Zdajemy sobie sprawę, że w ciągu ostatnich kilku dni zaniedbaliśmy publikowanie nowych postów na blogu, ale mamy nadzieję, że nam to wybaczycie, bo korzystaliśmy przez ten czas z uroków wyspy. Tak naprawdę po raz pierwszy od półtora miesiąca znaleźliśmy się w miejscu, w którym wreszcie udało nam się odpocząć i zwyczajnie cieszyć się chwilą — żadnej gonitwy, stresów, logistycznych problemów, a wszystko, czego potrzebowaliśmy, było dosłownie w zasięgu ręki. Może stwierdzicie, że jest jakaś sprzeczność między naszą chęcią eksplorowania autentycznego Wietnamu a chwaleniem dość komercyjnego i przystosowanego pod turystów miejsca, ale autentycznych doświadczeń zaliczyliśmy już naprawdę sporo, więc myślimy, że zasłużyliśmy w pełni na ten jakże przyjemny tydzień.
Wstępnie zarezerwowaliśmy sobie tutaj noclegi do poniedziałku, ale zakładaliśmy przedłużenie pobytu o dodatkowe dwa dni, jeśli pogoda po weekendzie nadawałaby się na plażowanie. Tak też się stało, zresztą w poniedziałek nie byliśmy jeszcze gotowi, żeby porzucić to miejsce i nasze codzienne rytuały. Zacznijmy jednak od niedzieli, którą początkowo nie bardzo wiedzieliśmy, jak sobie zagospodarować. W sobotę udało się skutecznie odpocząć od chodzenia, więc coś by się w sumie porobiło, tylko co? Można by tak wyskoczyć do parku narodowego, ale czy to warto? Nie dość, że trzeba by było wynająć skuter czy przepłacać za taksówkę, żeby się tam dostać, to jeszcze okazało się, że wstęp kosztuje ok. 16 zł od osoby i obejmuje w sumie tylko godzinny spacer na punkt widokowy oraz jakąś jaskinię. Zamiast tego pojechaliśmy miejskim autobusem na małą wycieczkę za miasto, co kosztowało nas śmieszne pieniądze, bo ok. 1,60 zł za jeden kurs od osoby. Po 20 minutach znaleźliśmy się w spokojnej wiosce, skąd planowaliśmy zrobić dwugodzinny spacer i poczekać na powrotny autobus na innym przystanku. Plan wypalił tylko częściowo, bo szlak urwał się w pewnym miejscu, ale przynajmniej spędziliśmy trochę czasu na łonie przyrody i zaliczyliśmy miłe spotkanie z pasącymi się tam kozami. Później podjechaliśmy autobusem do znajdującej się na uboczu restauracji, by wrzucić coś na ruszt, ale tradycyjnie było zamknięte, a w pobliskich sklepach nie było nic sensownego do jedzenia. Wycieczki się nam zachciało... Na szczęście kolejna knajpa, znajdująca się 15 minut dalej, była już otwarta i okazała się naprawdę przyjemna, bo oferowała niezły widok z tarasu i dobre jedzenie — Tomek wybrał smażony makaron z owocami morza, a ja tradycyjne pho, chociaż przez chwilę kusiło mnie spaghetti bolognese 🤭.
Po odpoczynku poszliśmy na dalszy spacer w kierunku pobliskiej jaskini. Droga do niej wiodła przez spokojną wioskę, gdzie znów poczuliśmy klimat autentycznego Wietnamu, a przy okazji odkryliśmy nowe gatunki egzotycznych owoców. Jaskinia była na szczęście otwarta, a wstęp do niej kosztował jedynie 20 000 dongów, czyli niecałe 3 zł (w tym wypożyczenie latarki). Zaskakujące jest to, że owa atrakcja wygląda niepozornie, znajduje się na prywatnej posesji i nie sprawia wrażenia często odwiedzanej przez turystów. W każdym razie było warto, bo choć jaskinia była niewielka, to dostarczyła niezłych wrażeń — pomijając nietoperze, które wisiały u jej stropu, to samo przejście przez nią z latarkami robiło wrażenie. Gdy tylko na moment je wyłączyliśmy, natychmiast zapanował tam totalny mrok i słychać było jedynie kapanie wody, więc czuliśmy się trochę jak bohaterowie filmów przygodowych. Na powrotny autobus musieliśmy poczekać niecałe pół godziny, a dzień zakończyliśmy tradycyjnie wizytą w naszej ulubionej restauracji i odwiedzeniem fontanny.
Trochę się rozpisałam, jeśli chodzi o niedzielę, ale bez obaw — wczoraj i dzisiaj po prostu plażowaliśmy, więc nie będzie długich opisów. Pogoda była idealna mimo delikatnego wiatru, który zresztą w niczym nie przeszkadzał. Woda była naprawdę ciepła, a mimo to śmiałków do kąpieli nie było zbyt wielu. Tak to jest, gdy człowiek próbuje wchodzić do wody na raty, no ale też nie każdy ma za sobą marcowy trening na Pogorii 😉.
Jutro już żegnamy się z Cat Ba i jedziemy do miejscowości Ninh Binh. W naszym hotelu udało się bezproblemowo kupić bilety na autobus, który odbierze nas dosłownie spod drzwi i podobno też podwiezie bezpośrednio na nowe miejsce noclegowe. Na pewno będzie nam brakowało klimatu, jakiego tutaj doświadczyliśmy, ale czas ruszać dalej i mieć nadzieję, że jeszcze jakaś wisienka na torcie się znajdzie. Na koniec chcielibyśmy podziękować świętemu Mikołajowi, który udowodnił, że przychodzi nie tylko do dzieci ❤️. Pragnę też przy okazji zdementować oszczerstwa Tomka z poprzedniego posta, sugerujące, że jestem niegrzeczna — są to wyssane z palca kalumnie, co potwierdzi każdy, kto mnie zna 😇😃.
Św.Mikolaj wie ,kto był grzeczny a kto nie mimo sugestii Tomka 🤣Tak daleko to potrzebuje czasu chyba by Was znaleźć 😂 Fajny klimacik na odpoczynek i piękne widoki.Zyczymy jutro podróży bez komplikacji ☺️
OdpowiedzUsuń