31 grudnia 2025

Wietnamski skok w nowy rok

Zanim przejdziemy do meritum, wpis zacznę od obiecanej przez Tomka relacji z ostatniej kolacji w Hoi An. Miałam już wybraną restaurację, która była dość blisko i miała niezłe opinie, ale Tomek, kierując się zdjęciami, uznał, że wielkość dań jest nieadekwatna do cen i trzeba znaleźć alternatywę. Poszliśmy więc do budżetowego miejsca, w którym porcje również nie grzeszyły gramaturą, ale przynajmniej ceny się zgadzały. Wzięliśmy zresztą kilka różnych rzeczy i dostaliśmy nawet dokładkę ryżu, więc głodni nie wyszliśmy. Wszystko było smaczne, choć najbardziej do gustu przypadł nam bakłażan przygotowany w glinianym naczyniu. Ja chcę tego więcej! 🍆



Po prawej absolutny hit — pieczony bakłażan


28 grudnia przyjechaliśmy do miasta Quy Nhon, znajdującego się mniej więcej w połowie drogi między Hoi An a naszym kolejnym przystankiem, czyli Nha Trang. Nie jest to miejsce szczególnie popularne wśród turystów, ale uznaliśmy, że sześć i pół godziny podróży brzmi lepiej niż prawie jedenaście. Autobus wyrzucił nas gdzieś przy ruchliwej drodze i do hotelu musieliśmy podjechać Grabem, bo tym razem transfer nie był zagwarantowany. Po chwili oczekiwania otrzymaliśmy kartę wejściową do znajdującego się na 22 piętrze apartamentu. Do naszej dyspozycji był aneks kuchenny (po raz pierwszy od prawie dwóch miesięcy) z normalnej wielkości lodówką oraz małą kuchenką indukcyjną. Nie jesteśmy fanami takich molochów, ale widok z okna był niczego sobie. Minusem była na pewno wanna, bo wolimy kabiny prysznicowe, ale za 22 zł od osoby nie ma się co czepiać. Wieczorem poszliśmy na zupę, która niespodziewanie okazała się potrawą z makaronem podawaną na zimno, ale co zrobić. Później jeszcze spacer po nadmorskim deptaku, wizyta w sklepie i do pokoju. Dni dojazdowe i tak są męczące, więc nie ma co szaleć z aktywnościami. Jutro też jest dzień.

To nasz hotel




Widok z balkonu z 22 piętra


W poniedziałek nie ustawialiśmy budzika, ale i tak wstaliśmy dość sprawnie, a za śniadanie posłużyły nam bułki z podróży. Gdy Tomek dokończył zlecenie, ruszyliśmy w stronę, jakżeby inaczej, znajdującego się w okolicy wzniesienia, bo górą wstyd to nazwać. Po dość długim asfaltowym odcinku drogi dotarliśmy do bramy jakiegoś ośrodka, gdzie musieliśmy opłacić wstęp w wysokości ok. 70 groszy od osoby. Ścieżka wiodąca na szczyt znajdowała się na terenie kompleksu, więc trzeba się z tym szalonym wydatkiem jakoś pogodzić. Z jednej strony miejsce wyglądało jak ośrodek wczasowy, który lata świetności ma już dawno za sobą, a z drugiej jak osobliwa pamiątka czasów francuskiego protektoratu. Na mapach w telefonie był też zaznaczony wrak statku, ale nigdzie go nie znaleźliśmy. Może ciągle jest w wodzie? Za duże fale, nie będziemy sprawdzać.


Tropiki pełną gębą


Na terenie kompleksu można znaleźć i wzgórze fatimskie

Udało się za to odnaleźć początek szlaku, choć zamknięta brama sugerowała brak przejścia. Ścieżka stanowiąca jednocześnie drogę krzyżową nie była ani szczególnie stroma, ani długa, a i tak dała nam w kość. Jednym z większych wyzwań w Wietnamie jest wilgotność powietrza, która sprawia, że wysokie temperatury odczuwa się zupełnie inaczej niż w Europie, a idąc pod górę czasem ciężko złapać oddech. Żałujemy, że turystyka górska nie jest tutaj popularna i brakuje szlaków z prawdziwego zdarzenia, ale może to i lepiej? Trochę trudno nam pojąć unikanie przez Wietnamczyków tego typu wysiłku fizycznego, ale widocznie ma to swoje uzasadnienie. Na górze zjedliśmy drugie śniadanie, zrobiliśmy parę zdjęć, a później ruszyliśmy w drogę powrotną alternatywną ścieżką, biegnącą bliżej morza.


