Dzisiaj postanowiliśmy uciec choć na chwilę od zgiełku miasta. Zanim jednak to nastąpiło, zjedliśmy późne śniadanie w postaci makaronu instant — Tomek wybrał dość pikantny wariant z kulkami rybnymi, ja łagodny z czarnym sosem i pastą rybną, która wyglądem przypominała bardziej chipsy. Jeden makaron kosztował ok. 3 zł, więc nie spodziewaliśmy się szału, ale o dziwo był smaczny i sycący. W tym samym miejscu wypiliśmy kolejną już wietnamską kawę, dzięki której każdy dzień tutaj jest automatycznie lepszy.
Po śniadaniu ruszyliśmy w stronę mostu nad Rzeką Czerwoną, w okolicach której postanowiliśmy dzisiaj pospacerować. Obok mostu widniał jednak znak zakazu dla ruchu pieszego i samochodowego, więc szukaliśmy przez chwilę alternatywnej drogi, przy okazji zahaczając o coś w rodzaju lokalnego targu, z którego dobiegały bardzo specyficzne zapachy. Ostatecznie jednak wróciliśmy na most, zauważywszy chodzących na nim pieszych.
Przejście przez most było atrakcją samą w sobie — jego stan techniczny pozostawiał wiele do życzenia, miejscami był już solidnie pordzewiały i gdzieniegdzie dosłownie się trząsł pod naporem przejeżdżających przez niego skuterów. W międzyczasie zauważyliśmy mieszkających tam w dość ubogich warunkach ludzi i takie sterty śmieci, że aż serce bolało. Wietnam co prawda nie należy do najczystszych, a znalezienie kosza na śmieci graniczy z cudem, ale takiego wysypiska śmieci jeszcze tu nie widzieliśmy. Dodatkowo widok bardzo szerokiego koryta rzeki, stateczków oraz egzotycznej roślinności ciekawie kontrastował z górującymi nad rzeką nowoczesnymi budynkami mieszkalnymi.
Most był dłuższy, niż się wydawał, a przejście przez niego zajęło jakieś 30-40 minut. Trochę się zagapiliśmy i po chwili odpoczynku na ławeczce wróciliśmy się kilkaset metrów, by skręcić na gruntową ścieżkę. Uff, wreszcie trochę ciszy i zieleni, których w Hanoi jak na lekarstwo. I to nie byle jakiej zieleni, bo soczystej, egzotycznej oraz pełnej tutejszych owoców, np. bananów. Zawsze miło zobaczyć banany w ich naturalnym środowisku, a nie tylko smutne i stłoczone w skrzynkach w Biedronce 😉
Po prawej stronie mieliśmy pola uprawne oraz rzekę, a po lewej coś w rodzaju miejscowych ogródków działkowych (w tym miejscu pozdrowienia dla mojego taty, zapalonego działkowicza 😃). Powrót do zgiełku miasta umililiśmy sobie wodą kokosową i spacerkiem po wysepce nad wodą, który dopełnił widok zapalonych o tej porze papierowych lampionów.
Wreszcie przyszedł czas na kolację — dzisiaj była to zupa z chrupiącym węgorzem, makaronem i kiełkami. Całość była bardzo smaczna i aromatyczna, a porcja solidna. W mojej ocenie potrawa była nawet smaczniejsza od popularnej tutaj zupy pho. Za dwie porcje zapłaciliśmy tradycyjne już tutaj 80 tysięcy dongów, czyli ok. 11 zł. Dzień zakończyliśmy drobnymi zakupami i wróciliśmy do apartamentu, zrobiwszy ok. 17 tysięcy kroków. Taki tam luźny dzionek...🤭
Bardzo dziękuję za pozdrowienia . Fajnie że w Wietnamie też są działki .!!!
OdpowiedzUsuń