01 listopada 2025

Good morning, Wietnam!

Kiedy wsiadaliśmy wczoraj do samolotu w Atenach, szczęśliwi, że udało się na niego zdążyć, nie zdawaliśmy sobie chyba sprawy z tego, że właśnie rozpoczyna się nasza 20-godzinna wędrówka do celu, którym był pokój w hanojskiej dzielnicy Tay Ho. Wylatywaliśmy bowiem o 9:15 czasu polskiego, a do pokoju dotarliśmy o 5:00 (w Wietnamie to 11:00).

Lot do Singapuru minął spokojnie, choć brak rozrywek doskwierał. Przyczynił się do tego brak gniazdek do ładowania sprzętu i absolutny zakaz używania powerbanków na pokładzie. Monice za to najbardziej przeszkadzało to, że musiała siedzieć przez tak długi czas. Wynajdowała coraz to nowe pozycje, w których choć przez chwilę czuła się lepiej.



Widoki za oknem dosyć szybko, bo po ok. 3 godzinach lotu ustąpiły miejsca całkowitej ciemności, z czym należało się liczyć, lecąc na wschód i z każdą kolejną godziną przeskakując strefy czasowe.
W końcu jednak dolecieliśmy, a zniżanie do lądowania umiliła ciekawa kolorystyka w samolocie.


No i już. Minęło ponad 10 godzin i wylądowaliśmy na najlepszym wg różnych rankingów lotnisku na świecie — Changi w Singapurze. Godzina 4 nad ranem, 29 stopni Celsjusza. Tak, 29 stopni o 4 nad ranem. Niektórzy byli już tak padnięci, że nie mogli się oprzeć pokusie i oddali się objęciom Morfeusza na terminalowych dywanach.



Po ponad dwóch godzinach czekania wsiedliśmy do naszego ostatniego latającego rydwanu. W Hanoi wylądowaliśmy z ok. półgodzinnym opóźnieniem, po drodze doświadczając kilku turbulencji.
Na lotnisku czekał na nas już opłacony przez booking człowiek zajmujący się organizowaniem transportu przyjezdnym. Okazało się jednak, że to nie nasz szofer, a jedynie koordynator kierowców, który zobaczywszy adres, pod który mamy trafić, aż złapał się za głowę, powtarzając "Ale to nie jest przecież hotel" i że "adres się nie zgadza". W końcu pokazałem mu na nawigacji, gdzie mają nas zawieźć, i jakby się uspokoił. Podejrzewam, że nie chciał mieć problemów, gdyby się okazało, że przypadkiem wywiozą nas w szczere pole. Zdecydowanie nie mógł jednak pojąć, czemu nie chcemy nocować w jednym z wielu hoteli w centrum.


Dotarliśmy pod wskazany adres i okazało się, że na szczęście wszystko gra. Pokój był już przygotowany, więc po szybkim prysznicu poszliśmy spać. Wstaliśmy o 18 z planem ruszenia na miasto i kupienia kart SIM oraz wymienienia dolarów na dongi. 


Niestety obraliśmy złą kolejność i okazało się, że kart SIM nie kupimy, bo nie mamy jeszcze gotówki, a płatności kartą nie przewidują nawet w salonie firmowym dostawcy telekomunikacyjnego. Nic to, kupimy jutro. W drodze powrotnej do pokoju wymieniliśmy dolary w jakimś punkcie turystycznym (za 300 tzw. starych dolarów dostałem 7 900 000 dongów).

Uzbrojeni w miejscową walutę poszliśmy w końcu coś zjeść. Dziś sobota, wszystkie stoliki w miejscach przy głównych ulicach pozajmowane, ale w końcu znaleźliśmy knajpkę serwującą głównie pho w pobliżu naszego noclegu.

Taka porcja zupy z wołowiną (pho bo) kosztuje 40 000 dongów. Ok. 6 złotych

Powiedzcie, czy to miejsce nie wygląda autentycznie?

Usadzono nas przy stoliku razem z miejscowymi, zamówiliśmy po wietnamsku to, po co przyszliśmy,
a paniom ewidentnie ulżyło, że będzie się można z nami jakoś dogadać. Już wiemy, że czeka nas przyspieszony kurs nazw potraw, bo jest tu tego wszystkiego od groma. Zapachy atakują z każdej strony, podobnie jak klaksony skuterów.

Planowaliśmy jeszcze zrobić jakieś zakupy, ale nie mogliśmy znaleźć żadnego sensownego sklepu (takiego, do którego Europejczycy są przyzwyczajeni). Nagle zrobiło się po 22 i o zakupach mogliśmy zapomnieć. Dochodząc do pokoju, zauważyłem jeszcze jakąś świecącą się lodówkę przy ulicy, zerknąłem do niej, sprawdzając, czego można się napić. Po chwili podszedł starszy Wietnamczyk, na którego pytające spojrzenie rzuciłem: "bia?". (pol. "piwo?").  Uśmiechnął się i wyjął z lodówki schłodzoną puszeczkę. Pozostało mi jeszcze policzyć na palcach do czterech i przypomnieć sobie, że cztery to "bon".

Małe piwko u przydrożnego sprzedawcy kosztuje dwa złote (15 000 dongów)

Na razie czujemy się jak w jakimś filmie, zobaczymy, czy będzie happy end.

1 komentarz:

  1. A unos wszystkich świętych wspominki powrót do korzeni dziadkowie ojcowie kawł histori szkoda że mało kto to rozumi

    OdpowiedzUsuń