To była dosłownie droga krzyżowa





Ostatnim punktem programu była wizyta w wielkopowierzchniowym sklepie, pierwsza, odkąd jesteśmy w Wietnamie. Zaopatrzyliśmy się tam w rzeczy, które trudno kupić gdzie indziej, a przede wszystkim w rybę na obiad. Póki jest aneks, to trzeba korzystać. Wyszło tego tyle, że obiad na dwa dni mamy z głowy.

Poczuliśmy się dziwnie, wchodząc do tak wielkiego sklepu, jak na tutejsze warunki

Ta rybka to barramundi (Lates calcarifer)

Krojenie ryby tępym nożykiem to niezła próba cierpliwości

We wtorek już nie mieliśmy pieczywa, więc wyszliśmy wcześniej na miasto w poszukiwaniu śniadania. Łatwo nie było, ale kto szuka, ten znajdzie — w naszym wypadku banh mi na patelni. Tym razem była do wyboru wersja premium z trzema jajkami, więc nie omieszkaliśmy skorzystać. W tym wariancie każdy dostał po dwie bagietki, trochę za dużo, ale czemu by nie wziąć niezjedzonych na wynos? Główka pracuje, nie ma co.

Banh mi chao, chyli bagietka osobno, a reszta na patelni, lubimy


Słońce grzało niemiłosiernie, więc poszliśmy też na mrożoną kawę, a później ruszyliśmy deptakiem w kierunku cypla. Odkryliśmy nawet port rybacki, skąd mogliśmy się wybrać na półwysep znajdujący się po drugiej stronie brzegu, ale zrezygnowaliśmy z tej atrakcji. Zamiast tego zrobiliśmy pętlę po mieście, zahaczając o niewielkie jezioro i miejsce, w którym zjedliśmy oryginalną zupę z won tonami. Obiad jest, więc można z czystym sumieniem wracać do pokoju.

W tle chłopaki rżną w karty, to tutaj popularna rozrywka











Trochę się wahaliśmy, czy nie przedłużyć sobie pobytu chociaż o jedną noc, bo mieliśmy tu niezłe warunki — aneks i balkon, z którego pewnie można by było podziwiać pokaz fajerwerków, ale Tomek podjął męską decyzję i zarezerwował bilety na autobus do Nha Trang, gdzie dzisiaj dojechaliśmy. Przynajmniej kolejna część trasy z głowy. Relacja z pobytu tutaj będzie już w kolejnym poście, więc już teraz życzymy Wam szampańskiej zabawy i wszelkiej pomyślności w Nowym Roku. Oby był lepszy, a przynajmniej nie gorszy od poprzedniego, a wszystkie Wasze marzenia niech się spełnią. Do siego roku! 🥳🍾🎉

27 grudnia 2025

Święta, święta i po świętach

Czołem po świętach! Ani się obejrzeliśmy, a cztery dni w Hoi An minęły jak z bicza strzelił. Wszystko zaczęło się od podróży 23 grudnia z Hue, tym razem busikiem szumnie nazywanym tutaj "limousine", czyli z rozkładanymi siedzeniami. Nam trafiły się miejsca z tyłu, więc limuzynowo raczej się nie czuliśmy, ale nie szkodzi. Zawsze to jakaś odmiana od sleeper busów, których Monika ma już po dziurki w nosie i zawsze narzeka, kiedy przed nami kolejna podróż w nowe miejsce, bo z reguły to właśnie autokarami sypialnymi przychodzi nam podróżować. W Da Nang przesiedliśmy się z busa na taksówkę (była za darmo, w cenie biletu na busa) i po jakiejś półgodzinie trafiliśmy do naszego noclegu — Lucky Leaf Villa w Hoi An.




Było dosyć wcześnie, bo ok. 12, więc po zameldowaniu się ruszyliśmy coś zjeść. Wybór padł na restaurację Ruby, zamówiliśmy po cao lau i sałatkę z kwiatów bananowca, do tego piwo Huda. Tak powstało hasło "Ruby i Huda", wiadomo, kto jest kim.

