14 kwietnia 2026

Pierwsze zetknięcie z oceanem

Reszta pobytu w Bukittinggi minęła pod znakiem czekania na mail z przedłużeniem wiz. Zamelinowaliśmy się w hostelu Hello, polecanym nam przez kierowcę, który wcześniej wiózł nas z Padang Sidempuan do Bukittinggi i szukaliśmy atrakcji, które to oczekiwanie mogłyby trochę umilić. Za noclegi w dosyć ciasnym pokoju z łazienką płaciliśmy 200 tysięcy rupii (jakieś 45 zł za pokój), więc dosyć mało, zwłaszcza że w cenie było śniadanie. Podczas jednego ze śniadań dowiedzieliśmy się na przykład, że jesteśmy dopiero drugimi gośćmi z Polski w historii tego obiektu. Poprzedni Polak był tam jeszcze przed pandemią.

Tost z jajkiem, czyli standardowa opcja śniadaniowa

Jedną z atrakcji turystycznych Bukittinggi jest poholenderski Fort De Kock, z którego można przejść mostem do znajdującego się po drugiej stronie ulicy zoo. Tak też zrobiliśmy. Zoo było trochę mniejsze niż w Siantarze, ale i tak zdążyły nas rozboleć nogi, co w takich miejscach zdarza się zawsze. Wieczór spędziliśmy, szukając w okolicy stoperów do uszu, bo hostel znajdował się w bezpośrednim sąsiedztwie meczetu, a pobudki o 4:30 to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. W końcu znaleźliśmy, ale co się naszukaliśmy, to nasze. W aptekach nie było, w sklepach ze sprzętem medycznym też nie, nawet w sieciówce Mr. D.I.Y., w której jest dosłownie wszystko, nie mieliśmy szczęścia.





Kolejnego dnia ruszyliśmy skuterem trochę dalej, bo w stronę położonego nieco na zachód jeziora Maningjau. Po drodze zahaczyliśmy o punkt widokowy, na którym pogadałem przez kilkanaście minut z miejscowym studentem, dla którego, jak twierdził, była to pierwsza w życiu rozmowa z obcokrajowcem, a potem, pokonawszy słynną w tych rejonach drogę Kelok 44 (nazwa wzięła się od tego, że droga wije się czterdziestoma czterema serpentynami), znaleźliśmy się nad jeziorem, a konkretnie w jednej z położonych nad nim kawiarni, delektując się kawką i pikantną zupą. Tu zresztą wszystko jest ostre jak diabli.




W międzyczasie dostaliśmy wiadomość, że nasze wizy zostały przedłużone, więc wracając do pokoju, zajrzeliśmy na dworzec Aur Kuning, by zorientować się, jakie mamy opcje, by dostać się do Padangu, czyli kolejnego punktu na mapie naszej podróży. Po kilkunastu minutach udało nam się dostać do faceta, który sprzedał nam bilety na 11:00 kolejnego dnia. Kosztowały niecałe 10 zł od osoby, tak to można jeździć.

W Padangu mieszkamy w homestayu Mila, który prowadzi indonezyjsko-francuska para. Początkowo planowaliśmy zostać tu przez pięć dni, ale zmuszony byłem awaryjnie zamówić zasilacz do tabletu, bo poprzedni przestał działać (właściwie zamówiła go dla mnie Dila, czyli nasza gospodyni). Będziemy więc tu, dopóki zamówienie nie przyjdzie. Nie jest źle, dookoła spokój i zieleń, płacimy mało, a skuter wynajmujemy dosłownie za grosze. Tym razem jeździmy Hondą Genio. Zresztą tu na ulicach Hondy to 99 procent spotykanych skuterów.

Okolica homestayu


Śniadanie

A kawę pijemy z firmowych kubków

Już od razu po przyjeździe wsiedliśmy na skuter i pojechaliśmy na wzgórze Gunung Padang, wcześniej zahaczając o knajpę i pałaszując zasłużony obiad.






W kolejnych dniach zahaczyliśmy o wodospad Lubuk Hitam i plażę Air Manis. Wspinaczka na wodospad była mordęgą nie tylko ze względu na okropny upał, ale przede wszystkim na tłumy. W końcu była sobota, czego jakoś nie wzięliśmy pod uwagę, planując wypad. Jak się pewnie domyślacie, dla miejscowych byliśmy atrakcją nie mniejszą od wodospadu. Męczy nas już to niesłychanie.


Po tej wyrypie usiedliśmy w przyjemnej kawiarni nad oceanem.




Jak już pisałem, zahaczyliśmy też o plażę Air Manis, wcześniej jednak wjechało jeszcze muzeum, a w nim między innymi karmienie rybek.


Plaża, o której wspomniałem, wygląda zupełnie inaczej niż to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Tu w sumie nikt nie wchodzi do wody, największą atrakcję stanowi zaś jeżdżenie quadami i sądząc po leżących dosłownie wszędzie odpadach – śmiecenie.




Wczoraj pochodziliśmy trochę po sprawiającym wrażenie opuszczonego parku leśnym, a później dopadła nas ulewa na skuterze i przemokliśmy do suchej nitki.
Dzisiaj poszliśmy pograć w kręgle i inne takie tam. 



Gdybym brał złotówkę od każdego zdjęcia, to może dychę bym już uzbierał





W planach mamy czekanie, aż przyjdzie przesyłka z zasilaczem (powinna dojść do 18 kwietnia), a potem jedziemy do Pekanbaru. To trochę daleko, ale mamy już wprawę. Perspektywa dziesięciu godzin w autokarze nie przeraża już aż tak, jak na początku tej podróży. Za miesiąc będziemy już w Europie. Nie możemy się doczekać tureckich kebabów 😜.

2 komentarze:

  1. Dziękujemy za kolejny wpis. Wrażeń tyle ,że głowa mała.Piekne zdjęcia i widoki. Pozdrawiamy i czekamy na kolejne. Mama i tata

    OdpowiedzUsuń
  2. Mobilizacja super bo znów jest co czytać i oglądać 😊przepiękne widoki a kłady na tej plaży i śmieci to katastrofa jakaś, żal patrzeć 🤦 Jesteście atrakcją dla tubylców 🤪Czekamy na wieści z nowego miejsca i szczęśliwego dotarcia do następnego punkty na mapie 💞

    OdpowiedzUsuń