28 listopada 2025

Jeszcze dalej niż północ

We wtorek przyjechaliśmy do Dong Van, miejscowości na dalekiej północy Wietnamu, która graniczy z Chinami. Pójście na żywioł z transportem okazało się opłacalne, bo po ok. 20 minutach oczekiwania bus przyjechał i wystarczyło tylko pomachać kierowcy, żeby nas zgarnął. Dobrze, że kupiłam gumy do żucia, bo tym razem rzeczywiście żołądek kiepsko znosił te serpentyny, ale daliśmy radę. Po dotarciu na miejsce noclegowe wydawało się, że jest zamknięte na wszystkie spusty, jednak po chwili starszy pan nam otwarł, wydał klucze i przyjął opłatę za pokój. Był strasznie niekomunikatywny, a gdy próbowaliśmy się z nim porozumieć za pomocą tłumacza, powtarzał jedynie "halo" do telefonu, więc odpuściliśmy. Jak się później okazało, był to teść właścicielki, który zajmował się motelem pod jej nieobecność, więc pewnie nieźle się zestresował naszym przybyciem. Gdy rozpakowaliśmy rzeczy, ruszyliśmy tak jak zwykle na rozeznanie terenu. Okazało się, że w Dong Van działa dość dobrze zaopatrzony sklep z elektroniką, więc kupiliśmy za niecałe 20 złotych czajnik elektryczny, bo nie było go na wyposażeniu pokoju, a uznaliśmy, że pewnie jeszcze nieraz się przyda. Chciałam też kupić mieloną kawę, ale znaleźliśmy same dziwne mieszanki z dodatkiem cukru i masła — widział kto kiedy takie dziwactwa? 🤦🏻‍♀️ Dodatkowo nie znaleźliśmy żadnej piekarni, ale przynajmniej zajrzeliśmy na lokalny targ, gdzie zjedliśmy pho i kupiliśmy owoce oraz tutejszą wędzoną kiełbasę wieprzową dla Tomka (takie rarytasy po 40 złotych za kilo). Wcześniej tylko raz udało mu się kupić kiełbasę (fermentowaną), więc żal było nie skorzystać. Na kolację dorwaliśmy ryż z jajkiem i wołowiną.

Nasza pierwsza kolacja w Dong Van

Jak zwykle byliśmy jedynymi białymi

W drodze do Dong Van zatrzymywaliśmy się często, by podrzucić lokalnym hodowcom kaczki


Facet zajmujący się obsługą paczek często wskakiwał na dach po przesyłki

Pho na targu, nic nas tak często nie ratuje, kosztuje 3 złote, a można się nieźle najeść

Za to sprzątaniem stolików nikt się nie przejmuje

Właśnie pakuje się nasz czajnik



Jakieś 20 złotych za taki pokój za osobę


Kiełbasa jest bardzo smaczna, wyczuwam nuty cynamonowe

Po powrocie do pokoju szybko się zorientowaliśmy, że jest w nim okropnie zimno, a opcja grzania w klimatyzatorze nie działa. W nocy temperatury spadały tutaj do 3-6 stopni, więc poszliśmy spać ubrani jak na Syberii. Wiedzieliśmy, że ze starszym panem będzie ciężko się porozumieć w tej sprawie, dlatego następnego dnia Tomek wpadł na pomysł, by kupić jakiś budżetowy grzejnik. Moglibyśmy co prawda szukać na szybko innego noclegu, ale wtedy bylibyśmy stratni jeszcze bardziej. Na szczęście udało się kupić mały i dość lekki grzejnik na podczerwień za jakieś 70 zł i uznaliśmy, że jest to mądry zakup, nawet jeśli już nigdy więcej z niego nie skorzystamy. Grzejnik co prawda nie jest na tyle wydajny, żeby ogrzać całe pomieszczenie, ale skierowany na nas daje przyjemne ciepło i ciężko sobie wyobrazić, jak poradzilibyśmy sobie bez niego. Po odniesieniu go do pokoju poszliśmy na kawę (niestety podaną w jednorazowym kubku ze słomką) i spacer na punkt widokowy. Później zjedliśmy zupę i postanowiliśmy jeszcze przejść się do lasu po drugiej stronie miejscowości, ale nie bardzo było wiadomo, gdzie biegnie wskazywana przez mapy ścieżka, więc po chwili odpuściliśmy. Wróciliśmy do pokoju, umyliśmy się i odpoczęliśmy, a następnie ruszyliśmy na kolację oraz ponowne poszukiwania piekarni. Udało się zjeść lokalny ryż z dodatkami oraz trafić do piekarni, ale mieliśmy wrażenie, że wieczorem pieczywa chyba już tam nie sprzedają. Bagietki znajdowały się bowiem jakby na zapleczu, a z przodu były wystawione tylko słodkości. Może te bagietki były przygotowane na specjalne zamówienie do lokali gastronomicznych? Ciężko powiedzieć, bo tyle tu nieintuicyjnych rzeczy, że można naprawdę zgłupieć. W każdym razie pieczywa nie mamy, trzeba będzie kombinować kolejnego dnia.







