21 kwietnia 2026
Mordercza podróż i załamanie pogody
14 kwietnia 2026
Pierwsze zetknięcie z oceanem
Reszta pobytu w Bukittinggi minęła pod znakiem czekania na mail z przedłużeniem wiz. Zamelinowaliśmy się w hostelu Hello, polecanym nam przez kierowcę, który wcześniej wiózł nas z Padang Sidempuan do Bukittinggi i szukaliśmy atrakcji, które to oczekiwanie mogłyby trochę umilić. Za noclegi w dosyć ciasnym pokoju z łazienką płaciliśmy 200 tysięcy rupii (jakieś 45 zł za pokój), więc dosyć mało, zwłaszcza że w cenie było śniadanie. Podczas jednego ze śniadań dowiedzieliśmy się na przykład, że jesteśmy dopiero drugimi gośćmi z Polski w historii tego obiektu. Poprzedni Polak był tam jeszcze przed pandemią.
Jedną z atrakcji turystycznych Bukittinggi jest poholenderski Fort De Kock, z którego można przejść mostem do znajdującego się po drugiej stronie ulicy zoo. Tak też zrobiliśmy. Zoo było trochę mniejsze niż w Siantarze, ale i tak zdążyły nas rozboleć nogi, co w takich miejscach zdarza się zawsze. Wieczór spędziliśmy, szukając w okolicy stoperów do uszu, bo hostel znajdował się w bezpośrednim sąsiedztwie meczetu, a pobudki o 4:30 to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. W końcu znaleźliśmy, ale co się naszukaliśmy, to nasze. W aptekach nie było, w sklepach ze sprzętem medycznym też nie, nawet w sieciówce Mr. D.I.Y., w której jest dosłownie wszystko, nie mieliśmy szczęścia.
Kolejnego dnia ruszyliśmy skuterem trochę dalej, bo w stronę położonego nieco na zachód jeziora Maningjau. Po drodze zahaczyliśmy o punkt widokowy, na którym pogadałem przez kilkanaście minut z miejscowym studentem, dla którego, jak twierdził, była to pierwsza w życiu rozmowa z obcokrajowcem, a potem, pokonawszy słynną w tych rejonach drogę Kelok 44 (nazwa wzięła się od tego, że droga wije się czterdziestoma czterema serpentynami), znaleźliśmy się nad jeziorem, a konkretnie w jednej z położonych nad nim kawiarni, delektując się kawką i pikantną zupą. Tu zresztą wszystko jest ostre jak diabli.
W międzyczasie dostaliśmy wiadomość, że nasze wizy zostały przedłużone, więc wracając do pokoju, zajrzeliśmy na dworzec Aur Kuning, by zorientować się, jakie mamy opcje, by dostać się do Padangu, czyli kolejnego punktu na mapie naszej podróży. Po kilkunastu minutach udało nam się dostać do faceta, który sprzedał nam bilety na 11:00 kolejnego dnia. Kosztowały niecałe 10 zł od osoby, tak to można jeździć.
W Padangu mieszkamy w homestayu Mila, który prowadzi indonezyjsko-francuska para. Początkowo planowaliśmy zostać tu przez pięć dni, ale zmuszony byłem awaryjnie zamówić zasilacz do tabletu, bo poprzedni przestał działać (właściwie zamówiła go dla mnie Dila, czyli nasza gospodyni). Będziemy więc tu, dopóki zamówienie nie przyjdzie. Nie jest źle, dookoła spokój i zieleń, płacimy mało, a skuter wynajmujemy dosłownie za grosze. Tym razem jeździmy Hondą Genio. Zresztą tu na ulicach Hondy to 99 procent spotykanych skuterów.
07 kwietnia 2026
Jesteśmy pod równikiem!
W Sidempuan spędziliśmy trzy dni, licząc, że uda nam się tam przedłużyć wizy i przy okazji zobaczyć coś w okolicy, ale w całym mieście nie udało się znaleźć ani jednej wypożyczalni skuterów (poza internetową, która pachniała oszustwem na kilometr). Do tego mieszkańcy nie dawali nam ani na moment zapomnieć, że wyglądamy inaczej niż oni i co chwilę wykrzykiwali słynne już heloł i hałarju, co naprawdę trudno jest znieść na dłuższą metę. Człowiek stara się być cierpliwy, bo widok przybysza z Europy w mało turystycznych zakątkach Indonezji ma prawo wywołać zaciekawienie, ale my chcemy przeca normalnie żyć... Plus tych doświadczeń jest taki, że na pewno nabierzemy więcej zrozumienia dla celebrytów, desperacko próbujących ukryć się przed paparazzi w drodze po bułki na śniadanie.









































