Po odespaniu długiej podróży i pierwszych próbach ogarnięcia wietnamskiej rzeczywistości postanowiliśmy w końcu zrobić dzisiaj coś więcej niż tylko sprawunki. Zaczęliśmy od śniadania, a właściwie brunchu na mieście w postaci ryżu z wołowiną, jajkiem, tykwą, kapustą oraz tofu. Posiłek byłby całkiem smaczny, gdyby nie fakt, że ryż był ciepły, ale mięsko niestety już nie — nie jestem fanką podawania mięs na zimno, a i Tomek stwierdził, że na ciepło danie byłoby lepsze. Nie ma jednak co narzekać, bo zapłaciliśmy jakieś 12 zł za pożywny posiłek dla dwóch osób.
Następnie przyszedł wreszcie czas na wietnamską kawę. Jej smaku po prostu nie sposób opisać — była doskonała, gorzka, mocna, a z drugiej strony miała czekoladowe nuty, które dodawały jej odrobiny słodkości. Gdyby w Polsce podawano gdzieś taką kawę, to dałabym za nią każde pieniądze, a tutaj kosztowała jedynie 2,50 zł. Tak dobra kawa za tak niewyobrażalnie niską cenę? Muszę chyba naprawdę być w kawowym raju... Uwierzcie, że to, co podają nam w Polsce, to mało śmieszny żart, a nie kawa z prawdziwego zdarzenia. 😃
Pokrzepieni wybornym napojem ruszyliśmy w stronę jeziorka Trúc Bạch, wokół którego spacerowaliśmy, ciesząc się jedynym w ciągu dnia momentem bez deszczu, który jednak trwał zaledwie parę minut i znowu trzeba było zakładać kurtki.
W międzyczasie odwiedziliśmy bardzo ciekawą świątynię taoistyczną, pagodę Trấn Quốc i plac, przy którym stoi mauzoleum Ho Chi Minha. Na teren ostatniego weszliśmy po kontroli bezpieczeństwa, ponieważ mauzoleum jest pilnie strzeżone, a pod koniec wizyty załapaliśmy się nawet na zmianę warty przez żołnierzy.
Spaceru dopełniła wyborna woda kokosowa, kolejna po kawie doskonałość tego dnia. Prosto z lodówki idealnie ugasiła pragnienie, a miąższ kokosowy posłużył jako deser.
W międzyczasie przytrafiła nam się zabawna sytuacja — podszedł do nas niespodziewanie fotograf-amator i zaczął robić nam mnóstwo zdjęć (wszystkie na jedno kopyto), które później przesłał Tomkowi na Whatsappie i zażądał za nie opłaty w wysokości 650.000 dongów, czyli jakieś 90 zł. Tomek go wyśmiał i powiedział, że nie ma szans, byśmy tyle zapłacili. Wietnamczyk próbował wycisnąć od nas jak najwięcej, ale gdy Tomek zagroził, że zdjęcia po prostu skasuje, to nagle zaakceptował nasz skromny datek, czyli jakieś 7 zł. Zawsze to nowe doświadczenie, ale następnym razem trzeba szybciej się orientować 🙈
Dzień zakończyliśmy drobnymi zakupami i obiadokolacją w postaci ryżu z mięsem, ale w innym wydaniu niż wcześniej, na szczęście cieplejszym i z dodatkiem bulionu. Mięsa było niestety tyle, co kot napłakał, ale dzień i tak zaliczamy do naprawdę udanych. Może jednak nie taki Wietnam straszny, jak go malują 😉
Nie mamy pojęcia, czy Czerwone Gitary koncertowały w Wietnamie, ale być może to właśnie stąd zaczerpnęły pomysł na swoją piosenkę?






Aż Wam zazdroszczę tej kawy😀
OdpowiedzUsuń