W środku tego owocu jest gałka muszkatołowa


Może nie wygląda, ale sprawdza się świetnie

W czwartek wstaliśmy z zamiarem zjedzenia śniadania na mieście. Misja oczywiście okazała się trudniejsza, niż mogłoby się wydawać, ale Tomek wyguglał jakąś lokalną restaurację, gdzie oferują banh mi na talerzu. Udało się nawet znaleźć wolne miejsce, mimo że roiło się tam od młodzieży szkolnej, która przyszła akurat w przerwie po drugie śniadanie. Do posiłku wzięliśmy jeszcze po sztuce banh bao, czyli rodzaj kluski na parze/pampucha/buchty z farszem (proszę wybrać właściwe w zależności od preferencji 😉). Posileni poszliśmy na kawę — zamówiliśmy gorącą bez cukru, a dostaliśmy z lodem i cukrem 😡. Tomek ofiarnie wypił obie, a ja z bólem serca odroczyłam wypicie swojej. Co za ludzie, w sklepie nie można dostać normalnej mielonej kawy, tylko wynalazki w stylu 3w1, a w lokalach to chyba czasem udają, że w ogóle coś zrozumieli... Zniechęceni poszliśmy na wymyśloną wcześniej trasę wiodącą przez wietnamskie wioski. Widoki były niczego sobie, a i klimat tych mieścin zawsze tworzy niepowtarzalny nastrój, więc choć trochę poprawił się nam humor. Dostałam też swoją szansę wypicia kawy, ale podaną w tradycyjny, przelewowy sposób, więc zanim sobie odkapała, to miałam ją praktycznie zimną. No trudno, przynajmniej widok z lokalu był zacny i mogłam sobie popatrzeć na chińskie góry. Po powrocie do centrum zjedliśmy pho i wróciliśmy do pokoju, na szczęście już znacznie cieplejszego dzięki grzejnikowi.





Niech mi ktoś powie, jak ona tam weszła

Piątek był zdecydowanie najbardziej udanym dniem tego pobytu. Co prawda w lokalu zaraz obok pokoju kawa podawana była tylko na zimno, ale przynajmniej bez cukru. W międzyczasie próbowaliśmy zamówić taksówkę na widokową przełęcz, z której chcieliśmy wrócić pieszo, ale jak zwykle nic z tego, bo przecież znajdujemy się na totalnym za... Za daleko od cywilizacji znajdującym się miejscu oczywiście 😇. Ruszyliśmy więc zrobić niepozorną trasę zaczynającą się w pobliżu i bez żadnej ściemy wędrówka po tych terenach to był prawdziwy sztos (a uwierzcie, że ja nie nie szafuję komplementami, szczególnie w Wietnamie). Cisza, zieleń, duże przestrzenie i wąskie ścieżki, po których praktycznie nie jeździły skutery. Co jakiś czas mijaliśmy też lokalne wioski, już tradycyjnie witając się z jej mieszkańcami (szczególnie młodocianymi), którzy chyba jeszcze nigdy nie widzieli obcokrajowców na oczy. Zadowoleni, ale zmęczeni, wróciliśmy do pokoju, w którym trochę posiedzieliśmy przed pójściem na kolację. Dzisiaj było to znowu pho, ale dodatkowo wzięliśmy ryż z mięsem na spółkę. Mięsko było przepyszne, szkoda, że nie oferują go tu w formie gulaszu, bo sprawdziłby się idealnie. Później jeszcze szybkie zakupy w sklepie i wizyta na miejscowym festiwalu kwiatów gryki, na którym oglądaliśmy barwne pokazy, niestety poprzedzane zdecydowanie zbyt długimi przemowami i filmikami promującymi atrakcje regionu.









Jutro wracamy do Ha Giang, gdzie bierzemy jeden nocleg, a kolejnego dnia autobusem z miejscami leżącymi pojedziemy 9 godzin do Ha Long. Podobno w nocy jest tam 18 stopni, więc użycie grzejnika nie powinno być konieczne. Przepraszamy też za tyle dni bez żadnego posta, ale różne przygody tutaj sprawiły, że już zwyczajnie zabrakło nam energii 😉.

24 listopada 2025

Bez skuterów, ale na oparach

Mimo że pokusa, by sobie dzisiaj poleniuchować, była dość silna, to oczywiście nie zostaliśmy w pokoju, tylko wybraliśmy się na kolejną przechadzkę. Tym razem trasę wymyśliłam ja i muszę przyznać, że nie jestem z niej szczególnie dumna. Droga wiodła dość długim fragmentem słynnej pętli Ha Giang do miasteczka Cho Kem, co umożliwiło podziwianie widoków, ale jednocześnie narażało nas na ciągły hałas skuterów i unoszący się w powietrzu zapach benzyny. Po mniej więcej godzinie wędrówki zrobiliśmy sobie jednak wyczekiwaną przerwę na mrożoną kawę, po której zostało nam już niecałe pół godziny marszu hałaśliwą pętlą. Po drodze pasażer skutera pokazał nam nawet kciuka z uznaniem, bo pewnie zakładał, że robimy całą pętlę lub przynajmniej większy jej fragment z buta. Takimi hardkorami nie jesteśmy, gdyż cała pętla jest długa na ok. 360 km, a zresztą kto chciałby deptać tyle asfaltu? Tak czy inaczej, zawsze możemy się chełpić, że zaliczyliśmy odcinek pieszy tej zatłoczonej atrakcji, a to raczej nie jest często podejmowane wyzwanie 😎. Wiecie, jakoś pocieszać się trzeba...

Gdy z ulgą zeszliśmy z ruchliwej szosy, wkroczyliśmy na wiejską drogę, znacznie już spokojniejszą, choć i tam nie brakowało skuterów, szczególnie z turystami, którzy pokonują całą pętlę tym środkiem transportu. Było jednak przynajmniej zielono z każdej strony, a przy drodze co rusz spotykaliśmy uprawy trzciny cukrowej. Rozglądaliśmy się, gdzie można by tu zrobić przerwę, ale nie było żadnej opcji, więc dotarliśmy do rozwidlenia i wdrapaliśmy się kawałek pod górę jedynym gruntowym odcinkiem trasy. Przynajmniej tam skutery nie miały jak wjechać...



Tak rośnie trzcina cukrowa, inaczej nazywana cukrowcem lekarskim

Wreszcie znaleźliśmy też murek, na którym zjedliśmy drugie śniadanie, a w międzyczasie profilaktycznie zainstalowałam lokalną aplikację do zamawiania taksówek, bo z Grabami na takiej prowincji bywa ciężko. W perspektywie mieliśmy konieczność powtarzania części asfaltowej pętli, co nie napawało nas optymizmem, więc lepiej mieć jakąś opcję zapasową. Po wdrapaniu się na punkt widokowy, będący jednocześnie lokalem gastronomicznym, z radością odkryliśmy, że sprzedają tam zimne kokosy. Co prawda nie będę po raz kolejny zachwalała, jak wyborny jest to napój, gdy człowiek odczuwa pragnienie, ale musicie uwierzyć mi na słowo. Po jego wypiciu podjęliśmy próbę zamówienia taksówki, ale na próżno, gdyż najwidoczniej nie przyjeżdżają na takie wygwizdowo. Trochę dziwne, bo w tamtą stronę widziałam co najmniej kilka taksówek tej korporacji, ale nie ma co dywagować — trzeba użyć mocy styranych już szłapek i liczyć, że jeszcze trochę wytrzymają.

