21 kwietnia 2026

Mordercza podróż i załamanie pogody

Dzień dobry z Pekanbaru, naszego przedostatniego przystanku w podróży po Indonezji. Dotychczasowa pogoda w Azji sprawiła, że przestaliśmy kompletnie śledzić prognozy. Zresztą po co, skoro ostatnie miesiące były głównie gorące i suche? Na Sumatrze wygląda to jednak inaczej, bo ulewa potrafi się pojawić niespodziewanie, bez zwiastujących ją chmur na niebie. Wczoraj lało z przerwami cały dzień, a dzisiaj zaczęło ok. 15:00, gdy postanowiliśmy wybrać się na spacer nad jeziorem. Nic z tych planów nie wyszło, zaczęło lać chwilę przed tym, jak trafiliśmy do kawiarni na gorącą herbatę. Tam przeczekaliśmy oberwanie chmury i ruszyliśmy w drogę powrotną. Tyle z wycieczki.

Cisza przed burzą

O taką

Pierwszego dnia pobytu pogoda dopisała, załatwiliśmy skuter i pojechaliśmy do parku, który okazał się jednym wielkim rozczarowaniem – jego lwia część została zaprojektowana z myślą o jednośladach, a najbardziej interesująca, leśna przestrzeń, była zaniedbana i zamknięta dla zwiedzających. Do tego wszechobecne śmieci, które sprawiają, że odechciewa się obcowania z naturą. Ostrzegam, że dalsza część wpisu również będzie umiarkowanie pozytywna.

Załatwianie skutera wygląda mniej więcej tak



Standardowy widok w parku

Żeby wyrazić oburzenie autobusową podróżą do Pekanbaru, musiałabym poświęcić jej chyba osobny wpis. Ruszyliśmy około 10:40, a na miejscu byliśmy krótko przed 23:00. Dlaczego tak późno? Dlatego że odcinek trasy, którą standardowo można pokonać w dwie godziny, my robiliśmy sześć, bo przewoźnik wybrał alternatywną drogę pełną serpentyn. Autobus dosłownie nie wyrabiał pod górę, w pewnym momencie staliśmy na poboczu chyba z pół godziny, zanim silnik ponownie odpalił. Po co takie komplikacje? Moja jedyna koncepcja jest taka, że chcieli zaoszczędzić, omijając płatne drogi, choć trudno mi uwierzyć, żeby z tego powodu mieli skazywać podróżnych na taki los. Przed 17:00 byliśmy dopiero z powrotem w Bukittinggi, a czekało nas jeszcze sześć godzin jazdy. Poczułam się bezsilna. Na etapie kupowania biletów nikt nas nie poinformował, że pojedziemy tak długo, bo i po co? Nawet na kartce napisali, że na miejscu będziemy o 20:00. Oliwy do ognia dolał fakt, że autokar ani razu nie zatrzymał się w jakimś cywilizowanym miejscu, w którym można by było zjeść coś ciepłego – postoje zorganizowano przy sklepach z suchymi przekąskami. Udało nam się jedynie zjeść parę szaszłyków przygotowanych naprędce przez ulicznego sprzedawcę. Człowiek powinien złożyć reklamację, ale do kogo? Gdybyśmy wiedzieli, że tak wyjdzie, pojechalibyśmy albo busem, albo nawet prywatną taksówką. Trochę więcej by się zapłaciło, ale przynajmniej za inną jakość podróży. Mam tylko nadzieję, że te trudy jakoś nas zahartują i już żadna długa podróż nie będzie nam straszna, bo inaczej nie wiem, po co nam to było 🙈. Na szczęście w najbliższym czasie nie czekają nas już raczej takie męczarnie, oczywiście poza lotem do Turcji. Mam jednak pewne przeczucia, że powinno mi być łatwiej go znieść niż ten z Grecji do Singapuru 😉. 

