01 grudnia 2025

Kieruj się na południe

Kiedy podjęliśmy decyzję o opuszczeniu górskiej północy Wietnamu (w tym poście wrażenia dotyczą okolicy Dong Van) i udaniu się w bardziej przyjazne nocami pod względem temperatury rejony, poczułem z jednej strony ulgę, a z drugiej natychmiastową tęsknotę za tutejszymi małymi wiejskimi społecznościami (tu zamiast określenia "wieś" lepiej pasowałoby "sioło" albo "przysiółek", mówię o miejscach składających się dosłownie z kilku — kilkunastu domostw), do których prowadzą jedynie wąskie dróżki przeznaczone dla skuterów, a których mieszkańcy wydają się względnie nieskażeni zdobyczami nowoczesności. Dzieci biegają boso, kopiąc między sobą pustymi butelkami po coca-coli (komunistyczny niby kraj, ale ten symbol kapitalizmu ma się tu świetnie), kobiety pracują ciężko w polu, bądź zbierają chrust z zarzuconymi na plecy charakterystycznymi koszami, ubarwiając swymi kolorowymi strojami pejzaż, za to mężczyzn z reguły w tym krajobrazie nie widać. Prawdopodobnie zajęci są transportem ludzi i paczek w wielu marszrutkach (bo ta nazwa chyba najlepiej tu pasuje), kursujących po kraju.

Gdybym miał powiedzieć, co najbardziej rzuca się w oczy na wietnamskiej prowincji, to właśnie to, że nie widać tu chłopów. Dzieciaki przyjaźnie machają do przybyszów z Europy (których dociera tu pewnie garstka, to naprawdę miejsca skrajnie nie po drodze dla typowego turysty, który podąża słynną pętlą Ha Giang), przybijają piątki, czasem podbiega do nas dopiero po jakimś czasie ktoś z większej grupki, jakby w ramach jakiegoś koleżeńskiego wyzwania, i pyta o imiona. Bywa, że i ktoś starszy rzuci przywitaniem, zwłaszcza jeśli włada angielskim, ale nie tylko wtedy. Wciąż "hello" rzucane w naszą stronę jest częściej niż "xin chao", ale jednakowo doceniam chęć interakcji z nami, nieważne w jakim języku. Na pewno będziemy tęsknić za autentycznymi jadłodajniami na targowiskach i ulicznymi sprzedawcami różnych miejscowych delikatesów. Za zimnymi nocami raczej nie zatęsknimy, ale północ ma już to do siebie, że bywa o tej porze roku chłodna (temperatura spada do 3 stopni), w teorii wynagradza to brakami opadów, u nas akurat teoria pokryła się z rzeczywistością.

Podjęliśmy więc decyzję o trasie na południe, której początkowymi przystankami miały być ponownie Ha Giang, a później nadmorska miejscowość Ha Long, słynąca z tutejszej zatoki znanej na cały świecie. Wielu osobom właśnie to miejsce najbardziej kojarzy się z Wietnamem. Często zresztą wykorzystywane jest w folderach biur podróży czy eksponowane na ścianach wietnamskich knajp w Polsce. Najpierw jednak zjedliśmy w Dong Van śniadanie w miejscu, które poprzednio opisywała Monika. Ponownie zamówiliśmy po banh mi chao i banh bao, po czym wróciliśmy do pokoju, zgarnęliśmy graty, pożegnaliśmy się z gospodynią i usiedliśmy w parku, by zamówić taksówkę na dworzec, z którego odjeżdżać miał bus do Ha Giang. Bilety mieliśmy już kupione online, kosztowały jakieś 15 złotych za osobę.

Banh mi chao, do tego była jeszcze bagietka, bo co to za banh mi bez banh mi

Banh bao, w środku jest mięsko

Usiedliśmy w parku, Monika włączyła apkę Xanh, taryfa będzie za cztery minuty, lepiej być nie mogło. No ale zaraz dzwoni gość do Moniki, tylko że po angielsku ani me, ani be. Potem do mnie wydzwania. W apce widać, że kręci się gdzieś, gdzie nie powinien, ale jest niedaleko, próbujemy tam podejść, ale zanim się udaje, znów dzwoni i znów istna wieża Babel. W międzyczasie dzwoni do mnie jeszcze przewoźnik od busa do Ha Giang, poprzednio ten sam przewoźnik dzwonił do mnie, gdy mieliśmy z nimi jechać z Sa Pa do Ha Giang, by tylko potwierdzić, że wiemy, gdzie mamy czekać, ale tym razem sprawa była grubsza, bo mimo tego, że sygnał był słaby i przerywało połączenie, facet ciągle do mnie wydzwaniał, mimo zapewnień z mojej strony, że wiem, gdzie i o której mamy być. No ale nic, w trakcie gadki z przewoźnikiem taryfiarz odwołał przejazd 🤦‍♂️.

