Na ten dzień czekaliśmy, odkąd przyjechaliśmy do Sa Pa. Pogoda wreszcie poprawiła się na tyle, że widać było więcej niż koniec własnego nosa. Zjedliśmy więc przygotowane przez Son śniadanie (w końcu obiecany makaron z grzybami i mięsem, choć w formie zupy, bo tu inaczej makaronu raczej nie jadają) i po krótkim namyśle zdecydowaliśmy się na klasyczną trasę trekkingową (tak to tu nazywają, dla nas trekking to coś dużo grubszego kalibru) prowadzącą z wioski Ta Van przez Lao Chai i Y Linh Ho do Sa Pa (wszyscy idą z Sa Pa do Ta Van, bo jest z górki, ale dla nas to żadna zabawa). Na takie trekkingi namawiają zresztą na każdym kroku przedstawicielki tutejszej mniejszości etnicznej — Czarnych Hmongów, które zdecydowanie wyróżniają się ubiorem.
Coś tam rzeczywiście z tej huśtawki widać
Son przyniosła nam po chwili widelce, co potraktowaliśmy jako obelgę
My jednak jako nieco bardziej introwertyczni osobnicy nie przepadamy za przewodnikami i wolimy być sami dla siebie sterem, żaglem i okrętem. Podobno taki trekking z miejscowymi to dosyć ciekawa sprawa, można sporo dowiedzieć się o kulturze i zwyczajach oraz wpaść na posiłek do lokalsów, ale u nas jednak poczucie komfortu psychicznego przeważyło. No i nie trzeba płacić 😁. Po śniadaniu i kawie zamówiliśmy więc Graba (kosztował jakieś 30 złotych za półgodzinną jazdę) i pojechaliśmy do Ta Van. Droga była nędzna, więc kierowca dostał jeszcze od nas napiwek i ruszyliśmy przed siebie.
Samo Ta Van jest oblegane przez turystów, podobno to autentyczna wietnamska wioska, ale widać, że żyją tu głównie z turystyki i klimat jest taki sobie, głównie z uwagi na tłumy. Być może w tygodniu wygląda to inaczej. Zdjęć nie robiłem, bo chcieliśmy się stamtąd jak najszybciej wydostać. Na szczęście po jakimś czasie zaczęło się to, po co przyjechaliśmy. Zieleń i przestrzeń. Do tego majestatyczne góry wznoszące się na ponad trzy tysiące metrów.


Na zdjęciu widać parę, która zdecydowała się na trekking z miejscową przewodniczką
Na zdjęciu kobieta z plemienia Czarnych Hmongów
Kaczki na takim rożnie widzieliśmy też w Hanoi
Suszący się cynamon, zapach, który się tam unosił, był dosłownie nieziemski
Po jakimś czasie ilość budynków zmalała, podobnie jak zagęszczenie turystów, i weszliśmy w teren bardziej dziki, choć ciągle szliśmy utwardzoną ścieżką, mijając niezliczone ilości skuterów.
Ryż lubi podmokłe tereny
Tej krowy nie zauważyłbym za krzakami, gdyby nie Monika
Tarasy ryżowe, charakterystyczny dla tego regionu krajobraz
Po pokonaniu dobrych kilku kilometrów przyszła pora, żeby coś zjeść. Wyboru za wielkiego nie było, ale napatoczyła się akurat jakaś elegancka knajpa, chyba nawet przynależąca do jakiegoś hotelu. Zacisnęliśmy zęby, bo wiedzieliśmy, że tak tanio jak w ulicznych stoiskach to na pewno nie będzie, i weszliśmy do środka, uprzednio zerkając na wystawione przed drzwiami menu, by upewnić się, że nie zbankrutujemy. Nie było tak źle. Za dwa kokosy i dwie skromne porcje ryżu z szaszłykami (w Polsce nikt nie miałby odwagi nazwać tak mikrej porcji mięsa szaszłykiem) zapłaciliśmy 310 tysięcy dongów (jakieś 43 złote). Szału nie było, ale był widoczek.
Ryż gotowany w tradycyjny sposób w bambusowych tubach i pożal się Boże — szaszłyki
Widoczek był całkiem niezły
No to jazda dalej. Przed nami jeszcze jakieś dwie godziny drogi. Towarzyszyć nam w niej postanowił miejscowy Fafik, więc przez prawie godzinę mieliśmy towarzysza. Ostatecznie okazało się, że po prostu wracał do domu, ale nie opuszczał nas na krok, więc trochę się do niego przywiązaliśmy.
Psów jest tu od groma i wszystkie są równie sympatyczne i spokojne
Widoki ciągle były takie, że w zasadzie nie czuliśmy zmęczenia. Nawet konieczność dziesięciominutowego wracania się, bo zaplanowana ścieżka była nie do przejścia, nie zepsuła nam humorów.
Nigdy nie wiadomo, kiedy Monika zechce przyćmić nawet najlepsze krajobrazy
Po jakichś pięciu godzinach drogi i niezliczonej ilości ostrych podejść, w końcu dotarliśmy do drogi nr 152, która prowadzi prosto do Sa Pa. Mieliśmy już na liczniku ponad 20 tysięcy kroków, a tu jeszcze godzina do pokoju. Ale nic, idziemy i się nie poddajemy.
Na górze widać centrum Sa Pa
W końcu zieloność ustąpiła miejsca betonowi, ruch się zwiększył, a hałas generowany przez klaksony sprawił, że nieraz szpetnie zakląłem pod nosem, nie rozumiejąc, z czego bierze się ten zwyczaj. To jeden z największych do tej pory szoków kulturowych dla mnie. A myślałem, że w Grecji jeżdżą na wariata.
W Polsce straż miejska miałaby używanie
Tata, niy godołżeś, że robisz kariera we Bollywoodzie 📽✌😆
Wiadomo, jak się chodzi po górach (choć Monika kategorycznie nie chce uznać tego za górski spacer, bo ścieżka była zbyt cywilizowana i nie szła w lesie), to się głodnieje. Nie chciało nam się kombinować i poszliśmy do sprawdzonego miejsca na kolejną zupę (ciekawe, kiedy nam się to znudzi). Tym razem była to zupa z wołowiną duszoną w winie z imbirem i innymi dodatkami. Mięso mogłoby być bardziej miękkie, ale ogólnie było okej. Zwłaszcza że kosztowała 6 złotych, więc standardowo.

Bun sot vang — zupa z duszoną w winie wołowiną
I pełen zestaw dodatków
Dzisiaj prawie 30 tysięcy kroków. W poniedziałek jedziemy do kolejnej miejscowości, więc nogi trochę odpoczną. Znów czeka nas sześciogodzinna podróż autobusem z miejscami leżącymi. I znów jedziemy w górskie rejony. Musimy jeszcze tylko ogarnąć noclegi, ale Monika właśnie z tym walczy, więc jest nadzieja, że nie będziemy spać pod chmurką. Pozdrowienia dla wszystkich i trzymajcie się tam!
Ale żeby Tadek w Bollywood ? 😂😂👀
OdpowiedzUsuńNawet mi nie powiedział że aż tam tata dotarł 🤣🤣Super miejsca na trekking,a te zupy to aż ślinka cieknie 😋.My też pozdrawiamy i czekamy codziennie na wasze podboje świata😍
OdpowiedzUsuńMy też pozdrawiamy i życzymy smacznych kolejnych zup🤪
OdpowiedzUsuń