Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sa Pa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sa Pa. Pokaż wszystkie posty

16 listopada 2025

Jak dobrze nam zdobywać góry

"Jeśli zew gór Cię nie woła, to jesteś stara pierdoła" — taki napis można przeczytać na górze Klimczok w Beskidzie Śląskim. Nas najwyraźniej ciągle woła, ale zacznijmy od początku. Wiadomo, że rano trzeba zjeść śniadanie (będąc w podróży, nawet Tomek nie ma co do tego żadnych wątpliwości), dlatego czekaliśmy cierpliwie, aż pani Son zaprosi nas do stołu. Dzisiaj znowu dostaliśmy zupę, ale tym razem z dodatkiem tofu, jajka i makaronu ryżowego. Porcja była naprawdę solidna, ale kawa niestety nie spełniła moich oczekiwań, więc zrobiłam sobie dodatkową w pokoju. W międzyczasie szukaliśmy też opcji noclegowych w kolejnej miejscowości, bo wczoraj nic mądrego nie wymyśliliśmy. Ostatecznie padło na homestay (to taki rodzaj agroturystyki), który znalazłam ja, więc zobaczymy, czy standard będzie lepszy niż w tym wybranym przez Tomka 😎.

Po wyjściu z pokoju ruszyliśmy w stronę, jak to określił Tomek, punktu widokowego. Chcieliśmy się tam wybrać już wcześniej, ale przełożyliśmy to ze względu na panującą w ostatnich dniach mgłę. Gdy w końcu znaleźliśmy początek szlaku, byliśmy skłonni się wycofać, bo ciężko było stwierdzić, w którą stronę ruszyć. Mimo początkowych wątpliwości poszliśmy intuicyjnie betonową ścieżką, która po chwili ustąpiła miejsca gruntowej. W dalszej wędrówce pomagały nam też ślady butów w zaschniętym już na szczęście błocie. Ktoś tu przed nami był, więc chyba jest sens piąć się dalej w górę 😉. Punkt widokowy z dołu sprawiał wrażenie niepozornego, myślałam, że będzie to spacer na maksymalnie 30-40 minut i po sprawie. Akurat. Gdy znaleźliśmy się po drugiej stronie skały, czekał nas jeszcze spory kawałek wędrówki. Na szczęście jednak na tym etapie szlak był już bardzo przyjemny i pozbawiony kamieni. Minęliśmy też po drodze turystę, który wybrał się tam z lokalną przewodniczką. Czasami mam wrażenie, że ludzie są odrobinę zaskoczeni, gdy sobie tutaj chodzimy jak po swoim, ale jak już wspomniałam w jednym z postów — po co nam przewodnik, skoro jest Tomek 😃.

Ta góra to Ham Rong (1850 m n.p.m.), tam właśnie weszliśmy

Na ostatnim odcinku podejścia powitała nas miejscowa kobieta, oferując zimne napoje oraz rękodzieło. Ku rozczarowaniu małżonka piwa jednak nie miała, więc podziękowaliśmy. Uff, wreszcie na szczycie. Zewsząd rozciągały się wspaniałe widoki na okoliczne góry oraz miejscowość Sa Pa. Jeśli takie widoki oferują tutaj "punkty widokowe", to poproszę takich więcej. Jestem pewna, że w Polsce już dawno ktoś wpadłby na pomysł, by poprowadzić tędy szlak turystyczny, bo widoki okazały się naprawdę zacne. Co prawda nie było tam szczególnie cicho, gdyż po chwili przywędrowały na szczyt dość głośne Wietnamki, a z centrum miejscowości dobiegał hałas, ale i tak zdecydowanie warto było się tam wdrapać.








W dół zeszliśmy alternatywną ścieżką, wybraną wcześniej przez panie z Wietnamu. Początkowo trzeba było trochę uważać, bo zejście było miejscami strome i śliskie, ale dość szybko zaczęła się utwardzona droga, na której oczywiście nie brakowało skuterów. Dokonaliśmy więc słusznego wyboru, bo nie ma dla nas nic bardziej deprymującego od wchodzenia na górę asfaltem. Po powrocie do centrum zajrzeliśmy do sklepu oraz piekarni (po dwóch tygodniach pobytu w Wietnamie mamy wreszcie pieczywo! 🥳) oraz usiedliśmy na ławce, zastanawiając się, gdzie by tu coś zjeść.

