Dzisiaj wstaliśmy trochę wcześniej, pamiętając, że na śniadanie czeka nas makaron z grzybami i mięsem. Gospodyni zaserwowała nam jednak coś innego — kleisty ryż z kiełbaską, całkiem smaczny i pożywny. Niestety kawa tym razem na nic nie smakowała, więc wypiliśmy jeszcze jedną w pokoju, w międzyczasie obmyślając plan działania. Pomyślałam, że może warto wybyć gdzieś odrobinę dalej i wybór padł na miasto Lao Cai, oddalone o ok. 30 km od Sa Pa.
Nie wiem, czemu założyłam, że poza Grabem niczym innym się tam nie dostaniemy, ale na szczęście Tomek znalazł w Internecie informację, że co pół godziny kursują na tej trasie lokalne busiki. Podeszliśmy do centrum i po chwili oczekiwania podjechał kierowca, który krzyknął nazwę naszej docelowej miejscowości, więc umościliśmy się wygodnie w busie. Na odjazd jednak musieliśmy poczekać ok. pół godziny, ponieważ kierowca najwyraźniej dorabia sobie jako kurier i czekał jeszcze na klientów odbierających od niego jakieś przesyłki. W Wietnamie nie uznaje się pustych przebiegów — jeśli ktoś dysponuje jakimś środkiem transportu, to musi jeszcze przy okazji coś załatwić, inaczej nie ma to sensu. Zanim na dobre wyjechaliśmy z miasteczka, szofer jeszcze stawał parę razy w kilku miejscach, podrzucając ludziom paczki i pobierając za to opłaty. Dodam, że byliśmy jedynymi pasażerami tego kursu, a pojedynczy bilet kosztował ok. 10 zł za jakieś 45 minut jazdy.
Do Lao Cai jechaliśmy bardzo malowniczą i krętą drogą, napawając się wspaniałymi widokami wszechobecnej zieleni, tarasów ryżowych i majaczących w tle gór. Wreszcie wyszło słońce i przegoniło te wstrętne chmurzyska. Ostatnio pogoda była naprawdę dość przygnębiająca, więc z radością przyjęliśmy taką odmianę. Jeszcze większe zaskoczenie przeżyliśmy, gdy dojechaliśmy na miejsce, bo słońce grzało tam niemiłosiernie, a na niebie prawie nie było żadnej chmurki. Momentami aż żałowałam, że nie wzięłam czapki z daszkiem, ostatnio zresztą założonej w Grecji. Dzisiaj termometry pokazywały około 25 stopni, czyli co najmniej 10 stopni więcej niż w Sa Pa. Wreszcie trochę ciepełka 🌞.
Po drodze napotkaliśmy kolejną atrakcję w postaci lokalnego targu, na którym można było kupić dosłownie wszystko. Byliśmy nawet świadkami sprzedaży kury, która lada moment miała stracić głowę na zapleczu. Całe szczęście, że nie demonstrują tego na ulicy 😉.
Rozglądaliśmy się też ciągle za jakimś miejscem, gdzie można by coś zjeść, ale uznaliśmy, że powrót na przystanek jest w tym momencie priorytetem. Nie zdążyliśmy jeszcze w pełni się na nim znaleźć, gdy naprzeciw wybiegł nasz poranny szofer, zapraszając nas na powrotnego busa, mającego właśnie odjeżdżać. Tym oto sposobem musieliśmy odłożyć jedzenie na później, ciesząc się jednak, że nie zostaliśmy z ręką w nocniku, a problem z transportem rozwiązał się sam. Odrobina fartu przydaje się w podróży 😃.
W Sa Pa trafiliśmy wreszcie do miejscówki z jedzeniem, na którą polowaliśmy ostatnio, ale była wtedy zamknięta. Zjedliśmy bun bo Hue, czyli zupę z wołowiną oraz innymi mięsnymi dodatkami, bardzo oryginalną w smaku. Dzień zakończyliśmy wizytą w lokalnym amfiteatrze, w którym odbywały się akurat pokazy folklorystyczne, rozpoczynające lokalny festiwal, więc pewnie jeszcze tam zajrzymy. Do pokoju ściągnęliśmy ok. 21:00, zrobiwszy jakieś 25 tysięcy kroków. Gdyby ktoś miał wątpliwości, to dzisiaj oczywiście planowaliśmy kolejny luźny dzień 😉.






Kochani🤗 słonko które Wam dziś towarzyszyło zrobilo super robotę 😌wszystko wygląda inaczej,radośniej i piękniej 😁,chociaż i we mgle miało swój urok.Super Moniko dziś to odpisałaś wzbogacone fotkami Tomka .Każdy dzień który opisujecie jest odzwierciedleniem waszych pięknych przeżyć .Super!!!Czekamy na więcej❤️
OdpowiedzUsuń