31 grudnia 2025
Wietnamski skok w nowy rok
27 grudnia 2025
Święta, święta i po świętach
Czołem po świętach! Ani się obejrzeliśmy, a cztery dni w Hoi An minęły jak z bicza strzelił. Wszystko zaczęło się od podróży 23 grudnia z Hue, tym razem busikiem szumnie nazywanym tutaj "limousine", czyli z rozkładanymi siedzeniami. Nam trafiły się miejsca z tyłu, więc limuzynowo raczej się nie czuliśmy, ale nie szkodzi. Zawsze to jakaś odmiana od sleeper busów, których Monika ma już po dziurki w nosie i zawsze narzeka, kiedy przed nami kolejna podróż w nowe miejsce, bo z reguły to właśnie autokarami sypialnymi przychodzi nam podróżować. W Da Nang przesiedliśmy się z busa na taksówkę (była za darmo, w cenie biletu na busa) i po jakiejś półgodzinie trafiliśmy do naszego noclegu — Lucky Leaf Villa w Hoi An.
Było dosyć wcześnie, bo ok. 12, więc po zameldowaniu się ruszyliśmy coś zjeść. Wybór padł na restaurację Ruby, zamówiliśmy po cao lau i sałatkę z kwiatów bananowca, do tego piwo Huda. Tak powstało hasło "Ruby i Huda", wiadomo, kto jest kim.
Wieczorem pochodziliśmy trochę po centrum słynącym z lampionów i poszliśmy na kolację składającą się ze smażonych wontonów, sałatki z papai i kurczaka z ryżem. W gratisie dostaliśmy marakuję, po raz pierwszy z cukrem do posypania, ale kiedy skosztowaliśmy, zrozumieliśmy. Była mega kwaśna.
Droga powrotna do Hoi An minęła bez większych komplikacji, choć musiałem się wykazać większym skupieniem. Wracaliśmy w godzinach szczytu. Okazało się zresztą, że w Hoi An tydzień wcześniej też otwarto Guardiana, więc podjechaliśmy do niego skuterem i Monika po krótkiej 😉 chwili zdecydowała się na sensowne, jej zdaniem, kosmetyki.
Musicie wiedzieć, że w Wietnamie jako tako nie obchodzi się świąt Bożego Narodzenia. Katolicy stanowią tu zaledwie ok. 7% populacji. Nie ma też tradycji związanych ze świętami, takich jak wieczerza wigilijna, czy dawanie sobie prezentów. Nie ma typowo świątecznych potraw, więc zapomnijcie o karpiu, moczce i makówkach. Jedynie pasterka łączy chyba pod tym względem Polskę i Wietnam, choć tu, w Hoi An, odbywała się ona o 21, nie o północy. Święta nie są również dniami wolnymi od pracy, życie toczy się tu jak zawsze. Jedynie w turystycznych miejscach odczuć można klimat, który można porównać do tego z Kevina samego w domu. Gdzieniegdzie widać okna ustrojone wieńcami, na ulicach świecą choinki, z knajp dobiegają dźwięki świątecznych przebojów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że święta to tylko pretekst dla przyciągnięcia turystów. I do zakupów, oczywiście, bo czy coś w tym czasie jest ważniejszego w każdym miejscu na świecie? Ale już dosyć narzekania na ten kapitalistyczny aspekt końcowogrudniowego okresu. Jest jak jest. Wygląda to mniej więcej tak.
Na kolację poszliśmy do miejsca cieszącego się dobrą opinią na Google. Zamówiliśmy kociołek z owocami morza, pierożki white rose i rybę grillowaną w liściu bananowca.
Hot pot niestety nas rozczarował, bo na zdjęciach wyglądał zupełnie inaczej. Musicie wiedzieć, że hot pot (po polsku "kociołek") to danie składające się z naczynia z wywarem umieszczonego na palniku, talerza ze składnikami, które się własnoręcznie w tym wywarze gotuje, oraz z dodatków w postaci warzyw, sosów itp. Nasz hot pot to było smutne naczynie z kilkoma jeszcze smutniejszymi krewetkami. Zdjęcia nie ma, żeby i Wam nie było smutno.
Z tego powodu po raz pierwszy złożyliśmy reklamację, na szczęście ją uwzględniono i za cały posiłek, zamiast zapłacić 460 tysięcy, zapłaciliśmy 250. Mówią, że jaka Wigilia, taki cały rok. No to będzie ciekawie.
Kolejnego dnia, czyli w pierwszy dzień świąt, pogoda nie była już tak łaskawa. Od rana kropiło, a zapowiadało się, że będzie tylko gorzej. No ale nic. Zjedliśmy śniadanie, popracowałem i dalej, na skuter! Tym razem do My Son, sanktuarium, którego początki sięgają IV w. Droga po raz kolejny nie była krótka (jak ze Świnoujścia do Walvis Bay), ale jakoś po półtorej godziny dojechaliśmy, po drodze robiąc sobie przerwę na żarcie.
