Wiedzieliśmy, że Wietnam to bardzo rozległy kraj, ale chyba nie spodziewaliśmy się, że podróżowanie pomiędzy kolejnymi etapami będzie tak męczące i że będzie zajmowało aż tak dużo czasu. Tym bardziej że w rozkładach jazdy w Internecie czas trwania przejazdu znacznie różni się od tego, jak sytuacja wygląda w rzeczywistości. Weźmy na przykład wczorajszą podróż z Tam Coc do Phong Nha (to jakieś 380 kilometrów). W teorii wszystko wyglądało bardzo obiecująco. Bilet za 540 tysięcy dongów (jakieś 75 złotych) za osobę w autokarze sypialnym, czas przejazdu 6,5 godziny, na miejscu powinniśmy być o 17. Z tego wszystkiego ostatecznie zgadzała się tylko cena.
Ale od początku — zjedliśmy śniadanie w postaci zupki z makaronem i wołowiną, spakowaliśmy się i o ok. 9:30 wyszliśmy z pokoju, żeby na luzie zamówić Graba i podjechać na położony nieopodal, bo jakiś kilometr dalej, dworzec, z którego mieliśmy zaplanowany odjazd do Phong Nha o 10:30. Kupa czasu, żeby jeszcze kupić banh mi na drogę itp. Grab przyjechał prawie bez komplikacji, ale to moja wina, bo przypadkowo zaznaczyłem punkt odbioru po drugiej stronie ulicy. Na szczęście się znaleźliśmy. Punkt docelowy też zaznaczyłem mało precyzyjnie, bo na mapie w aplikacji Grab nie jest zaznaczony dworzec... Tak właśnie wygląda rzeczywistość w Wietnamie, prowizorka na każdym kroku. Zajechaliśmy może ze sto metrów dalej, więc bez dramatu. Okazało się, że na dworcu funkcjonuje mała knajpka z kawą i banh mi, więc w to nam graj. Usiedliśmy, Monika zamówiła kawę, wzięliśmy jeszcze dwie bagiety i spokojnie czekaliśmy na przyjazd autokaru. Żaden przejazd nie może się tu jednak odbyć bez kontaktu ze strony przewoźnika, więc nawet się nie zdziwiłem, kiedy o 10:25 zadzwonił telefon. Po rozłączeniu się nie było mi jednak do śmiechu. Godzinne opóźnienie. Z nudów wszedłem na maila i tam również informacja o opóźnieniu. No dobra, przynajmniej dali znać i człowiek się nie stresował.
Ostatecznie autokar przyjechał ok. 11:40. Powiedzieć, że w autokarze było obskurnie, to nic nie powiedzieć. Załapałem się na kabinę bez poduszki i z dziurawym kocem. Łaziły po mnie mrówki i ogólnie rzecz biorąc, nie było zbyt komfortowo. Poprzednie autokary przyzwyczaiły nas do tego, że jednak zawsze jest czysto i w miarę wygodnie. Tym razem było inaczej. Ale jak widać, przeżyliśmy. Wspomniałem, że zgadzała się tylko cena. I tak było rzeczywiście. Zamiast jechać sześć i pół godziny, jechaliśmy prawie dziewięć. Do hostelu dotarliśmy ok. 20:20, przesiadając się jeszcze wcześniej na opłaconą przez przewoźnika taksówkę (razem z nami jechały nią trzy inne osoby, była jeszcze druga taksówka, również z pięcioma pasażerami). Oczywiście nie wiedzieliśmy wcześniej nic o żadnej przesiadce, więc trochę byłem zdziwiony, widząc na mapach Google, że autokar nie skręcił do Phong Nha, ale jedzie prosto w kierunku Dong Hoi. W końcu jednak postanowiono nas poinformować, że właśnie mamy się przesiąść na taxi, więc zrobiliśmy to i po półgodzinnej podróży taryfą byliśmy już w domu, tzn. w Hostelu Jasmine (taksówka wysadziła wszystkich przy Backpackers Central Hostel, jak było na bilecie autokarowym, stamtąd mieliśmy jeszcze jakieś 200 m do celu).
Wróciliśmy do pokoju i poszliśmy spać.
Dzisiaj zjedliśmy śniadanie (nareszcie miejsce, w którym wydają je do 9:30, a nie do 9, to już coś), wypiliśmy bardzo dobrą kawę i wróciliśmy do pokoju. Popracowałem chwilę i ruszyliśmy na spacer mimo średnio sprzyjającej pogody.
Trochę siąpiło, ale było ciepło. Na więcej w tym regionie Wietnamu nie ma co liczyć, w końcu trwa pora deszczowa. Jeszcze niedawno okolice nawiedzały potężne powodzie. Spacer trwał jakieś 4 godziny i prowadził przez zielone tereny, co zawsze nam odpowiada. Zjedliśmy po drodze lekki obiad w postaci makaronu z wołowiną/kurczakiem. W restauracji dowiedziałem się, że moja wymowa wietnamskich słów jest bardzo dobra i nawet zapytano mnie, gdzie się uczyłem wietnamskiego. Spuśćmy na to zasłonę milczenia. Powiedziałem tylko Ba Lan, kiedy zapytano, skąd jesteśmy...
W naszym hostelu można wynająć skutery, więc jeśli pogoda nie będzie jakaś tragiczna, to może to zrobimy. W końcu w okolicy jest mnóstwo ciekawych jaskiń do zwiedzenia, a zorganizowane wycieczki po nich kosztują krocie, więc lepiej ogarnąć to na własną rękę.
Wróciliśmy z kolacji. Znowu wtopa. Sałatka z mango była kwaśna i płytka. Nic się w niej nie działo, dosłownie dopatrywaliśmy się, gdzie jest w niej mango, i nie mamy pewności, czy udało się je znaleźć. Gulasz wołowy miał w sobie pięć (sic!) małych kawałków mięsa (a kosztował 20 złotych! Zdecydowanie lepiej jedliśmy już tu za takie pieniądze), a kurczak z nerkowcami równie dobrze mógłby mieć obie nerki amputowane.
Cóż, być może pora wrócić do street foodu?
Kącik owocowy :)








Nie zawsze świeci słońce🫣i nie zawsze jest tak jakbyśmy chcieli ,ale jak przygoda to przygoda .Życzymy odkrywania nowych miejsc i czekamy na dzielenie się codziennością 😘
OdpowiedzUsuń