W końcu przestało lać, więc w dobrych nastrojach ruszyliśmy w stronę wcześniej upatrzonego lokalu serwującego banh mi (to takie bagietki na bogato). Na miejscu okazało się, że można zażyczyć sobie opcję na ciepło w formie śniadania podanego na patelni z bagietką do przegryzania. Oczywiście zdecydowaliśmy się na to i po chwili mogliśmy się cieszyć czymś, co bardzo przypominało śniadania znane ze starego kontynentu. W jego skład wchodziło jajko, parówki, ogórek, jakieś mięso i pasztet. Wszystko było zanurzone w smacznym sosie. Bagietki były delikatne, puszyste, chrupiące i prawie nic nie ważyły (to jedna z pozostałości po rządach Francuzów).
Za takie śniadanko policzono nas 90 tysięcy dongów. Ok. 12 złotych za dwie porcje
Po śniadaniu mieliśmy już dosyć dobrze sprecyzowany plan, który obejmował wizytę w katedrze św. Józefa, zaliczenie słynnej Train Street oraz oczywiście wypicie kolejnej kawki w jednym z wielu miejsc, które oferują ją w Hanoi. Do otwarcia katedry dla zwiedzających było jeszcze trochę czasu, skierowaliśmy się więc w stronę jednej z największych atrakcji stolicy Wietnamu — ciasnej uliczki, którą kilka razy dziennie przejeżdża pociąg, powodując ogólne zamieszanie. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do swojsko wyglądającego przybytku, w którym starsza pani z uśmiechem zaserwowała nam ca phe den khong duong (czarną kawę bez cukru).
Dzisiejsza kawa miała bardziej owocowy finisz, była równie doskonała jak wczoraj
Po kawce stwierdziliśmy, że napilibyśmy się czegoś zimnego. Doskonale się składało, gdyż w miejscu, w którym byliśmy, można było zamówić tra chanh i tra quat (lemoniadę cytrynową i kumkwatową). Dopytaliśmy jeszcze, czy jest opcja bezcukrowa, i po otrzymaniu pozytywnej odpowiedzi zamówiliśmy napoje.
Za kawy i lemoniady zapłaciliśmy w sumie 90 tysięcy dongów (ok. 12 złotych)
Ale ile można siedzieć? Ruszyliśmy więc w stronę Train Street. Nie spodziewaliśmy się złapać przejeżdżającego pociągu, ale akurat nam się udało. Całe szczęście — nie wyobrażamy sobie dłuższego przebywania w tak skomercjalizowanym miejscu. Z każdej strony ktoś nagabuje, by wejść do jego kawiarni, a przy ulicy taksówkarze patrzą na każdego jak na potencjalną ofiarę. To samo z kierowcami tuk tuków. Sam przejazd pociągu był w miarę ciekawy, zwłaszcza przygotowania do niego, czyli przesuwanie stolików i krzeseł, by nie zostały potrącone.
Po kilku minutach spędzonych na Train Street ruszyliśmy w stronę katedry św. Józefa. To katolicka świątynia, pamiątka po czasach, w których Wietnam był francuską kolonią. Dlatego też przypomina ona wyglądem katedrę Notre Dame w Paryżu.
Po wizycie w katedrze postanowiliśmy pójść do Świątyni Literatury, miejsca, którego zdaniem wielu internautów nie można pominąć podczas pobytu w Hanoi. Zniechęciła nas jednak długa kolejka do kasy oraz nie tak niska jak na Wietnam cena biletów - 70 tysięcy dongów (10 złotych). Cyknąłem więc jedynie zdjęcie bramie wejściowej i poszliśmy na obiad.
Wejście do Świątyni Literatury
Ze street foodem w Wietnamie jest jeden problem. Miejscówki otwierają się i zamykają w totalnie nieprzewidywalnych dla nas godzinach. Kiedy więc przyszliśmy do upatrzonej z góry knajpki serwującej bun cha, spotkało nas rozczarowanie. Nieczynne. A było przecież po 15. Zauważyliśmy, że niektóre miejsca otwierają się o 17, inne o 18, jeszcze inne działają od 6 do 10, a kolejne od 10 do 15. Trudno za tym wszystkim nadążyć, zwłaszcza że informacji o godzinach otwarcia stoisk z ulicznym jedzeniem nigdzie nie ma. Znaleźliśmy jednak w końcu stoisko z bun cha, które było otwarte (choć jak się okazało, zdążyliśmy na chwilę przed zamknięciem o 16). Nie było co prawda wolnych stolików, ale w Wietnamie to żaden problem, ogranicza nas jedynie pojemność chodnika. Stoliki i krzesełka czekają na rozłożenie.
Rozłożyliśmy się więc na chodniku i zamówiliśmy dwie porcje. Pani zaproponowała nam jeszcze dodatkowe sajgonki, na co z chęcią przystaliśmy. Bun cha to grillowana wieprzowina podana w bulionie, do tego makaron ryżowy i najczęściej jeszcze rzeczone sajgonki jako dodatek.
Za to wszystko zapłaciliśmy 100 tysięcy dongów, czyli 13 złotych
Mnie to danie smakowało bardzo, choć makaron był zimny. Tu zresztą mają chyba w zwyczaju nie podawać wszystkiego na gorąco. Dla Moniki wywar był trochę za słodki.
Kiedy już zjedliśmy, zerknęliśmy na mapę i okazało się, że w pobliżu jest Narodowe Muzeum Sztuk Pięknych. Sprawdziliśmy jeszcze tylko cenę wstępu - 40 tysięcy dongów (6 złotych). Idziemy!
A oto kilka eksponatów.
Takich psów w Europie nie widziałem
Niektóre eksponaty były dosyć osobliwe
Obraz inspirowany pandemią
W muzeum spędziliśmy jakąś godzinę. Stwierdziliśmy, że bolą nas już nogi, a że do pokoju mieliśmy jakieś 3 kilometry, to powoli ruszyliśmy w drogę powrotną, próbując nie zginąć pod kołami skuterów, których rzeka nigdy chyba nie wyschnie.
Na koniec kącik owocowy.
Myślałem, że to grejpfrut...
...a to była zielona pomarańcza
Bardzo ciekawe wiadomości na temat wietnamskiego menu i fajne zdjęcia. Dobrze że Wam smakuje, bo to jednak trochę egzotyki na talerzu. Czekamy na dalsze ciekawe informacje o Wietnamie.🥹
OdpowiedzUsuń