W dole Sa Pa




Było jeszcze dość wcześnie jak na tutejsze standardy gastronomiczne, ale Tomek znalazł lokalną restaurację, do której podobno chodzą głównie miejscowi. Restauracja wyglądała niepozornie i rzeczywiście brakowało tam turystów, co zawsze jest dla nas dobrym znakiem. Trochę już się nam przejadły zupy, dlatego zaszaleliśmy i wzięliśmy droższe danie na gorącym półmisku — Tomek z wieprzowiną, a ja z wołowiną. W międzyczasie spytałam kelnerkę, gdzie jest łazienka (po wietnamsku), co wywołało wyraźny popłoch. Po chwili już wiedziałam dlaczego. Zaprowadzono mnie do łazienki znajdującej się dosłownie za kuchnią, a żeby mnie stamtąd wypuścić, pan kucharz musiał podważyć drzwi jakimś łomem. Natychmiastowo polubiłam to miejsce jeszcze bardziej 😃. Jedzenie też nas nie rozczarowało, było bardzo smaczne i rzeczywiście obfitujące w mięsne kąski. Jak miło coś takiego wreszcie zjeść... Pod koniec wizyty w restauracji pojawili się też inni Polacy, z którymi wymieniliśmy parę kurtuazyjnych zdań. Pan stwierdził, że nic nie jadł od 12 godzin, więc jest mu dosłownie wszystko jedno, co dostanie 😜.

W końcu trochę więcej mięsa. Za całość zapłaciliśmy 260 tysięcy dongów (36 złotych)

Mimo dość wczesnego powrotu do pokoju zrobiliśmy znowu ok. 20 tysięcy kroków. Pozostaje nam się spakować i przygotować coś na drogę, bo jutro czeka nas sześciogodzinna podróż do miejscowości Ha Giang. Na szczęście znowu autobusem z miejscami leżącymi, więc nie powinno być źle, ale tradycyjnie trzymajcie kciuki. Kolejny post opublikujemy pewnie we wtorek. Do następnego! 😘

15 listopada 2025

Zielono mi

Na ten dzień czekaliśmy, odkąd przyjechaliśmy do Sa Pa. Pogoda wreszcie poprawiła się na tyle, że widać było więcej niż koniec własnego nosa. Zjedliśmy więc przygotowane przez Son śniadanie (w końcu obiecany makaron z grzybami i mięsem, choć w formie zupy, bo tu inaczej makaronu raczej nie jadają) i po krótkim namyśle zdecydowaliśmy się na klasyczną trasę trekkingową (tak to tu nazywają, dla nas trekking to coś dużo grubszego kalibru) prowadzącą z wioski Ta Van przez Lao Chai i Y Linh Ho do Sa Pa (wszyscy idą z Sa Pa do Ta Van, bo jest z górki, ale dla nas to żadna zabawa). Na takie trekkingi namawiają zresztą na każdym kroku przedstawicielki tutejszej mniejszości etnicznej — Czarnych Hmongów, które zdecydowanie wyróżniają się ubiorem.

Coś tam rzeczywiście z tej huśtawki widać

Son przyniosła nam po chwili widelce, co potraktowaliśmy jako obelgę

My jednak jako nieco bardziej introwertyczni osobnicy nie przepadamy za przewodnikami i wolimy być sami dla siebie sterem, żaglem i okrętem. Podobno taki trekking z miejscowymi to dosyć ciekawa sprawa, można sporo dowiedzieć się o kulturze i zwyczajach oraz wpaść na posiłek do lokalsów, ale u nas jednak poczucie komfortu psychicznego przeważyło. No i nie trzeba płacić 😁. Po śniadaniu i kawie zamówiliśmy więc Graba (kosztował jakieś 30 złotych za półgodzinną jazdę) i pojechaliśmy do Ta Van. Droga była nędzna, więc kierowca dostał jeszcze od nas napiwek i ruszyliśmy przed siebie.
Samo Ta Van jest oblegane przez turystów, podobno to autentyczna wietnamska wioska, ale widać, że żyją tu głównie z turystyki i klimat jest taki sobie, głównie z uwagi na tłumy. Być może w tygodniu wygląda to inaczej. Zdjęć nie robiłem, bo chcieliśmy się stamtąd jak najszybciej wydostać. Na szczęście po jakimś czasie zaczęło się to, po co przyjechaliśmy. Zieleń i przestrzeń. Do tego majestatyczne góry wznoszące się na ponad trzy tysiące metrów.