Kokos w takim miejscu to naprawdę przyjemność

O dziwo tym razem szło się znacznie przyjemniej, ruch był już mniejszy, a dodatkowy klimat tworzyło zachodzące słońce, które dzisiaj przez większość dnia chowało się za chmurami. Dość sprawnie dotarliśmy do pokoju, gdzie odpoczęliśmy z dwie godziny, a ok. 19 ruszyliśmy na poszukiwanie kolacji. Tomek znalazł dwie obiecujące miejscówki w pobliżu naszego noclegu, więc z nadzieją poszliśmy w tamtym kierunku. W jednej restauracji już sprzątano (?!), a w drugiej, za pomocą tłumacza, właściciel próbował się dowiedzieć, co chcielibyśmy zjeść, sugerując, że wybór jest raczej spory. Gdy jednak zapytaliśmy, co w ogóle jest dostępne, to stwierdził, że makaron instant z jajkiem 😃. Podziękowaliśmy, bo jedliśmy to już wczoraj, i ruszyliśmy w przeciwnym kierunku, licząc na łut szczęścia. Jest! Otwarta miejscówka, w której nawet byli jacyś goście. Zdecydowaliśmy się na dwie porcje ryżu z mięsem, a do tego tofu w sosie pomidorowym i kąski wieprzowiny, jak się później okazało, bardzo pikantne. Wszystko było jednak bardzo smaczne, więc cena ok. 35 zł za jedzenie z piwkiem nie wydawała się nam szczególnie wygórowana. Wreszcie można wrócić do pokoju i już z niego dzisiaj nie wychodzić 🙈.


W połowie zjedzona porcja tofu


Nie ma jak knajpa w garażu, jest nawet łóżko na sjestę

Jutro jedziemy do kolejnej miejscowości o nazwie Dong Van, ale tym razem nie będziemy rezerwować biletów z wyprzedzeniem, tylko pójdziemy na żywioł, bo przewoźników na tej trasie jest sporo, więc może wyjdzie taniej niż ostatnio. Na wszelki wypadek kupiłam też gumy do żucia, by uniknąć sensacji żołądkowych na licznych serpentynach, ale przynajmniej z czystym sumieniem sobie trochę posiedzimy, bo dzisiaj znów zrobiliśmy prawie 30 000 kroków.

23 listopada 2025

Wsi spokojna, wsi wesoła

 "Ze Świnoujścia do Walvis Bay droga nie była krótka" śpiewa w znanej szancie Jerzy Porębski. Dziś nasza droga również nie była krótka, choć początkowo nic nie zapowiadało, że skończymy z 30 tysiącami kroków na liczniku, ale od początku.

Po śniadaniu zjedzonym w pokoju postanowiliśmy wyruszyć w stronę oddalonej o kilka kilometrów wioski Nam Dam, a konkretnie znajdującego się w niej wodospadu. Pogoda od jakiegoś czasu dopisuje, więc trochę podejrzliwie patrzymy na miejscowych opatulonych nierzadko w puchowe kurtki, podczas gdy sami paradujemy w letnich ciuchach, no bo jak inaczej przy 26 stopniach?

Sama wioska jest tym, czym wioska powinna być. Pola kukurydzy, górskie widoki, cisza i spokój. Oczywiście w takim anturażu nasza obecność tym bardziej nie przechodziła niezauważona i podczas spaceru wielokrotnie musieliśmy witać się z miejscową młodzieżą i wdawać się w krótkie small talki.

To na pewno bardziej autentyczna wioska niż Cat Cat




W tym miejscu zrobiliśmy wycof, bo okazało się, że wodospad jest jednak gdzie indziej

W końcu dotarliśmy do wodospadu. Zrobiliśmy sobie krótką przerwę, przekąsiliśmy coś i postanowiliśmy ruszyć w stronę centrum Tam Son (wcześniej używaliśmy nazwy Quan Ba, ale tu używają tych określeń zamiennie, by być precyzyjnym — Tam Son to stolica dystryktu Quan Ba).

Mając w pamięci wczorajsze słowa naszego gospodarza o tym, że w okolicy odbędzie się jakiś spory festiwal, postanowiliśmy mieć oczy szeroko otwarte i kierować się instynktem. W Internecie o żadnych wydarzeniach ani widu, ani słychu, więc licząc na szczęście, poszliśmy we wspomnianym wcześniej kierunku.

