Gdy po otwarciu dzisiaj oczu odkryliśmy, że znowu leje, średnio nas to zmartwiło. Ostatnie dni były naprawdę aktywne i nawet gdybyśmy mieli nigdzie nie wychodzić, to świat by się przecież nie zawalił. Akurat, my i siedzenie w pokoju przez cały dzień, już to widzę... Kolejny raz zaczęliśmy dzień od śniadania w postaci rybnych klopsików i makaronu oraz kawy, której moc zdecydowanie się dzisiaj przydała po raczej kiepsko przespanej nocy. Ciężko było usnąć ze względu na wysoką wilgotność powietrza, która chyba trochę wzrosła w ostatnich dniach i nieco daje nam w kość. Z jednej strony taka wilgotność sprawia, że wysokie temperatury nie są aż tak męczące, ale z drugiej człowiek ciągle się poci i ma na skórze jakiś rodzaj tłustego filmu, mało to przyjemne. Bez prysznica na koniec dnia ani rusz 😉.
Momentami lało naprawdę solidnie, więc popijając kawkę, cieszyliśmy się chwilą. My naprawdę chcieliśmy wyjść, no ale ta pogoda, sami rozumiecie. W Polsce przy podobnym deszczu wydawane są ostrzeżenia meteorologiczne, a tutaj to dzień jak co dzień. W międzyczasie postanowiłam wymyślić nam jakąś miniwycieczkę, co Tomka niezbyt ucieszyło. Jak się później okazało, niesłusznie. Gdy deszcz wreszcie ustał na tyle, by wyjść, zjedliśmy sklepowe banh bao (coś w rodzaju pampuchów czy też bucht z farszem mięsnym). Gdybym napisała o kluskach na parze, to zaraz by mi się dostało, że chyba zapomniałam, skąd pochodzę, więc wolę się nie narażać 😃. Po tej lekkiej przekąsce ruszyliśmy na przystanek autobusowy, by dostać się do parku miejskiego Thong Nhat.
Autobus kolejny raz nas nie zawiódł, a jego trasa biegła w pobliżu jeziorka, przy którym wczoraj spacerowaliśmy, ale mądry Polak po szkodzie. Zresztą tacy piechurzy jak my nie mogą co chwilę gdzieś czymś podjeżdżać, bo jak by to wyglądało? W Atenach korzystanie z metra było konieczne, ale tutaj to zupełnie inna sprawa 🤭. Po samym parku nie spodziewaliśmy się niczego spektakularnego, ale to, na co liczyliśmy, znaleźliśmy — panował tam spokojny, przyjemny klimat. Jeziorko na środku było znacznie większe, niż początkowo się wydawało, nie brakowało też egzotycznych roślin. Po drodze mijaliśmy wielu biegaczy, niektórych w bardzo osobliwym obuwiu sportowym, czyli gumowych klapkach. Podobnie jak wczoraj spotkaliśmy też grupki tańczących pań, więc wygląda na to, że w Wietnamie taniec ma się we krwi.
Po spacerze przyszła pora na kolację. Dzisiaj była to zupa rybna w miejscu nieopodal parku. Gdyby nie mój pomysł, żeby wybrać się dzisiaj w te rejony, to tego pysznego dania by nie było, więc początkowy sceptycyzm Tomka był nieuzasadniony 😇. Zupa była bardzo pożywna i aromatyczna, może nawet lepsza od zupy z węgorzem, a przynajmniej równie dobra.
Później jeszcze zaliczyliśmy szybką wizytę w sklepie, nastawiliśmy pranie, a Tomek przygotował kurczaka na jutrzejszą drogę, bo o 10:30 jedziemy do położonej w górach miejscowości Sa Pa. Podróż zajmie ok. 6 godzin, ale powinna być przyjemniejsza niż ta samolotowa z Aten do Singapuru. Autobus ma podobno miejsca leżące, więc może nie będę musiała szukać dziwnych pozycji jak w samolocie, by jakoś to znieść 🙈. Warto było poznać Hanoi, ale nie będzie nam brakowało tutejszego chaosu i wszechobecnego odgłosu klaksonów. Trzymajcie kciuki za podróż, następny post będzie już z górskich rejonów 😘.
Na koniec kącik owocowy.

Życzymy szczęśliwej podróży do nowego miejsca i czekamy na kolejne wpisy. Dziękujemy za to , co już było .. Mama i tata
OdpowiedzUsuń.