Cao lau

Wieczorem pochodziliśmy trochę po centrum słynącym z lampionów i poszliśmy na kolację składającą się ze smażonych wontonów, sałatki z papai i kurczaka z ryżem. W gratisie dostaliśmy marakuję, po raz pierwszy z cukrem do posypania, ale kiedy skosztowaliśmy, zrozumieliśmy. Była mega kwaśna.




Fazy księżyca wyglądają tu trochę inaczej, niestety nie miałem statywu


Kolejny dzień, czyli Wigilię, rozpoczęliśmy od śniadania, wzięliśmy ponownie cao lau (to danie wg legendy można przyrządzić jedynie w Hoi An, czerpiąc wodę z jednej konkretnej studni), a potem standardowo — tłumaczenie serialu o wrestlingu. Kiedy już skończyłem robotę, czyli po jakichś dwóch godzinach, stwierdziliśmy, że bierzemy skuter i jedziemy do Da Nang, nazywanego wietnamskim Miami. Po raz pierwszy dzięki temu miałem okazję spróbować odnaleźć się w rzeczywistym wietnamskim ruchu ulicznym, bo wcześniejsze skuterowe eskapady odbywały się na mniej ruchliwych drogach, chociaż momenty też były. Dojechaliśmy cali i zdrowi po niecałej godzinie, zaparkowaliśmy skuter przy plaży i stwierdziliśmy, że pójdziemy do Guardiana (taki Rossmann) szukać dla Moniki specjalnego szamponu, by utrzymać efekt zabiegu, o którym pisała (w zasadzie to była jedna z motywacji, by do Da Nang w ogóle się wybrać). W połowie spaceru stwierdziliśmy jednak, że to chyba zbyt głupi pomysł, bo słońce doskwierało, a odległość do pokonania była jednak dosyć spora. Skręciliśmy więc wcześniej i zakończyliśmy pętlę po mieście znów przy naszym skuterze.


Po drodze oczywiście nie obyło się bez atrakcji. Największą była restauracja z owocami morza, w której podziwiać można było różne morskie stworzenia pływające w licznych akwariach. Czego tam nie było: homary, kraby, ogórki morskie, ślimaki, małże, ryby, krewetki, po prostu wszystko, co możecie sobie wyobrazić. Poczuliśmy się prawie jak w oceanarium. Do tej restauracji weszliśmy po to, żeby pooglądać, do kolejnej, żeby już zjeść, choć nazwanie tego miejsca restauracją może być lekką przeginką. To zwykła jadłodajnia, jakich wiele w Wietnamie, ta akurat serwowała banh canh, czyli zupę charakterystyczną dla tego regionu Wietnamu. Przy skuterze, po szybkim ciekieraucie (po polsku: rozeznaniu się w sytuacji), postanowiliśmy pojechać na półwysep Son Tra, bo na mapie wyglądał zielono. Po drodze napotkaliśmy kontrolę drogową, która zatrzymała turystów na skuterze, jadących bezpośrednio przed nami. Dojechaliśmy na przydrożny parking, z którego niedaleko wydawało się pod najwyższą w Wietnamie statuę buddystyczną, mierzącą 67 metrów.









No to wchodzimy po schodach za jakimiś laskami z Francji. One wchodzą, my wchodzimy, One sapią, my sapiemy. One prześlizgują się pod siatką, my też. Ale jak się już weszło tak daleko, to kto o zdrowych zmysłach będzie się przejmował tym, że tędy nie wolno? No i oto jest. Statua. Nie wiadomo kogo. Chyba Awalokiteśwary. A może Lady Buddha? A może to to samo? Miejsce jest bardzo oblegane przez turystów, ale jest to również miejsce kultu religijnego, o czym niektórzy zapominają, zachowując się zbyt głośno. Wiadomo — Chińczycy i Koreańczycy. Dla nas była to fajna ciekawostka i urozmaicenie tego dnia.





Taka mała żabka, a narobi hałasu na pół wsi



Wracając już legalnie na dół, zauważyliśmy ostrzeżenia o małpach. Coś w stylu "Jeśli stoisz daleko — popatrzy, jeśli się zbliżysz — ugryzie". Tak mnie to zaintrygowało, że zaproponowałem Monice poszukiwanie tych małp. No i są. Wcale nie trzeba było się starać, żeby je zauważyć, ale nie wiedząc o ich obecności, można by je przegapić. Już niżej jedna z małp zaiwaniła komuś zbindowany plik kartek z koszyka w skuterze. Wredne jak mewy, bez dwóch zdań.


