Kiedy podjęliśmy decyzję o opuszczeniu górskiej północy Wietnamu (w tym poście wrażenia dotyczą okolicy Dong Van) i udaniu się w bardziej przyjazne nocami pod względem temperatury rejony, poczułem z jednej strony ulgę, a z drugiej natychmiastową tęsknotę za tutejszymi małymi wiejskimi społecznościami (tu zamiast określenia "wieś" lepiej pasowałoby "sioło" albo "przysiółek", mówię o miejscach składających się dosłownie z kilku — kilkunastu domostw), do których prowadzą jedynie wąskie dróżki przeznaczone dla skuterów, a których mieszkańcy wydają się względnie nieskażeni zdobyczami nowoczesności. Dzieci biegają boso, kopiąc między sobą pustymi butelkami po coca-coli (komunistyczny niby kraj, ale ten symbol kapitalizmu ma się tu świetnie), kobiety pracują ciężko w polu, bądź zbierają chrust z zarzuconymi na plecy charakterystycznymi koszami, ubarwiając swymi kolorowymi strojami pejzaż, za to mężczyzn z reguły w tym krajobrazie nie widać. Prawdopodobnie zajęci są transportem ludzi i paczek w wielu marszrutkach (bo ta nazwa chyba najlepiej tu pasuje), kursujących po kraju.
Gdybym miał powiedzieć, co najbardziej rzuca się w oczy na wietnamskiej prowincji, to właśnie to, że nie widać tu chłopów. Dzieciaki przyjaźnie machają do przybyszów z Europy (których dociera tu pewnie garstka, to naprawdę miejsca skrajnie nie po drodze dla typowego turysty, który podąża słynną pętlą Ha Giang), przybijają piątki, czasem podbiega do nas dopiero po jakimś czasie ktoś z większej grupki, jakby w ramach jakiegoś koleżeńskiego wyzwania, i pyta o imiona. Bywa, że i ktoś starszy rzuci przywitaniem, zwłaszcza jeśli włada angielskim, ale nie tylko wtedy. Wciąż "hello" rzucane w naszą stronę jest częściej niż "xin chao", ale jednakowo doceniam chęć interakcji z nami, nieważne w jakim języku. Na pewno będziemy tęsknić za autentycznymi jadłodajniami na targowiskach i ulicznymi sprzedawcami różnych miejscowych delikatesów. Za zimnymi nocami raczej nie zatęsknimy, ale północ ma już to do siebie, że bywa o tej porze roku chłodna (temperatura spada do 3 stopni), w teorii wynagradza to brakami opadów, u nas akurat teoria pokryła się z rzeczywistością.
Podjęliśmy więc decyzję o trasie na południe, której początkowymi przystankami miały być ponownie Ha Giang, a później nadmorska miejscowość Ha Long, słynąca z tutejszej zatoki znanej na cały świecie. Wielu osobom właśnie to miejsce najbardziej kojarzy się z Wietnamem. Często zresztą wykorzystywane jest w folderach biur podróży czy eksponowane na ścianach wietnamskich knajp w Polsce. Najpierw jednak zjedliśmy w Dong Van śniadanie w miejscu, które poprzednio opisywała Monika. Ponownie zamówiliśmy po banh mi chao i banh bao, po czym wróciliśmy do pokoju, zgarnęliśmy graty, pożegnaliśmy się z gospodynią i usiedliśmy w parku, by zamówić taksówkę na dworzec, z którego odjeżdżać miał bus do Ha Giang. Bilety mieliśmy już kupione online, kosztowały jakieś 15 złotych za osobę.
Usiedliśmy w parku, Monika włączyła apkę Xanh, taryfa będzie za cztery minuty, lepiej być nie mogło. No ale zaraz dzwoni gość do Moniki, tylko że po angielsku ani me, ani be. Potem do mnie wydzwania. W apce widać, że kręci się gdzieś, gdzie nie powinien, ale jest niedaleko, próbujemy tam podejść, ale zanim się udaje, znów dzwoni i znów istna wieża Babel. W międzyczasie dzwoni do mnie jeszcze przewoźnik od busa do Ha Giang, poprzednio ten sam przewoźnik dzwonił do mnie, gdy mieliśmy z nimi jechać z Sa Pa do Ha Giang, by tylko potwierdzić, że wiemy, gdzie mamy czekać, ale tym razem sprawa była grubsza, bo mimo tego, że sygnał był słaby i przerywało połączenie, facet ciągle do mnie wydzwaniał, mimo zapewnień z mojej strony, że wiem, gdzie i o której mamy być. No ale nic, w trakcie gadki z przewoźnikiem taryfiarz odwołał przejazd 🤦♂️.
Wiedzieliśmy jednak, w jakiej błąkał się okolicy, więc stwierdziliśmy, że podejdziemy tam i spróbujemy szczęścia ponownie. I znów wyglądało to nieźle, prośba o przejazd zaakceptowana, facet ma być za trzy minuty, ale znów telefon! Odbieram, mówię, że "tieng anh" (po angielsku proszę), ten się produkuje po swojemu. Z tego, co wywnioskowałem, chodziło mu o to, że będzie za trzy minuty (ba phat), ale ja przecież widzę to w apce, po co dzwoni?
Podjeżdżając na miejsce, w którym czekamy, znów do mnie dzwoni, mimo że macham mu z daleka. Zatrzymuje się, ładuje bagaże tam, gdzie ich miejsce, i pyta, dokąd jedziemy 🤦♂️. To po co ta apka ja się pytam? Gadam, że na dworzec, a ten rusza w drugą stronę. Klepię go w ramię, gestykuluję, mówię, że na inny dworzec, pokazuję na mapie, w końcu zawraca. Wysiadamy, uśmiechamy się, płacimy 20 tysięcy (2,80 zł), mimo że przejazd kosztował 17, niech chłop ma.
Ładujemy się na dworzec, czekamy. Ma być o 13:15. Przewoźnik dzwonił jeszcze kilka razy, ale nic nie zrozumiałem. Na każdym bilecie rezerwowanym online jest info, żeby być na miejscu najlepiej 45 minut przed odjazdem, no to o wpół do już koczujemy, poza nami żywej duszy, nie licząc faceta w budce.




.jpg)











Super czytanie powaliła nas ta owsianka Moniki . Mama i Tata !!!
OdpowiedzUsuń🤣🤣🤣 Przygoda na 102! Dziś to miałeś naprawdę wenę do opisania tego wszystkiego 😂popłakałam się że śmiechu 😅A te laczki i twoje stopy a raczej nogi to już naprawdę BONUS 🤣🤣
OdpowiedzUsuń