We wtorek przyjechaliśmy do Dong Van, miejscowości na dalekiej północy Wietnamu, która graniczy z Chinami. Pójście na żywioł z transportem okazało się opłacalne, bo po ok. 20 minutach oczekiwania bus przyjechał i wystarczyło tylko pomachać kierowcy, żeby nas zgarnął. Dobrze, że kupiłam gumy do żucia, bo tym razem rzeczywiście żołądek kiepsko znosił te serpentyny, ale daliśmy radę. Po dotarciu na miejsce noclegowe wydawało się, że jest zamknięte na wszystkie spusty, jednak po chwili starszy pan nam otwarł, wydał klucze i przyjął opłatę za pokój. Był strasznie niekomunikatywny, a gdy próbowaliśmy się z nim porozumieć za pomocą tłumacza, powtarzał jedynie "halo" do telefonu, więc odpuściliśmy. Jak się później okazało, był to teść właścicielki, który zajmował się motelem pod jej nieobecność, więc pewnie nieźle się zestresował naszym przybyciem. Gdy rozpakowaliśmy rzeczy, ruszyliśmy tak jak zwykle na rozeznanie terenu. Okazało się, że w Dong Van działa dość dobrze zaopatrzony sklep z elektroniką, więc kupiliśmy za niecałe 20 złotych czajnik elektryczny, bo nie było go na wyposażeniu pokoju, a uznaliśmy, że pewnie jeszcze nieraz się przyda. Chciałam też kupić mieloną kawę, ale znaleźliśmy same dziwne mieszanki z dodatkiem cukru i masła — widział kto kiedy takie dziwactwa? 🤦🏻♀️ Dodatkowo nie znaleźliśmy żadnej piekarni, ale przynajmniej zajrzeliśmy na lokalny targ, gdzie zjedliśmy pho i kupiliśmy owoce oraz tutejszą wędzoną kiełbasę wieprzową dla Tomka (takie rarytasy po 40 złotych za kilo). Wcześniej tylko raz udało mu się kupić kiełbasę (fermentowaną), więc żal było nie skorzystać. Na kolację dorwaliśmy ryż z jajkiem i wołowiną.
Po powrocie do pokoju szybko się zorientowaliśmy, że jest w nim okropnie zimno, a opcja grzania w klimatyzatorze nie działa. W nocy temperatury spadały tutaj do 3-6 stopni, więc poszliśmy spać ubrani jak na Syberii. Wiedzieliśmy, że ze starszym panem będzie ciężko się porozumieć w tej sprawie, dlatego następnego dnia Tomek wpadł na pomysł, by kupić jakiś budżetowy grzejnik. Moglibyśmy co prawda szukać na szybko innego noclegu, ale wtedy bylibyśmy stratni jeszcze bardziej. Na szczęście udało się kupić mały i dość lekki grzejnik na podczerwień za jakieś 70 zł i uznaliśmy, że jest to mądry zakup, nawet jeśli już nigdy więcej z niego nie skorzystamy. Grzejnik co prawda nie jest na tyle wydajny, żeby ogrzać całe pomieszczenie, ale skierowany na nas daje przyjemne ciepło i ciężko sobie wyobrazić, jak poradzilibyśmy sobie bez niego. Po odniesieniu go do pokoju poszliśmy na kawę (niestety podaną w jednorazowym kubku ze słomką) i spacer na punkt widokowy. Później zjedliśmy zupę i postanowiliśmy jeszcze przejść się do lasu po drugiej stronie miejscowości, ale nie bardzo było wiadomo, gdzie biegnie wskazywana przez mapy ścieżka, więc po chwili odpuściliśmy. Wróciliśmy do pokoju, umyliśmy się i odpoczęliśmy, a następnie ruszyliśmy na kolację oraz ponowne poszukiwania piekarni. Udało się zjeść lokalny ryż z dodatkami oraz trafić do piekarni, ale mieliśmy wrażenie, że wieczorem pieczywa chyba już tam nie sprzedają. Bagietki znajdowały się bowiem jakby na zapleczu, a z przodu były wystawione tylko słodkości. Może te bagietki były przygotowane na specjalne zamówienie do lokali gastronomicznych? Ciężko powiedzieć, bo tyle tu nieintuicyjnych rzeczy, że można naprawdę zgłupieć. W każdym razie pieczywa nie mamy, trzeba będzie kombinować kolejnego dnia.
Jutro wracamy do Ha Giang, gdzie bierzemy jeden nocleg, a kolejnego dnia autobusem z miejscami leżącymi pojedziemy 9 godzin do Ha Long. Podobno w nocy jest tam 18 stopni, więc użycie grzejnika nie powinno być konieczne. Przepraszamy też za tyle dni bez żadnego posta, ale różne przygody tutaj sprawiły, że już zwyczajnie zabrakło nam energii 😉.











