Wspomniałem we wstępie, że udało nam się trafić na wodospad Sipisopiso. Nie był to jedyny wodospad, który widzieliśmy w Berastagi. Był jescze Sikulikap, do którego ścieżka prowadziła przez park opanowany przez małpy.
31 marca 2026
W krainie wulkanów i wodospadów
Wspomniałem we wstępie, że udało nam się trafić na wodospad Sipisopiso. Nie był to jedyny wodospad, który widzieliśmy w Berastagi. Był jescze Sikulikap, do którego ścieżka prowadziła przez park opanowany przez małpy.
25 marca 2026
Z kamerą wśród zwierząt
Po długich debatach podczas ostatniego dnia w Medanie postanowiliśmy zatrzymać się na krótko w mieście Siantar, bo nie wiedzieliśmy ciągle, jak ogarnąć lokalne autobusy, a pociąg wydawał się najbezpieczniejszą opcją. Wydawał, bo po dotarciu Grabem na dworzec kolejowy okazało się, że bilety wyprzedano. No to nic, zamawiamy kolejny przejazd na terminal Amplas, skąd odjeżdża większość autobusów. Jak już wcześniej pisał Tomek, nie da się tutaj kupować biletów online, więc jechaliśmy tam z duszą na ramieniu, wątpiąc, czy w ogóle uda się złapać jakikolwiek przejazd o sensownej porze. Na szczęście azjatycki chaos działa i tu, bo udało się szybko kupić bilety i załapać na autobus, który miał odjazd za 10 minut. Podróż minęła sprawnie i na miejscu byliśmy po raptem 1,5 godziny jazdy, podczas gdy pociąg miał jechać ponad trzy. Dodatkowo mieliśmy okazję zaliczyć występ miejscowego grajka, który w autobusie dał niczego sobie występ.
Jesteśmy chyba jacyś dziwni, bo nie skorzystaliśmy z żadnych rejsów czy innych atrakcji na jeziorze, choć właściciel proponował nam wynajem kajaków. Zamiast tego ostatniego dnia pobytu pojechaliśmy kawał drogi na drugi koniec wyspy, żeby wejść na górę Pusuk Buhit (1972 m), z której podobno roztacza się wspaniały widok na jezioro. Wstaliśmy odpowiednio wcześnie, by mieć zapas czasu i nie wracać po zmroku, ale nie po raz pierwszy przekonaliśmy się, że wyznaczona przez mapę turystyczną ścieżka nie miała prawa bytu i dopiero mapy Google wskazały dojazd na parking, z którego udało się wejść na górę. Zresztą już wiecie, że turystyka górska to w tym regionie generalnie fikcja, więc i tak cud, że dało się wejść, a nawet spotkać kilku piechurów po drodze. Wejście i zejście zajęło nam jakieś cztery godziny, podejścia były z gatunku tych mało wymagających, a i tak dało się zmęczyć, chyba przez to specyficzne azjatyckie powietrze. Widok oszałamiający wcale nie był, ale takie to już szczęście górołazów. Przez te wcześniejsze problemy z nawigacją większość drogi powrotnej pokonaliśmy po zmroku, ale na szczęście drogi na wyspie są zadbane, więc jazda skuterem nie była specjalnie hardkorowa (choć co ja tam wiem, siedzę na miejscu pasażera, Tomek jest głównodowodzącym). Pojechali nad jezioro, żeby chodzić po górach. Dekli nie brakuje.
Dzisiejszego posta piszę z miejscowości Berastagi. Przyjechaliśmy tutaj stłoczeni w niewielkim busiku, w którym pęd powietrza stanowił naturalną klimatyzację, a zakaz palenia nie istniał, z czego lokalsi chętnie korzystali. Mieliśmy dotrzeć tutaj już wczoraj, ale powrót z wyspy niestety był bardzo męczący. Sprawnie udało nam się jedynie wrócić promem do Parapatu, by później stać w niezliczonych, podobno spowodowanych przez wypadki, korkach – najpierw w angkocie, który zawiózł nas na dworzec, a później w autobusie do Siantaru, skąd mieliśmy złapać busa do Berastagi. Podróż trwała jednak tak długo, że w Siantarze wylądowaliśmy dopiero ok. 21:00 i zmuszeni byliśmy awaryjnie skorzystać z kiepskiego noclegu, w którym co chwilę wyrzucało prąd, a rano nie dość, że dość prędko obudziły nas koguty, to jeszcze właściciele puszczali muzykę na pełny regulator i korzystali z głośnej myjki ciśnieniowej. Kto by się tam gościami przejmował. Na otarcie łez na kolację zjedliśmy bardzo dobre bakso, czyli rodzaj esencjonalnej zupy z klopsikami.
14 marca 2026
Rajskie plaże i piątek trzynastego
Po zakończeniu przygody w Ipoh wsiedliśmy w opóźniony o pół godziny autobus z dworca Amanjaya do Butterworth, miasta, w którym mieliśmy przesiąść się na prom do George Town, czyli kolejnego przystanku na naszej mapie. Podróż trwała niecałe dwie godziny, więc minęła błyskawicznie. W międzyczasie kupiłem przez internet bilety na prom, w przeliczeniu kosztowały dwa złote za osobę. Autobus wysadził nas na dworcu, z którego można było przejść bezpośrednio na prom. Po 15-minutowej przeprawie dotarliśmy do terminala po przeciwnej stronie i zamówiliśmy Graba, by nie tarabanić się z tobołami transportem publicznym, którego jeszcze wtedy nie mieliśmy rozpracowanego.
Po zakupach, z których Monika wróciła z połamanymi okularami przeciwsłonecznymi, wróciliśmy do pokoju, by po chwili stwierdzić, że wsiadamy do autobusu i jedziemy w kierunku Decathlonu, by kupić nowe bryle. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy i wkrótce znaleźliśmy się w centrum handlowym Paragon Mall, płacąc za autobus jakieś 1,20 zł za osobę.
Z powrotem wróciliśmy z buta, zahaczając o nadmorski deptak.
Lot minął szybciej, niż ustawa przewiduje. Po jakichś 35 minutach wylądowaliśmy w Kuala Namu. Kupiliśmy wizy na lotnisku, przeszliśmy kolejne kontrole, kupiłem kartę SIM, zamówiliśmy Graba (żeby zdążyć na 15:00, gdyby nie to, wzięlibyśmy tańszy pociąg) i po ponadgodzinnej podróży, za którą zapłaciliśmy 50 złotych, znaleźliśmy się na parkingu hotelowym.
Do pokoju wróciliśmy znów angkotem. Za przejazd na dowolnej trasie płaci się 5 tysięcy rupii. To ok. 1,10 zł.