A jak minęła nam końcówka pobytu w Padangu? Wybraliśmy się na Bukit Nobita, czyli okoliczny punkt widokowy, na który szło się nie za długo drogą gruntową (co z tego, że nie za długo, wilgotność powietrza i tak wycisnęła z nas siódme poty 🥴). Widoczek był niczego sobie, a na dodatek nikt nas nie zaczepiał na trasie, bo nie był to dzień weekendowy.


Jak na stolicę regionu Padang to dosyć kameralne miasto

Innym razem pojechaliśmy skuterem nieco dalej, żeby zobaczyć, jak wyglądają plaże w północnej części miasta. Niestety nie są za czyste i nie zachęcają do kąpieli, a w dodatku nie można tam nawet posiedzieć na ławce, jeśli nie kupi się czegoś na stoisku z napojami. Trzeba przyznać, że miejscowi są obrotni i potrafią opodatkować nawet wejście na plażę, ale wszystko ma swoje granice. Zresztą jesteśmy z tych, którzy uważają, że najpiękniejsze rzeczy są za darmo, więc pojechaliśmy na drugi koniec plaży posiedzieć na pniu. Przez chwilę jednak i tak miałam obawy, czy ktoś nas aby nie skasuje za parking 🙃.

Selfik z Oceanem Indyjskim (i rozwianym włosem) 

Skuter też nieźle mruczał



Podczas pobytu w Padangu nie sposób nie odwiedzić też Masjid Raya, majestatycznego meczetu, który został zaprojektowany zgodnie z lokalną architekturą, bez charakterystycznych dla tego typu świątyń kopuł. Do środka nie weszłam (nie było tam raczej opcji wypożyczenia hidżabu), ale budynek nawet z zewnątrz robi niesamowite wrażenie. Wcześniej kilkukrotnie przejeżdżaliśmy obok niego również wieczorem, gdy był pięknie podświetlony, i za każdym razem szczęka opadała mi z zachwytu.





Ostatniego dnia pobytu przyszła paczka z zasilaczem do tabletu (Tomek kupił właściwy model 🥳), więc zrobiliśmy tylko krótki wypad na niewielki wodospad i punkt widokowy znajdujący się nieopodal, po czym pojechaliśmy do kantoru i na dworzec autobusowy kupić te nieszczęsne bilety do Pekanbaru.





Co nas czeka w najbliższym czasie? W czwartek jedziemy do Dumai, skąd 27 kwietnia popłyniemy promem do Melaki w Malezji. Lot do Turcji już lada moment, bo 4 maja. Trzymajcie kciuki, żeby wszystko poszło możliwie gładko. Czołem! 👊

Nie ma to jak muezzin o zachodzie słońca (kichanie nie nasze)

Czasem łazienki w knajpach są w opłakanym stanie

14 kwietnia 2026

Pierwsze zetknięcie z oceanem

Reszta pobytu w Bukittinggi minęła pod znakiem czekania na mail z przedłużeniem wiz. Zamelinowaliśmy się w hostelu Hello, polecanym nam przez kierowcę, który wcześniej wiózł nas z Padang Sidempuan do Bukittinggi i szukaliśmy atrakcji, które to oczekiwanie mogłyby trochę umilić. Za noclegi w dosyć ciasnym pokoju z łazienką płaciliśmy 200 tysięcy rupii (jakieś 45 zł za pokój), więc dosyć mało, zwłaszcza że w cenie było śniadanie. Podczas jednego ze śniadań dowiedzieliśmy się na przykład, że jesteśmy dopiero drugimi gośćmi z Polski w historii tego obiektu. Poprzedni Polak był tam jeszcze przed pandemią.

