i idziemy do pokoju. Rzucamy torby w kąt i jedziemy na drugie coś zjeść.

Monika postawiła na kurczaka

Mongolska wołowina na ostro

Potem jeszcze standardowe zakupy, powrót do pokoju, prysznic i...

Czy to koniec pecha na dziś?

Zgłosiłem usterkę w apce. Ekipa od takich spraw pracuje w soboty od 10-12, od poniedziałku do piątku dłużej, ale w poniedziałek stąd spadamy, a nie chciało nam się tracić czasu na takie szczegóły, więc jakoś przeżyjemy.

Inna sprawa, że WiFi nie działało, póki sam nie pokopałem w ustawieniach routera. Receptą na niedziałający internet było wg obsługi pokoju wyciągnięcie wtyczki z gniazdka i wsadzenie jej za chwilę z powrotem... Szkoda słów.


Ktoś tu nie potrafił nawet przepisać poprawnie hasła z tyłu routera 😆

Nie wiem, czy pod trzynastopiątkowego pecha można dopisać to, że dosłownie pod naszym balkonem znajduje się meczet, z którego co i rusz słychać smętne zawodzenie muezzina (nie ma nic lepszego na pobudkę przed szóstą rano). Za to zapychający się kibelek to na pewno pechowa sytuacja. Na szczęście jest przepychacz na podorędziu. Ogólnie jednak pierwsze wrażenia z Indonezji mamy bardzo pozytywne. Ludzie wydają się bardzo wyluzowani i sympatyczni. Na ulicy panuje chaos podobny do tego z Wietnamu, czujemy się tu więc jak ryby w wodzie. Zdecydowanie przyjemniej chodzi się po takich okolicach niż w totalnie nieprzystosowanej do ruchu pieszego Malezji. No i jest chłodniej! Nareszcie żar nie leje się z nieba.

Prawie jak w Wietnamie

Na kolację zamówiłem sobie z ciekawości pizze (każda za 4 złote, byłem ciekaw, co mnie czeka).

Banan dla skali musi być :)

Dzisiaj po śniadaniu znowu rozmyślania. Wychodzi na to, że po Sumatrze najwygodniej będzie nam podróżować pociągiem. Mamy już apkę, więc nie trzeba bujać się po dworcach i dopytywać o połączenia, bo strona 12go, z której korzystaliśmy dotychczas w Wietnamie, Kambodży i Malezji, zdaje się tu nie działać tak sprawnie. Około południa wyszliśmy na wcześniej upatrzony przystanek, z którego w stronę centrum Medanu zabrał nas tzw. angkot.

Podróż czymś takim to przygoda sama w sobie

Europejczycy w takim wynalazku to dopiero atrakcja dla lokalsów

Angkot w pełnej krasie

Plan mieliśmy prosty. Posiadłość Tjong A Fie, człowieka, który w ubiegłym wieku znacząco przysłużył się lokalnej społeczności, Wielki Meczet (Masjid Raya Al-Mashun) oraz dawny pałac sułtanów.

Portret na ścianie przedstawia Tjong A Fie


Czasem trzeba udzielić wywiadu, nie ma lekko

I jeszcze pamiątkowa fotka


W takich budynkach powstają popularne w Azji spożywcze ptasie gniazda

Po zwiedzaniu posiadłości, zmęczony sławą, stwierdziłem, że pora coś zjeść. Zdecydowaliśmy się na podobno legendarną restaurację Tip Top, która istnieje od 1929 roku. Zamówiliśmy rendang daging (wołowina smażona w mleczku kokosowym na ostro), huzarensalad (sałatka z ziemniakami, krewetkami, kurczakiem, ananasem, marchewką i czymś tam pewnie jeszcze) i ryż z warzywami. Do tego herbata i piwko. Zapłaciliśmy 50 złotych, z czego najdroższe było piwo – kosztowało 12. Nareszcie powiew świeżości po malezyjskich kurczakach, na które już patrzeć nie mogliśmy.

Śmiało możemy polecić to miejsce

Po obiedzie przyszła kolej na dawny pałac sułtanów.


Jak to w tej części Azji zwykle bywa, w butach nie wpuszczają


Przyłapany na deptaniu zieleni


A na koniec Wielki Meczet. Niestety nie można było wejść do środka.


Do pokoju wróciliśmy znów angkotem. Za przejazd na dowolnej trasie płaci się 5 tysięcy rupii. To ok. 1,10 zł. 


Na koniec typowy widok na ulicę Medanu i ruch tu panujący. Trzymajcie się i do kolejnego!


Mówiłem, że są wyluzowani?