Wiedzieliśmy jednak, w jakiej błąkał się okolicy, więc stwierdziliśmy, że podejdziemy tam i spróbujemy szczęścia ponownie. I znów wyglądało to nieźle, prośba o przejazd zaakceptowana, facet ma być za trzy minuty, ale znów telefon! Odbieram, mówię, że "tieng anh" (po angielsku proszę), ten się produkuje po swojemu. Z tego, co wywnioskowałem, chodziło mu o to, że będzie za trzy minuty (ba phat), ale ja przecież widzę to w apce, po co dzwoni?

Podjeżdżając na miejsce, w którym czekamy, znów do mnie dzwoni, mimo że macham mu z daleka. Zatrzymuje się, ładuje bagaże tam, gdzie ich miejsce, i pyta, dokąd jedziemy 🤦‍♂️. To po co ta apka ja się pytam? Gadam, że na dworzec, a ten rusza w drugą stronę. Klepię go w ramię, gestykuluję, mówię, że na inny dworzec, pokazuję na mapie, w końcu zawraca. Wysiadamy, uśmiechamy się, płacimy 20 tysięcy (2,80 zł), mimo że przejazd kosztował 17, niech chłop ma.

Ładujemy się na dworzec, czekamy. Ma być o 13:15. Przewoźnik dzwonił jeszcze kilka razy, ale nic nie zrozumiałem. Na każdym bilecie rezerwowanym online jest info, żeby być na miejscu najlepiej 45 minut przed odjazdem, no to o wpół do już koczujemy, poza nami żywej duszy, nie licząc faceta w budce.

Przyjedzie, czy nie przyjedzie?

Tak sobie siedzimy i się zastanawiamy, Monika z nudów robi mi zdjęcia, na których wyglądam jak rewolwerowiec na Dzikim Zachodzie, a czas leniwie płynie. Jest gdzieś za pięć pierwsza, kiedy z piskiem opon przy wjeździe na dworzec (na poboczu) zatrzymuje się jakiś bus, wyskakuje z niego facet, biegnie w naszą stronę i drze japę "Hadziang, hadziang!", mam poczucie deja vu, na siłę próbuje nas ładować do busa, pokazuję mu bilet, tłumaczę, że to inny przewoźnik ma nas wieźć, nie włazimy. Ale wyskakuje chłop z budki na dworcu, leci do nas, krzyczy "Heloł!". Wymienia nazwę naszego przewoźnika i macha ręką, że tamten nie pojedzie. To już wiem, skąd tyle tych telefonów. Jednak włazimy. W głowie nadzieja, że nas nie skasują i że jakoś się dogadali za naszymi plecami.

Podróż busem bez zgarnięcia jakiegoś skutera po drodze? Zapomnijcie.

No i dobra, dojechaliśmy jakoś do Ha Giang, nie dość, że nas nie skasowano, to wysadzono nas w pobliżu naszego hostelu, zameldowaliśmy się i poszliśmy coś zjeść.


Pokój za 12 złotych ze śniadaniem za osobę

Bun cha i banh cuon

Rano obudziliśmy się dosyć zmarznięci, choć mieliśmy do dyspozycji podgrzewany materac. Nie włączyliśmy go jednak, bo wydawało się dosyć ciepło. Ale nic — nasza wina. Zjedliśmy śniadanie składające się z jajek i tostów (to standard w Wietnamie) i ruszyliśmy pod Ha Giang City Hostel, skąd odjeżdżać miał autokar do Ha Long. Po drodze zaopatrzyliśmy się w banh mi i banh bao na drogę, bo czekała nas dziewięciogodzinna podróż. Jak zwykle, byliśmy na miejscu jakieś pół godziny wcześniej i od razu szok. Nikogo nie ma. Z reguły na tak dalekodystansowych trasach ludzie stoją stłoczeni przy punkcie odbioru, czekając na pojazd. Ale nic, siadamy na ławce, czekając, co się wydarzy. Odjazd o dziesiątej, jest wpół do, nie ma co panikować. Ale robi się 9:45, a potem dziesiąta i 10:15, a tu nic się nie dzieje. Już szukamy opcji na późniejsze transporty, już się trochę irytujemy, że przyjdzie nam czekać do wieczora, już chcemy dzwonić na infolinię i pytać, co zaszło, ale oto jest. Przyjechał. Wyskakuje sympatyczny gość, pyta, czy do Ha Long. Jasne, że do Ha Long. Ładujemy się. Podróż jakoś minęła.