Tost z jajkiem, czyli standardowa opcja śniadaniowa

Jedną z atrakcji turystycznych Bukittinggi jest poholenderski Fort De Kock, z którego można przejść mostem do znajdującego się po drugiej stronie ulicy zoo. Tak też zrobiliśmy. Zoo było trochę mniejsze niż w Siantarze, ale i tak zdążyły nas rozboleć nogi, co w takich miejscach zdarza się zawsze. Wieczór spędziliśmy, szukając w okolicy stoperów do uszu, bo hostel znajdował się w bezpośrednim sąsiedztwie meczetu, a pobudki o 4:30 to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. W końcu znaleźliśmy, ale co się naszukaliśmy, to nasze. W aptekach nie było, w sklepach ze sprzętem medycznym też nie, nawet w sieciówce Mr. D.I.Y., w której jest dosłownie wszystko, nie mieliśmy szczęścia.





Kolejnego dnia ruszyliśmy skuterem trochę dalej, bo w stronę położonego nieco na zachód jeziora Maningjau. Po drodze zahaczyliśmy o punkt widokowy, na którym pogadałem przez kilkanaście minut z miejscowym studentem, dla którego, jak twierdził, była to pierwsza w życiu rozmowa z obcokrajowcem, a potem, pokonawszy słynną w tych rejonach drogę Kelok 44 (nazwa wzięła się od tego, że droga wije się czterdziestoma czterema serpentynami), znaleźliśmy się nad jeziorem, a konkretnie w jednej z położonych nad nim kawiarni, delektując się kawką i pikantną zupą. Tu zresztą wszystko jest ostre jak diabli.




W międzyczasie dostaliśmy wiadomość, że nasze wizy zostały przedłużone, więc wracając do pokoju, zajrzeliśmy na dworzec Aur Kuning, by zorientować się, jakie mamy opcje, by dostać się do Padangu, czyli kolejnego punktu na mapie naszej podróży. Po kilkunastu minutach udało nam się dostać do faceta, który sprzedał nam bilety na 11:00 kolejnego dnia. Kosztowały niecałe 10 zł od osoby, tak to można jeździć.

W Padangu mieszkamy w homestayu Mila, który prowadzi indonezyjsko-francuska para. Początkowo planowaliśmy zostać tu przez pięć dni, ale zmuszony byłem awaryjnie zamówić zasilacz do tabletu, bo poprzedni przestał działać (właściwie zamówiła go dla mnie Dila, czyli nasza gospodyni). Będziemy więc tu, dopóki zamówienie nie przyjdzie. Nie jest źle, dookoła spokój i zieleń, płacimy mało, a skuter wynajmujemy dosłownie za grosze. Tym razem jeździmy Hondą Genio. Zresztą tu na ulicach Hondy to 99 procent spotykanych skuterów.

Okolica homestayu


Śniadanie

A kawę pijemy z firmowych kubków

Już od razu po przyjeździe wsiedliśmy na skuter i pojechaliśmy na wzgórze Gunung Padang, wcześniej zahaczając o knajpę i pałaszując zasłużony obiad.






W kolejnych dniach zahaczyliśmy o wodospad Lubuk Hitam i plażę Air Manis. Wspinaczka na wodospad była mordęgą nie tylko ze względu na okropny upał, ale przede wszystkim na tłumy. W końcu była sobota, czego jakoś nie wzięliśmy pod uwagę, planując wypad. Jak się pewnie domyślacie, dla miejscowych byliśmy atrakcją nie mniejszą od wodospadu. Męczy nas już to niesłychanie.


Po tej wyrypie usiedliśmy w przyjemnej kawiarni nad oceanem.




Jak już pisałem, zahaczyliśmy też o plażę Air Manis, wcześniej jednak wjechało jeszcze muzeum, a w nim między innymi karmienie rybek.


Plaża, o której wspomniałem, wygląda zupełnie inaczej niż to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Tu w sumie nikt nie wchodzi do wody, największą atrakcję stanowi zaś jeżdżenie quadami i sądząc po leżących dosłownie wszędzie odpadach – śmiecenie.




Wczoraj pochodziliśmy trochę po sprawiającym wrażenie opuszczonego parku leśnym, a później dopadła nas ulewa na skuterze i przemokliśmy do suchej nitki.
Dzisiaj poszliśmy pograć w kręgle i inne takie tam. 



