Siedzimy na tej wyspie, chodzimy po okolicy, nogi nas bolą już jak cholera, ale nie odpuszczamy. Powoli przekonujemy się do pomysłu wypożyczenia skutera, być może wkrótce to nastąpi. Na razie jednak zwiedzamy miasto Cat Ba, czyli stolicę wyspy o tej samej nazwie. To jedno z najbardziej turystycznych miejsc, w jakich do tej pory znaleźliśmy się podczas naszej podróży. Przyjaźni ludzie, łatwość w komunikacji po angielsku, pogoda i przepyszne jedzenie w naszej ulubionej restauracji sprawiają, że pobyt tu traktujemy trochę jak wczasy, będące odpoczynkiem od podróży. Przeszkadza może trochę ciągłe nagabywanie taksówkarzy i osób oferujących różne rzeczy na ulicach.
Mamy już tu nawet swoje rytuały. Wstajemy, jemy śniadanie, wracamy do pokoju, pracuję przez jakieś dwie godzinki, ruszamy zwiedzać, idziemy coś zjeść, znów do pokoju, praca, kolacja, spacer do fontanny i dzień się kończy.
W restauracji Yummy uśmiechają się już na nasz widok, bo jesteśmy tam co najmniej dwa razy dziennie, a właścicielka wręcz nam dziękuje za tak częste wizyty. Nie musi tego robić, najlepszym podziękowaniem jest doskonała jakość dań, które w tym miejscu podają.
Wczoraj poszliśmy pooglądać tutejsze plaże. Jest ich kilka, znajdują się głównie przy hotelach, ale wstęp na nie nie jest ograniczony tylko dla gości. Nadbrzeżna część miasteczka to w tej chwili wielki plac budowy, powstają tu nowe hotele, co trochę psuje krajobraz, ale z plaż tego nie widać. Z naszego hotelu zresztą też nie. Aha — wcześniej ogarnęliśmy jeszcze pranie w hotelu, opcja tańsza niż w Ha Giang, tu 45 tysięcy za kilo, tam było 50.
Pogoda nie zachęcała do kąpieli, choć kilku odważnych się znalazło. Na nasz gust wiało trochę za bardzo. Może uda się jednak trochę poplażować po weekendzie. Na pewno nogi by nam za to podziękowały. Wczoraj na kolację zjedliśmy to, co na zdjęciach poniżej. Te naleśniki je się w ten sposób, że odkrawa się fragment nożycami, zawija w papier ryżowy razem z ziołami i moczy w sosie.
Dzisiaj również błąkaliśmy się po okolicy bez bardziej sprecyzowanego celu. Wcześniej jednak zjedliśmy śniadanie, wróciliśmy do pokoju i popracowałem trochę. W międzyczasie zgłodnieliśmy i poszliśmy do Yummy na banh mi i kawę. Musicie wiedzieć, że i w naszym hotelu, i w Yummy, pracuje ten sam młody Wietnamczyk. Nazywa się MJ i zwraca się do mnie per "Boss".
Później poszliśmy tradycyjnie na spacer, zahaczając o plażę, na której było mnóstwo małych krabików, uciekających na nasz widok do swoich kryjówek. Spotkaliśmy też grupę młodych Polaków grających w piłkę.
Po powrocie do pokoju znów trochę popracowałem, a później poszliśmy zjeść tam, gdzie zawsze, i tradycyjnie na fontannę.





Banh Mi bardzo wypasione, a na widok kalmarów aż ślinka cieknie 😉
OdpowiedzUsuńNo, kalmary jedne z lepszych, jakie jedliśmy, o ile nie najlepsze.
UsuńNiby MJ a do Michaela mu trocha brakuje :D Trza się trocha popluskać :D
OdpowiedzUsuńJakie Stany, taki Jordan xd
UsuńTak a propo to św. Mikołaj przychodzi do dzieci .CJ. M
OdpowiedzUsuńE tam, szczegóły :)
UsuńLudzie ...slinka mi cieknie jak widze takie jedzenie ...wygląda mniam...A Sw.Mikolaj to słodycze nosi grzecznym dzieciom 😁A zanim Was tam znajdzie to mu trochę zejdzie 🤣
OdpowiedzUsuńZ Laponii do Wietnamu to rzut beretem :D. Nam ślinka nie przestaje cieknąć, odkąd tu przyjechaliśmy ;) Kolorowo, świeżo i bardzo smacznie.
OdpowiedzUsuń