Monika miesza owsiankę

Wysadzili nas jednak jakieś pięć kilometrów wcześniej, niż sądziliśmy i niż wskazywałby na to adres docelowy na bilecie (obok mieliśmy zabukowany nocleg). Każą nam wyłazić, gadają, że weźmiemy dalej taxi, a taryfa, jak się okazuje, już czeka. Ledwo wyszliśmy z autokaru, już mam z kimś gadać przez WhatsAppa na wideo i tłumaczyć, gdzie ma nas zawieźć szofer. Pokazuję szoferowi adres, po co gadać z kimś trzecim, ale szofer chce usłyszeć to od swojego bossa, no to gadam adres bossowi, ten przekazuje szoferowi, jedziemy, płacimy (90 tysięcy dongów), jesteśmy na miejscu.



Niecałe 20 złotych za nocleg ze śniadaniem za osobę

Wyszliśmy jeszcze na kolację i do sklepu, w którym chyba nas trochę naciągnięto na kasę. Sprzedawca wszystko nabijał z głowy na kalkulatorze, nic nie skanując i nie wydając paragonu, więc na pewno przepłaciliśmy o jakieś 20 złotych tak na oko, ale w zasadzie nie mieliśmy wcześniej porównania z innymi sklepami w Ha Long i myślałem, że to normalne, że tu tak drogo. Frycowe zapłacone.
Na kolację wjechała zupa z kaczki.


Restauracje z owocami morza tak prezentują swój towar

Miły właściciel hotelu udostępnił nam jeszcze przedłużacz, żebym mógł podłączyć CPAP i nie chrapać Monice nad uchem (niestety nie ma gniazdek przy łóżku), i w dobrych nastrojach poszliśmy kimać, ciesząc się, że wreszcie mamy dosyć wygodne łóżko i że grzejnik spokojnie może leżeć sobie w plecaku (dotąd nie wiem, jak się tam zmieścił).

Dzisiaj wstaliśmy około ósmej, by zdążyć na śniadanie wydawane do dziewiątej.




Jeśli w okolicy jest punkt widokowy, grzechem jest na niego nie pójść. Wieża widokowa wyglądała jednak tak tragicznie, że nie odważyliśmy się wejść na sam szczyt. Zrobiłem za to zdjęcia ptakom i motylom.



Wiem, matryca do czyszczenia


Samo miasto jest na tyle nudne i rozkopane, że nie będę wrzucał na razie żadnych zdjęć. Hoteli tu tyle, że szkoda gadać, a wszystkie świecą pustkami. Przeliczono się ewidentnie z oszacowaniem zainteresowania. Podobno to też efekt tego, że po pandemii nie wrócili turyści z Chin i Rosji, których było tu od groma. W każdym razie dzielnica, w której jesteśmy, sprawia wrażenie, jakby nikt tu nie mieszkał. Hotel na hotelu, a ludzi nie widać.

Dzisiejsza kolacja, zupa na bazie krabów z dodatkiem morskich robaków, których nie sposób odróżnić w smaku od ryby

Opustoszałe osiedle stylizowane na Santorini

Znajdzie się nawet jednoręki Mozart (i inni kompozytorzy, ale już z rękami)

U was też już święta pełną gębą?



Gratuluję każdemu, kto dotarł aż tu. Jesteś koksem!

Bonus: tak się prezentuje moja stopa w wietnamskich męskich laczkach

2 komentarze:

  1. Super czytanie powaliła nas ta owsianka Moniki . Mama i Tata !!!

    OdpowiedzUsuń
  2. 🤣🤣🤣 Przygoda na 102! Dziś to miałeś naprawdę wenę do opisania tego wszystkiego 😂popłakałam się że śmiechu 😅A te laczki i twoje stopy a raczej nogi to już naprawdę BONUS 🤣🤣

    OdpowiedzUsuń