Gdybym brał złotówkę od każdego zdjęcia, to może dychę bym już uzbierał





W planach mamy czekanie, aż przyjdzie przesyłka z zasilaczem (powinna dojść do 18 kwietnia), a potem jedziemy do Pekanbaru. To trochę daleko, ale mamy już wprawę. Perspektywa dziesięciu godzin w autokarze nie przeraża już aż tak, jak na początku tej podróży. Za miesiąc będziemy już w Europie. Nie możemy się doczekać tureckich kebabów 😜.

07 kwietnia 2026

Jesteśmy pod równikiem!

Gdy zrezygnowaliśmy z podróży po Laosie, żeby uniknąć kiepskiej oferty noclegowej i długich przejazdów między kolejnymi punktami podróży, nie przewidzieliśmy, że fatum dopadnie nas w Indonezji. O ile noclegi udaje się rezerwować całkiem sprawnie przez Whatsappa, który jest tutaj bardzo popularny (na Bookingu oferty, najczęściej nieopłacalne, można policzyć na palcach jednej ręki), o tyle z transportem sprawa bywa znacznie bardziej skomplikowana. Nie chodzi już nawet o długi czas przejazdów (na Sumatrze próżno szukać autostrad czy nawet dróg szybkiego ruchu), bo do tych już się względnie przyzwyczailiśmy, ale o zwyczajny brak połączeń autobusowych. Żeby dostać się z Rantauprapat do Padang Sidempuan musieliśmy skorzystać z tzw. dzielonej taksówki, czyli jechać przez wiele godzin z innymi pasażerami, którzy wsiadali i wysiadali po drodze. Mimo że ulokowaliśmy się strategicznie na tylnych siedzeniach, żeby nie musieć co chwilę ustępować komuś miejsca, to jazda i tak do przyjemnych nie należała. Kierowca przez całą drogę kopcił jak smok, często załatwiając po drodze różne sprawunki i zostawiając nas w nagrzanym samochodzie na dobrych kilkanaście minut. Chyba nie muszę dodawać, że w tych pojazdach "klimatyzacja" działa jedynie podczas jazdy, na postojach można umrzeć.

Takim autem jechaliśmy do Padang Sidempuan

W Sidempuan spędziliśmy trzy dni, licząc, że uda nam się tam przedłużyć wizy i przy okazji zobaczyć coś w okolicy, ale w całym mieście nie udało się znaleźć ani jednej wypożyczalni skuterów (poza internetową, która pachniała oszustwem na kilometr). Do tego mieszkańcy nie dawali nam ani na moment zapomnieć, że wyglądamy inaczej niż oni i co chwilę wykrzykiwali słynne już heloł i hałarju, co naprawdę trudno jest znieść na dłuższą metę. Człowiek stara się być cierpliwy, bo widok przybysza z Europy w mało turystycznych zakątkach Indonezji ma prawo wywołać zaciekawienie, ale my chcemy przeca normalnie żyć... Plus tych doświadczeń jest taki, że na pewno nabierzemy więcej zrozumienia dla celebrytów, desperacko próbujących ukryć się przed paparazzi w drodze po bułki na śniadanie. 


Wracając jednak do tematu – wydostanie się z miasta wcale proste nie było, bo z Sidempuan do Bukittinggi, czyli kolejnego punktu naszej podróży, nie jechał żaden autobus o sensownej porze. Największy przewoźnik na tej trasie nie miał już wolnych biletów, mniejsi mieli, ale tylko na nocne przejazdy. Wylądujemy na miejscu o 4:00 i co dalej? Nie pasował nam ten układ, więc umordowani jałowymi poszukiwaniami zdecydowaliśmy się na jedyne w tej sytuacji rozwiązanie, czyli taksówkę w opcji premium – z osobistym szoferem (niepalącym!) i bez innych pasażerów. Taka przyjemność kosztowała nas jakieś 130 zł od osoby. Odruchowo pomyśleliśmy, że to za dużo, ale czy na pewno, biorąc pod uwagę, że jechaliśmy ponad siedem godzin w całkiem komfortowych warunkach, z większą ilością miejsca na nogi i kulturalnym kierowcą? Wiadomo, że wolelibyśmy się tak nie wozić, ale jak mus to mus, a raczej, jak by to ujął Tomek, "zaś coś inkszego" ;).