Droga powrotna do Hoi An minęła bez większych komplikacji, choć musiałem się wykazać większym skupieniem. Wracaliśmy w godzinach szczytu. Okazało się zresztą, że w Hoi An tydzień wcześniej też otwarto Guardiana, więc podjechaliśmy do niego skuterem i Monika po krótkiej 😉 chwili zdecydowała się na sensowne, jej zdaniem, kosmetyki.

Musicie wiedzieć, że w Wietnamie jako tako nie obchodzi się świąt Bożego Narodzenia. Katolicy stanowią tu zaledwie ok. 7% populacji. Nie ma też tradycji związanych ze świętami, takich jak wieczerza wigilijna, czy dawanie sobie prezentów. Nie ma typowo świątecznych potraw, więc zapomnijcie o karpiu, moczce i makówkach. Jedynie pasterka łączy chyba pod tym względem Polskę i Wietnam, choć tu, w Hoi An, odbywała się ona o 21, nie o północy. Święta nie są również dniami wolnymi od pracy, życie toczy się tu jak zawsze. Jedynie w turystycznych miejscach odczuć można klimat, który można porównać do tego z Kevina samego w domu. Gdzieniegdzie widać okna ustrojone wieńcami, na ulicach świecą choinki, z knajp dobiegają dźwięki świątecznych przebojów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że święta to tylko pretekst dla przyciągnięcia turystów. I do zakupów, oczywiście, bo czy coś w tym czasie jest ważniejszego w każdym miejscu na świecie? Ale już dosyć narzekania na ten kapitalistyczny aspekt końcowogrudniowego okresu. Jest jak jest. Wygląda to mniej więcej tak.

Na kolację poszliśmy do miejsca cieszącego się dobrą opinią na Google. Zamówiliśmy kociołek z owocami morza, pierożki white rose i rybę grillowaną w liściu bananowca.


Hot pot niestety nas rozczarował, bo na zdjęciach wyglądał zupełnie inaczej. Musicie wiedzieć, że hot pot (po polsku "kociołek") to danie składające się z naczynia z wywarem umieszczonego na palniku, talerza ze składnikami, które się własnoręcznie w tym wywarze gotuje, oraz z dodatków w postaci warzyw, sosów itp. Nasz hot pot to było smutne naczynie z kilkoma jeszcze smutniejszymi krewetkami. Zdjęcia nie ma, żeby i Wam nie było smutno.

Z tego powodu po raz pierwszy złożyliśmy reklamację, na szczęście ją uwzględniono i za cały posiłek, zamiast zapłacić 460 tysięcy, zapłaciliśmy 250. Mówią, że jaka Wigilia, taki cały rok. No to będzie ciekawie.

Kolejnego dnia, czyli w pierwszy dzień świąt, pogoda nie była już tak łaskawa. Od rana kropiło, a zapowiadało się, że będzie tylko gorzej. No ale nic. Zjedliśmy śniadanie, popracowałem i dalej, na skuter! Tym razem do My Son, sanktuarium, którego początki sięgają IV w. Droga po raz kolejny nie była krótka (jak ze Świnoujścia do Walvis Bay), ale jakoś po półtorej godziny dojechaliśmy, po drodze robiąc sobie przerwę na żarcie.

Wstęp do kompleksu kosztuje 150 tysięcy dongów za osobę. Do zabytków kursują meleksy, ale my jesteśmy zawsze team chodzenie, więc poszliśmy z buta, wywołując zdziwienie na twarzach pasażerów mijających nas elektrycznych pojazdów. Nie było jakoś daleko, ok. 20 minut spacerkiem. Poniżej zdjęcia z My Son. Nie jesteśmy zbyt dobrze zaznajomieni z historią tego miejsca, wiemy, że stworzyli je Czamowie, i że rozwijało się do XV wieku. Spędziliśmy w tym miejscy ponad godzinę i ruszyliśmy z powrotem również z buta. My to jesteśmy jacyś inni.