Wstęp do kompleksu kosztuje 150 tysięcy dongów za osobę. Do zabytków kursują meleksy, ale my jesteśmy zawsze team chodzenie, więc poszliśmy z buta, wywołując zdziwienie na twarzach pasażerów mijających nas elektrycznych pojazdów. Nie było jakoś daleko, ok. 20 minut spacerkiem. Poniżej zdjęcia z My Son. Nie jesteśmy zbyt dobrze zaznajomieni z historią tego miejsca, wiemy, że stworzyli je Czamowie, i że rozwijało się do XV wieku. Spędziliśmy w tym miejscy ponad godzinę i ruszyliśmy z powrotem również z buta. My to jesteśmy jacyś inni.
Mimo naszych pobożnych życzeń, żeby w drodze powrotnej nie lało, rozpadało się na dobre. Do teraz suszymy rzeczy z tamtej wyprawy, niech to posłuży za komentarz. W każdym razie okazuje się, że jazda skuterem nawet w Wietnamie, po ciemku i w deszczu, w pełnym ruchu ulicznym, jest wykonalna. Nie obowiązują tu zasady ruchu drogowego, ale po prawie dwumiesięcznej obserwacji wiem już, jak to mniej więcej działa.
Wzięliśmy gorący prysznic, ubraliśmy się w suche ciuchy i na kolację. Niedaleko mamy knajpę serwującą banh xeo, do tego sajgonki, grillowaną wieprzowinę i szaszłyki. Było bardzo smacznie, tu, w Wietnamie, zresztą bardzo rzadko człowiek wychodzi z myślą, że nie było warto.
Wczoraj siedzieliśmy prawie cały dzień w pokoju, bo lało. Wyszliśmy o 16, zjedliśmy po zupce banh canh i poszliśmy szukać wymienialni waluty. W pierwszym miejscu od razu zaproponowano mi 26900 za dolara, ale kiedy zobaczyli, że moje dolary są wilgotne po deszczu poprzedniego dnia, nagle kurs spadł do 26700. Poszukaliśmy jeszcze w innych miejscach, gdzie okazało się, że kurs jest bliższy 26000 (za tyle wymieniałem w Hanoi, o ja głupi). Ale nie poddajemy się, łazimy po centrum i nagle jest! Tablica z kursem 26790. Za tyle wymieniałem na Cat Ba i byłem bardzo zadowolony. No to wymieniam. Przeliczyłem kilkadziesiąt banknotów, które w ten sposób otrzymałem, przeszedłem kilka metrów, a tam miejsce z kursem 26820. Lesson learned. Suma summarum jestem w plecy 30000 dongów, czyli jakieś 5 zł. Nie jest źle. Jasne, mogłem wysuszyć i wyprasować pieniądze, żeby dostać lepszy kurs, ale z powodu 15 złotych? Wstąpiliśmy jeszcze do muzeum prezentującego zdjęcia Rehanha. Fajnie, bo za darmo :)
Pocykaliśmy zdjęcia, poodmawialiśmy wieeeelu osobom, próbującym coś nam wcisnąć, od rejsu łódką po rzece po parasole i zaczęliśmy wracać do pokoju, rozglądając się za jedzeniem. Padło na tajską knajpę. Zjedliśmy pad thai z kurczakiem, sajgonki, sałatkę z papai z krewetkami i mango sticky rice.
Za wszystko zapłaciliśmy śmiesznie mało, bo 20 złotych, ale sałatka była dla Moniki niezjadliwa, bo była za ostra. Tak to już jest z tajskim jedzeniem.
Dzisiaj znowu wzięliśmy skuter i pojechaliśmy przepłynąć się charakterystyczną dla tego regionu kokosową łódką. Nie jest to droga zabawa. Kosztuje ok. 12 złotych za osobę. Było całkiem sympatycznie. Zresztą sami zobaczcie. Po drodze jest okazja skorzystać z różnych dodatkowych atrakcji. Wśród nich są m. in. akrobacje na wodzie, karaoke, łowienie ryb i krabów i pewnie coś jeszcze. Jakieś wyścigi na pewno też.
Mając jeszcze trochę czasu, podskoczyliśmy pod latarnię morską, pobujaliśmy się po plaży, zaliczyliśmy wizytę w piekarni (trzeba mieć prowiant na drogę) i w Winmarcie (polski Lewiatan? Coś takiego) i właśnie kończę pisać tego długiego posta. Jeszcze przed nami wyjście na kolację, ale relacja z niej w kolejnym odcinku. Dzięki, że śledzicie nasze przygody i do następnego! Jutro ruszamy do Quy Nhon, znowu 6 godzin w drodze. Sajgon coraz bliżej. Powoli mamy już dość tych dalekich podróży, ale w Kambodży dystanse będą zdecydowanie krótsze.
Trzymajcie się tam ciepło!
