Jadąc do Bukittinggi trafiliśmy na dzień targowy

Do Bukittinggi przyjechaliśmy w piątek wieczorem, więc żeby załatwić kwestie wizowe, musieliśmy poczekać do poniedziałku. W międzyczasie udało nam się wynająć skuter i trochę pojeździć po okolicy, odwiedzając różne punkty widokowe, coś na kształt Muru Chińskiego dla ubogich oraz japoński tunel z czasów II wojny światowej.











Bukittinggi to na szczęście znany ośrodek turystyczny (choć bardziej krajowy, bo zagraniczniaków tutaj jak na lekarstwo), więc różne usługi są znacznie bardziej rozwinięte, a miejscowi nie wydają się być aż tak zdziwieni naszą obecnością w tych rejonach, czasem tylko się przywitają i spytają, skąd jesteśmy. W poniedziałek ruszyliśmy skuterem do kantor imigrasi, czyli urzędu, w którym można starać się o przedłużenie wizy. Jak już wiecie, 4 maja lecimy z Malezji do Turcji, ale postanowiliśmy w międzyczasie zostać jeszcze trochę w Indonezji, żeby skorzystać z bardziej znośnej pogody i niższych cen noclegów. W Internecie przeczytaliśmy, że przedłużenie wizy wymaga aż trzech wizyt w urzędzie: pierwszej na złożenie i opłacenie wizy, drugiej na obowiązkowe zdjęcia i pobranie odcisków palców, a trzeciej na finalne wbicie pieczątki do paszportu. Wygląda jednak na to, że skończy się na jednej wizycie, bo zdjęcia zrobiono nam już podczas pierwszej wizyty, odciski pobrano wcześniej na lotnisku, a opłatę uiściliśmy online miejscowym kodem QR (jak dobrze, że Tomek rozkminił indonezyjską apkę, która to ogarnia!). Żeby starać się o przedłużenie wizy, musieliśmy przedstawić potwierdzenie, że zanim minie jej ważność, na pewno opuścimy Indonezję. Bilety lotnicze z Malezji do Turcji nie były wystarczające, więc musieliśmy kupić na szybko bilety na prom do Malakki w Malezji (co i tak chcieliśmy zrobić, tylko później, więc nie ma tego złego). Podobno po trzech dniach od opłacenia wizy przychodzi potwierdzenie jej przedłużenia na maila, ale na wszelki wypadek zostajemy w Bukittinggi na kolejne trzy dni (niestety na dwa ostatnie przenosimy się do innego hostelu, bo do obecnego ktoś przyjeżdża w międzyczasie). Dzisiaj odwiedziliśmy słynną Dolinę Harau, pełną wodospadów, granitowych klifów oraz pól ryżowych, opisywaną podobno jako "indonezyjski Yosemite".







Motylem jestem (pozdro dla Motyla)

Początkowo myśleliśmy, że jest to rodzaj rezerwatu przyrody z płatnym wstępem, a okazało się, że normalnie mieszkają tam ludzie. Płaciliśmy jedynie niewielkie opłaty za wjazd skuterem i postój na parkingu obok wodospadu, ale trzy złote można dać. Minusem tego miejsca jest co prawda brak ścieżek spacerowych, bo dolina jest w większości pokryta asfaltem, ale okolica i tak robi wrażenie. Nie brakuje tam miejsc noclegowych, więc jeśli ktoś lubi dłuższy relaks w przyjemnych okolicznościach przyrody z dala od zgiełku miasta i nie przeszkadza mu brak sklepów w okolicy, to jest to opcja do rozważenia. Tymczasem ściskamy Was mocno, bądźcie zdrowi i do następnego!