Wodospad był całkiem okazały

No i nie przeliczyliśmy się, już nieraz przekonaliśmy się, że szczęście nam sprzyja i tak było również i tym razem. Po dotarciu do centrum wioski Nam Dam, które leżało po drodze do Tam Son, okazało się, że wspomniany festiwal odbywa się właśnie tam. Nie było jeszcze żadnych występów, ale tłumy miejscowych zmierzających w tamtym kierunku zwiastowały, że wkrótce coś zacznie się dziać. Postanowiliśmy napić się gdzieś czegoś zimnego, zanim wydarzenia ruszą z kopyta, ale nie mogliśmy znaleźć żadnej sensownej opcji. Zatrzymaliśmy się przy homestayu, przed którym stała lodówka z piwem i innymi napojami, ale jak na złość nie było nikogo z obsługi na miejscu. Czyżby wszyscy poszli na festiwal? Zastanawiając się, co począć, w końcu doczekaliśmy się przybycia gospodarza. Przyjechał na skuterze zabrać z lodówki skrzynkę zimnego piwa, by handlować nim na festiwalu, a przy okazji sprzedał nam napoje. Zadowoleni usiedliśmy na plastikowych krzesełkach i obserwowaliśmy barwne tłumy zmierzające na wydarzenie.

Przedstawiciele mniejszości etnicznych chodzą tak ubrani na co dzień, nie tylko od święta



Drobny handel kwitnie przy okazji takich wydarzeń

Wietnamczycy bardzo nie lubią wystawiać się na światło słoneczne, dlatego trochę dziwnie czuliśmy się, gdy jako jedyni usiedliśmy na murku przy scenie, który znajdował się w pełnym słońcu. Występy artystyczne, których byliśmy świadkami, były średnie, ale miało to swój klimat.



Pani idzie do ludzi za konsoletą, bo coś jej ewidentnie nie pasowało. Występ zakończył się nagle zejściem ekipy ze sceny

Kiedy tak siedzieliśmy i podziwialiśmy lokalny folklor (każda wioska z okolicy miała własne stoisko ze swoimi wyrobami spożywczymi i płodami ziemi, trochę przypominało to dożynki), do Moniki przysiadła się młoda Wietnamka i zapytała, skąd jesteśmy. Zdziwiła się, że Monika nie ma 18 lat, o co ją posądzała, i poprosiła o wspólne selfie. Monika wykrakała to w poprzednim poście jak nic! Zapytała nas jeszcze, czy mamy Instagrama, ale nie mamy, więc temat się urwał.

Lin jest chyba jakąś influencerką, sądząc po tym, co wrzuca na fejsa

Takie obcowanie z kulturą potrafi sprawić, że zaburczy człowiekowi w brzuchu. Jako że wyglądało na to, że szykuje się dłuższa przerwa (po dwóch występach już przerwa?), poszliśmy szukać czegoś do wszamania. Uszliśmy może jakieś pół kilometra i znaleźliśmy miejscówkę z niezłym widokiem. Zamówiliśmy jedyną pozycję do jedzenia, czyli makaron z jajkiem, i usiedliśmy.




Posiedzieliśmy tam jakiś czas, aż usłyszeliśmy, że muzyka znowu zaczęła grać. No to w drogę, idziemy z powrotem na festiwal. Na miejscu zdążyło zrobić się już jednak dosyć tłoczno i co najdziwniejsze — strasznie głośno, aż głowa bolała. Cyknąłem zdjęcie i stwierdziliśmy, że uciekamy.


Okazało się to dobrą decyzją. Jeszcze przez długi czas słyszeliśmy głośne granie z oddali. Myślę, że optymalna głośność była z jakichś dwóch kilometrów od centrum wydarzeń. Po drodze do Tam Son minęliśmy się jeszcze z naszym gospodarzem, który jechał autem w stronę festiwalu. Oczywiście pomachał nam radośnie jak wiele osób przed nim. Kupiliśmy pieczywo na sprawdzonym stoisku, zjedliśmy znowu pho na targu, szybko ogarnęliśmy drobne zakupy i tak właśnie dotarliśmy do pokoju z 34 tysiącami kroków na liczniku (Monika trochę mniej, bo ma dłuższe nogi).