Mimo naszych pobożnych życzeń, żeby w drodze powrotnej nie lało, rozpadało się na dobre. Do teraz suszymy rzeczy z tamtej wyprawy, niech to posłuży za komentarz. W każdym razie okazuje się, że jazda skuterem nawet w Wietnamie, po ciemku i w deszczu, w pełnym ruchu ulicznym, jest wykonalna. Nie obowiązują tu zasady ruchu drogowego, ale po prawie dwumiesięcznej obserwacji wiem już, jak to mniej więcej działa.

Wzięliśmy gorący prysznic, ubraliśmy się w suche ciuchy i na kolację. Niedaleko mamy knajpę serwującą banh xeo, do tego sajgonki, grillowaną wieprzowinę i szaszłyki. Było bardzo smacznie, tu, w Wietnamie, zresztą bardzo rzadko człowiek wychodzi z myślą, że nie było warto.

Wczoraj siedzieliśmy prawie cały dzień w pokoju, bo lało. Wyszliśmy o 16, zjedliśmy po zupce banh canh i poszliśmy szukać wymienialni waluty. W pierwszym miejscu od razu zaproponowano mi 26900 za dolara, ale kiedy zobaczyli, że moje dolary są wilgotne po deszczu poprzedniego dnia, nagle kurs spadł do 26700. Poszukaliśmy jeszcze w innych miejscach, gdzie okazało się, że kurs jest bliższy 26000 (za tyle wymieniałem w Hanoi, o ja głupi). Ale nie poddajemy się, łazimy po centrum i nagle jest! Tablica z kursem 26790. Za tyle wymieniałem na Cat Ba i byłem bardzo zadowolony. No to wymieniam. Przeliczyłem kilkadziesiąt banknotów, które w ten sposób otrzymałem, przeszedłem kilka metrów, a tam miejsce z kursem 26820. Lesson learned. Suma summarum jestem w plecy 30000 dongów, czyli jakieś 5 zł. Nie jest źle. Jasne, mogłem wysuszyć i wyprasować pieniądze, żeby dostać lepszy kurs, ale z powodu 15 złotych? Wstąpiliśmy jeszcze do muzeum prezentującego zdjęcia Rehanha. Fajnie, bo za darmo :)

Portret tej pani możecie kojarzyć, uważa się go za jeden z najlepszych portretów w historii






Pocykaliśmy zdjęcia, poodmawialiśmy wieeeelu osobom, próbującym coś nam wcisnąć, od rejsu łódką po rzece po parasole i zaczęliśmy wracać do pokoju, rozglądając się za jedzeniem. Padło na tajską knajpę. Zjedliśmy pad thai z kurczakiem, sajgonki, sałatkę z papai z krewetkami i mango sticky rice.

Za wszystko zapłaciliśmy śmiesznie mało, bo 20 złotych, ale sałatka była dla Moniki niezjadliwa, bo była za ostra. Tak to już jest z tajskim jedzeniem.

Dzisiaj znowu wzięliśmy skuter i pojechaliśmy przepłynąć się charakterystyczną dla tego regionu kokosową łódką. Nie jest to droga zabawa. Kosztuje ok. 12 złotych za osobę. Było całkiem sympatycznie. Zresztą sami zobaczcie. Po drodze jest okazja skorzystać z różnych dodatkowych atrakcji. Wśród nich są m. in. akrobacje na wodzie, karaoke, łowienie ryb i krabów i pewnie coś jeszcze. Jakieś wyścigi na pewno też.







Później pojechaliśmy do wioski Tra Que, która słynie z uprawy warzyw. Zjedliśmy tam pho bo przyrządzane na tamtejszą modłę. Wyczuwałem wyraźny aromat cynamonu.


Mimo zakazu nie brakowało śmiałków skłonnych do kąpieli


Mając jeszcze trochę czasu, podskoczyliśmy pod latarnię morską, pobujaliśmy się po plaży, zaliczyliśmy wizytę w piekarni (trzeba mieć prowiant na drogę) i w Winmarcie (polski Lewiatan? Coś takiego) i właśnie kończę pisać tego długiego posta. Jeszcze przed nami wyjście na kolację, ale relacja z niej w kolejnym odcinku. Dzięki, że śledzicie nasze przygody i do następnego! Jutro ruszamy do Quy Nhon, znowu 6 godzin w drodze. Sajgon coraz bliżej. Powoli mamy już dość tych dalekich podróży, ale w Kambodży dystanse będą zdecydowanie krótsze.

Trzymajcie się tam ciepło!