Zanim ruszymy na wspominaną wczoraj przez Tomka słynną pętlę, zaczęliśmy od skromniejszej w naszej okolicy. Najpierw jednak tradycyjnie zjedliśmy śniadanie — dzisiaj Tomek wybrał bananowy naleśnik, ja zupę z jajkiem i makaronem instant, a do tego po sztuce lokalnych bananów. Wydają się one delikatniejsze w smaku, mniej słodkie i bardziej pożywne od tych, które sprowadzane są do Polski.
Wczoraj pani gospodyni przygotowała nam cztery banany, ale Tomek odmówił wzięcia dwóch pozostałych do pokoju, żebyśmy nie wyszli na pazernych. Powtarzałam mu, że jak dają, to trzeba brać, bo następnym razem już tyle nie dostaniemy. No i miałam rację, ale kto by tam baby słuchał. 😇
Po śniadaniu wypiłam tradycyjnie drugą kawę w pokoju, bo małe czarne podawane tutaj do śniadania nie umywają się do tych podawanych na mieście. Przy okazji wymyśliłam też wspomnianą wcześniej pętelkę, która zaczynała się w pobliżu naszego pokoju, nie wymagała zamawiania Graba i była do zrobienia w jakieś 2-3 godziny. Trasa wiodła przez bardzo zielone i malownicze tereny, ciszę przerywał jedynie szum potoków, cykanie cykad i ryk pojedynczych skuterów, a okolicę otaczały niezbyt wysokie, ale charakterystyczne stożkowate góry. Można było tam rzeczywiście poczuć klimat prawdziwej wietnamskiej prowincji — tylko my i przyroda, żadnej komercji, nagabywania i obnośnej sprzedaży. Po drodze spotykaliśmy głównie dzieci i nastolatki na rowerach, co rusz machające do nas i witające się słowami "hello", co zresztą powtarzało się dzisiaj wielokrotnie nawet po powrocie do centrum miasta. Widać, że Ha Giang nie jest miejscem tak turystycznym jak Sa Pa, a przybysze z innego kontynentu są tutaj obserwowani z wyraźnym zaciekawieniem.
Po zjedzeniu niegrzeszącej już świeżością bagietki banh mi (tej kupionej jeszcze w Sa Pa) ruszyliśmy w stronę centrum miasta z zamiarem wymiany waluty i oczywiście zjedzenia czegoś konkretniejszego. W międzyczasie uznaliśmy jednak, że hostel, w którym znajduje się kantor, jest w pobliżu punktu widokowego, do którego planujemy wybrać się jutro, a kroków i tak zrobiliśmy już dziś wystarczająco dużo. Po chwili odpoczynku na ławce i wizycie w sklepie skierowaliśmy się więc do miejsca, w którym podają podobno bardzo dobre jedzenie. Oczywiście było zamknięte. Skończyło się na tym, że powtórzyliśmy spory odcinek porannej trasy w poszukiwaniu otwartej miejscówki. Pełni nadziei weszliśmy do jednej z nich, by dowiedzieć się, że makaron ryżowy się skończył. Godzina 17:00 i już nie ma jedzenia? Też mi problem, dogotujcie, skoro jest popyt, bo to latanie za jedzeniem zajmuje nieraz więcej czasu niż pozostałe aktywności i bywa naprawdę frustrujące... Większość tych przybytków otwiera się o 17-18, a tu Ci powiedzą, że już będzie ciężko coś zjeść. To o której otwierali, tym razem o 14-15? Kończę już te żale, ale naprawdę ciężko się w tym wszystkim połapać. Skończyło się na tym, że w barze szybkiej obsługi zjedliśmy kurczaka i ryż z odrobiną ogórka, a do tego jeszcze zamówiliśmy frytki. Możecie krytykować, ale miło zjeść chociaż symbolicznie coś innego niż ryżopodobny produkt 🤭.
Do pokoju ściągnęliśmy ok. 19:00 po zrobieniu jakichś 27 tysięcy kroków, choć jak zwykle niby nic takiego się nie robiło. Dajcie jakąś plażę, bo inaczej to chyba nie usiedzimy na tych czterech literach 😉.

Kochani ♥️ Plaża, kąpiel i luzik n wya chwilę to by się przydało 😁 Widoczki fajne ..z jedzeniem dziś szaleństwo 🤭Ciekawy dzionek ...czekamy na więcej🥰
OdpowiedzUsuń