24 listopada 2025

Bez skuterów, ale na oparach

Mimo że pokusa, by sobie dzisiaj poleniuchować, była dość silna, to oczywiście nie zostaliśmy w pokoju, tylko wybraliśmy się na kolejną przechadzkę. Tym razem trasę wymyśliłam ja i muszę przyznać, że nie jestem z niej szczególnie dumna. Droga wiodła dość długim fragmentem słynnej pętli Ha Giang do miasteczka Cho Kem, co umożliwiło podziwianie widoków, ale jednocześnie narażało nas na ciągły hałas skuterów i unoszący się w powietrzu zapach benzyny. Po mniej więcej godzinie wędrówki zrobiliśmy sobie jednak wyczekiwaną przerwę na mrożoną kawę, po której zostało nam już niecałe pół godziny marszu hałaśliwą pętlą. Po drodze pasażer skutera pokazał nam nawet kciuka z uznaniem, bo pewnie zakładał, że robimy całą pętlę lub przynajmniej większy jej fragment z buta. Takimi hardkorami nie jesteśmy, gdyż cała pętla jest długa na ok. 360 km, a zresztą kto chciałby deptać tyle asfaltu? Tak czy inaczej, zawsze możemy się chełpić, że zaliczyliśmy odcinek pieszy tej zatłoczonej atrakcji, a to raczej nie jest często podejmowane wyzwanie 😎. Wiecie, jakoś pocieszać się trzeba...

Gdy z ulgą zeszliśmy z ruchliwej szosy, wkroczyliśmy na wiejską drogę, znacznie już spokojniejszą, choć i tam nie brakowało skuterów, szczególnie z turystami, którzy pokonują całą pętlę tym środkiem transportu. Było jednak przynajmniej zielono z każdej strony, a przy drodze co rusz spotykaliśmy uprawy trzciny cukrowej. Rozglądaliśmy się, gdzie można by tu zrobić przerwę, ale nie było żadnej opcji, więc dotarliśmy do rozwidlenia i wdrapaliśmy się kawałek pod górę jedynym gruntowym odcinkiem trasy. Przynajmniej tam skutery nie miały jak wjechać...



Tak rośnie trzcina cukrowa, inaczej nazywana cukrowcem lekarskim

Wreszcie znaleźliśmy też murek, na którym zjedliśmy drugie śniadanie, a w międzyczasie profilaktycznie zainstalowałam lokalną aplikację do zamawiania taksówek, bo z Grabami na takiej prowincji bywa ciężko. W perspektywie mieliśmy konieczność powtarzania części asfaltowej pętli, co nie napawało nas optymizmem, więc lepiej mieć jakąś opcję zapasową. Po wdrapaniu się na punkt widokowy, będący jednocześnie lokalem gastronomicznym, z radością odkryliśmy, że sprzedają tam zimne kokosy. Co prawda nie będę po raz kolejny zachwalała, jak wyborny jest to napój, gdy człowiek odczuwa pragnienie, ale musicie uwierzyć mi na słowo. Po jego wypiciu podjęliśmy próbę zamówienia taksówki, ale na próżno, gdyż najwidoczniej nie przyjeżdżają na takie wygwizdowo. Trochę dziwne, bo w tamtą stronę widziałam co najmniej kilka taksówek tej korporacji, ale nie ma co dywagować — trzeba użyć mocy styranych już szłapek i liczyć, że jeszcze trochę wytrzymają.

Kokos w takim miejscu to naprawdę przyjemność

O dziwo tym razem szło się znacznie przyjemniej, ruch był już mniejszy, a dodatkowy klimat tworzyło zachodzące słońce, które dzisiaj przez większość dnia chowało się za chmurami. Dość sprawnie dotarliśmy do pokoju, gdzie odpoczęliśmy z dwie godziny, a ok. 19 ruszyliśmy na poszukiwanie kolacji. Tomek znalazł dwie obiecujące miejscówki w pobliżu naszego noclegu, więc z nadzieją poszliśmy w tamtym kierunku. W jednej restauracji już sprzątano (?!), a w drugiej, za pomocą tłumacza, właściciel próbował się dowiedzieć, co chcielibyśmy zjeść, sugerując, że wybór jest raczej spory. Gdy jednak zapytaliśmy, co w ogóle jest dostępne, to stwierdził, że makaron instant z jajkiem 😃. Podziękowaliśmy, bo jedliśmy to już wczoraj, i ruszyliśmy w przeciwnym kierunku, licząc na łut szczęścia. Jest! Otwarta miejscówka, w której nawet byli jacyś goście. Zdecydowaliśmy się na dwie porcje ryżu z mięsem, a do tego tofu w sosie pomidorowym i kąski wieprzowiny, jak się później okazało, bardzo pikantne. Wszystko było jednak bardzo smaczne, więc cena ok. 35 zł za jedzenie z piwkiem nie wydawała się nam szczególnie wygórowana. Wreszcie można wrócić do pokoju i już z niego dzisiaj nie wychodzić 🙈.


W połowie zjedzona porcja tofu


Nie ma jak knajpa w garażu, jest nawet łóżko na sjestę

Jutro jedziemy do kolejnej miejscowości o nazwie Dong Van, ale tym razem nie będziemy rezerwować biletów z wyprzedzeniem, tylko pójdziemy na żywioł, bo przewoźników na tej trasie jest sporo, więc może wyjdzie taniej niż ostatnio. Na wszelki wypadek kupiłam też gumy do żucia, by uniknąć sensacji żołądkowych na licznych serpentynach, ale przynajmniej z czystym sumieniem sobie trochę posiedzimy, bo dzisiaj znów zrobiliśmy prawie 30 000 kroków.

1 komentarz: