Dzień przywitał nas deszczowo i pochmurnie. Ruszyliśmy w miasto z nadzieją na szybkie znalezienie czegoś do jedzenia, co okazało się nie tak znowu łatwe, gdy nie ma się internetu i nie jest się w stanie na bieżąco sprawdzać, co znaczą te wszystkie nazwy potraw, które zachęcająco spoglądały z szyldów przed stoiskami z jedzeniem.
W taki sposób, rozglądając się na boki z nadzieją na śniadanie (dosyć późne, co prawda, ale kto powiedział, że o 13:00 nie można zjeść śniadania?), trafiliśmy do placówki Viettela, w której kupiliśmy karty SIM.
Pokrzepieni świadomością, że teraz powinno być już łatwiej ogarnąć co i jak, ruszyliśmy z powrotem w stronę pokoju.
Młodym Wietnamczykom deszcz zdawał się nie przeszkadzać
Na ulicach nie brakuje symboli komunizmu
Po minięciu kilku miejsc serwujących dania z żab trafiliśmy na lokal z bánh cuốn. To ryżowe naleśniki z różnym nadzieniem. My wzięliśmy takie nadziane mięsem i smażoną szalotką. Do tego piwko i obiad jak znalazł.
Właścicielka lokalu chyba chciała się pochwalić pedikiurem
Papaja przed i po rozkrojeniu, ok. 4 złote za sztukę, bardzo smaczna, nie za słodka
Wcześniej poprosiliśmy naszą gospodynię o większe kubki na kawę, bo na wyposażeniu pokoju były tylko małe szklaneczki. Muszę przyznać, że byliśmy pod wrażeniem, kiedy nam je przyniosła. Herbatka chryzantemowa smakowała z nich wybornie.
Postanowiliśmy, że na kolację przetestujemy aplikację Grab. To coś jak azjatycki Uber. Można też przez to zamawiać jedzenie. Po chwili namysłu wybraliśmy miejsce, które oferowało najkrótszy czas dostawy (ok. 35 minut) i wybraliśmy na chybił trafił, kierując się zdjęciami. Dostaliśmy sześć szaszłyków, zestaw do zwijania spring rollsów i makaron z mięsem. Do tego jakiś sos, chilli, suszony czosnek i dużo ziół. Szału nie było, ale się najedliśmy.
Za taki zestaw zapłaciliśmy 35 złotych z priorytetową dostawą i napiwkiem dla dostawcy
Planów na jutro jeszcze nie mamy, ale na pewno będziemy chcieli wreszcie napić się tej słynnej wietnamskiej kawy. Po kilku godzinach spędzonych w chaosie i hałasie, które panują w centrum, bardzo doceniamy, że mieszkamy na uboczu. Jest zdecydowanie ciszej niż w Atenach, a być może nawet ciszej niż w Chorzowie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz