14 listopada 2025

Tyle słońca w całym mieście

Dzisiaj wstaliśmy trochę wcześniej, pamiętając, że na śniadanie czeka nas makaron z grzybami i mięsem. Gospodyni zaserwowała nam jednak coś innego — kleisty ryż z kiełbaską, całkiem smaczny i pożywny. Niestety kawa tym razem na nic nie smakowała, więc wypiliśmy jeszcze jedną w pokoju, w międzyczasie obmyślając plan działania. Pomyślałam, że może warto wybyć gdzieś odrobinę dalej i wybór padł na miasto Lao Cai, oddalone o ok. 30 km od Sa Pa.

Nie wiem, czemu założyłam, że poza Grabem niczym innym się tam nie dostaniemy, ale na szczęście Tomek znalazł w Internecie informację, że co pół godziny kursują na tej trasie lokalne busiki. Podeszliśmy do centrum i po chwili oczekiwania podjechał kierowca, który krzyknął nazwę naszej docelowej miejscowości, więc umościliśmy się wygodnie w busie. Na odjazd jednak musieliśmy poczekać ok. pół godziny, ponieważ kierowca najwyraźniej dorabia sobie jako kurier i czekał jeszcze na klientów odbierających od niego jakieś przesyłki. W Wietnamie nie uznaje się pustych przebiegów — jeśli ktoś dysponuje jakimś środkiem transportu, to musi jeszcze przy okazji coś załatwić, inaczej nie ma to sensu. Zanim na dobre wyjechaliśmy z miasteczka, szofer jeszcze stawał parę razy w kilku miejscach, podrzucając ludziom paczki i pobierając za to opłaty. Dodam, że byliśmy jedynymi pasażerami tego kursu, a pojedynczy bilet kosztował ok. 10 zł za jakieś 45 minut jazdy.


Do Lao Cai jechaliśmy bardzo malowniczą i krętą drogą, napawając się wspaniałymi widokami wszechobecnej zieleni, tarasów ryżowych i majaczących w tle gór. Wreszcie wyszło słońce i przegoniło te wstrętne chmurzyska. Ostatnio pogoda była naprawdę dość przygnębiająca, więc z radością przyjęliśmy taką odmianę. Jeszcze większe zaskoczenie przeżyliśmy, gdy dojechaliśmy na miejsce, bo słońce grzało tam niemiłosiernie, a na niebie prawie nie było żadnej chmurki. Momentami aż żałowałam, że nie wzięłam czapki z daszkiem, ostatnio zresztą założonej w Grecji. Dzisiaj termometry pokazywały około 25 stopni, czyli co najmniej 10 stopni więcej niż w Sa Pa. Wreszcie trochę ciepełka 🌞.




Lao Cai to miasto leżące na granicy z Chinami, więc ruszyliśmy w kierunku rzeki dzielącej oba państwa. Był to spory kawałek i cały czas słońce przygrzewało, więc usiedliśmy na chwilę w miejscu oferującym kokosy prosto z lodówki. Po drodze zajrzeliśmy też na stację kolejową oraz do świątyni buddyjskiej. Przy samej rzece nie było żadnej chińskiej flagi, ale budynki po drugiej stronie brzegu miały już chińskie napisy, więc byliśmy naprawdę blisko 😉.

Kokos za 20 tysięcy dongów to oferta nie do odrzucenia

Za rzeką są już Chiny




W pobliżu odkryliśmy też atrakcję turystyczną w postaci drzewa z fantazyjnie zaplątanymi gałęziami. W międzyczasie lekko zaniepokojeni odkryliśmy, że ostatni lokalny bus odjeżdża z Lao Cai do Sa Pa o 16:00, czyli za jakieś 20 minut, a na przystanek idzie się ponad godzinę. Uznaliśmy, że trzeba powoli wracać i liczyć na to, że podjedzie znowu jakiś prywatny bus podobny do tego, którym jechaliśmy wcześniej. Ostatecznie pozostawał Grab, ale wiadomo, że nie lubimy przepłacać 🤭.

Najciekawsze drzewo, jakie kiedykolwiek widzieliśmy — jakaś odmiana fikusa

Po drodze napotkaliśmy kolejną atrakcję w postaci lokalnego targu, na którym można było kupić dosłownie wszystko. Byliśmy nawet świadkami sprzedaży kury, która lada moment miała stracić głowę na zapleczu. Całe szczęście, że nie demonstrują tego na ulicy 😉.

W Wietnamie klapki nie wychodzą z mody


Ważenie jeszcze żywej kury

Rozglądaliśmy się też ciągle za jakimś miejscem, gdzie można by coś zjeść, ale uznaliśmy, że powrót na przystanek jest w tym momencie priorytetem. Nie zdążyliśmy jeszcze w pełni się na nim znaleźć, gdy naprzeciw wybiegł nasz poranny szofer, zapraszając nas na powrotnego busa, mającego właśnie odjeżdżać. Tym oto sposobem musieliśmy odłożyć jedzenie na później, ciesząc się jednak, że nie zostaliśmy z ręką w nocniku, a problem z transportem rozwiązał się sam. Odrobina fartu przydaje się w podróży 😃.

W Sa Pa trafiliśmy wreszcie do miejscówki z jedzeniem, na którą polowaliśmy ostatnio, ale była wtedy zamknięta. Zjedliśmy bun bo Hue, czyli zupę z wołowiną oraz innymi mięsnymi dodatkami, bardzo oryginalną w smaku. Dzień zakończyliśmy wizytą w lokalnym amfiteatrze, w którym odbywały się akurat pokazy folklorystyczne, rozpoczynające lokalny festiwal, więc pewnie jeszcze tam zajrzymy. Do pokoju ściągnęliśmy ok. 21:00, zrobiwszy jakieś 25 tysięcy kroków. Gdyby ktoś miał wątpliwości, to dzisiaj oczywiście planowaliśmy kolejny luźny dzień 😉.


Do zup zawsze jest sporo dodatków, zioła, limonki, kimchi, kiszony czosnek i chilli, tu widać tylko niektóre z nich

Gotowana w całości kura zachęcająco spoglądała ze stoiska


Ta tancerka wie, co to znaczy znaleźć się w świetle reflektorów


Jeśli chcielibyście podzielić się z nami spostrzeżeniami dotyczącymi bloga lub napisać do nas w jakiejkolwiek sprawie, to zapraszamy do skorzystania z zakładki Kontakt. Z radością odpowiemy na każdą wiadomość bez zbędnej zwłoki. Niezmiennie też zachęcamy do udzielania się w komentarzach — zawsze dobrze wiedzieć, że jesteście, a nasze wypociny nie giną w eterze 🤭.

Na koniec zdjęcie bonusowe, po raz pierwszy w ciągu ponad dwóch tygodni trafiliśmy na taki kibelek.


1 komentarz:

  1. Kochani🤗 słonko które Wam dziś towarzyszyło zrobilo super robotę 😌wszystko wygląda inaczej,radośniej i piękniej 😁,chociaż i we mgle miało swój urok.Super Moniko dziś to odpisałaś wzbogacone fotkami Tomka .Każdy dzień który opisujecie jest odzwierciedleniem waszych pięknych przeżyć .Super!!!Czekamy na więcej❤️

    OdpowiedzUsuń