Na zdjęciu widać parę, która zdecydowała się na trekking z miejscową przewodniczką

Na zdjęciu kobieta z plemienia Czarnych Hmongów

Kaczki na takim rożnie widzieliśmy też w Hanoi

Suszący się cynamon, zapach, który się tam unosił, był dosłownie nieziemski

Po jakimś czasie ilość budynków zmalała, podobnie jak zagęszczenie turystów, i weszliśmy w teren bardziej dziki, choć ciągle szliśmy utwardzoną ścieżką, mijając niezliczone ilości skuterów.

Ryż lubi podmokłe tereny


Tej krowy nie zauważyłbym za krzakami, gdyby nie Monika



Tarasy ryżowe, charakterystyczny dla tego regionu krajobraz


Po pokonaniu dobrych kilku kilometrów przyszła pora, żeby coś zjeść. Wyboru za wielkiego nie było, ale napatoczyła się akurat jakaś elegancka knajpa, chyba nawet przynależąca do jakiegoś hotelu. Zacisnęliśmy zęby, bo wiedzieliśmy, że tak tanio jak w ulicznych stoiskach to na pewno nie będzie, i weszliśmy do środka, uprzednio zerkając na wystawione przed drzwiami menu, by upewnić się, że nie zbankrutujemy. Nie było tak źle. Za dwa kokosy i dwie skromne porcje ryżu z szaszłykami (w Polsce nikt nie miałby odwagi nazwać tak mikrej porcji mięsa szaszłykiem) zapłaciliśmy 310 tysięcy dongów (jakieś 43 złote). Szału nie było, ale był widoczek.


Ryż gotowany w tradycyjny sposób w bambusowych tubach i pożal się Boże — szaszłyki

Widoczek był całkiem niezły

No to jazda dalej. Przed nami jeszcze jakieś dwie godziny drogi. Towarzyszyć nam w niej postanowił miejscowy Fafik, więc przez prawie godzinę mieliśmy towarzysza. Ostatecznie okazało się, że po prostu wracał do domu, ale nie opuszczał nas na krok, więc trochę się do niego przywiązaliśmy.


Psów jest tu od groma i wszystkie są równie sympatyczne i spokojne

Widoki ciągle były takie, że w zasadzie nie czuliśmy zmęczenia. Nawet konieczność dziesięciominutowego wracania się, bo zaplanowana ścieżka była nie do przejścia, nie zepsuła nam humorów.








Nigdy nie wiadomo, kiedy Monika zechce przyćmić nawet najlepsze krajobrazy


Po jakichś pięciu godzinach drogi i niezliczonej ilości ostrych podejść, w końcu dotarliśmy do drogi nr 152, która prowadzi prosto do Sa Pa. Mieliśmy już na liczniku ponad 20 tysięcy kroków, a tu jeszcze godzina do pokoju. Ale nic, idziemy i się nie poddajemy.

Na górze widać centrum Sa Pa

W końcu zieloność ustąpiła miejsca betonowi, ruch się zwiększył, a hałas generowany przez klaksony sprawił, że nieraz szpetnie zakląłem pod nosem, nie rozumiejąc, z czego bierze się ten zwyczaj. To jeden z największych do tej pory szoków kulturowych dla mnie. A myślałem, że w Grecji jeżdżą na wariata.

W Polsce straż miejska miałaby używanie

Tata, niy godołżeś, że robisz kariera we Bollywoodzie 📽✌😆

Wiadomo, jak się chodzi po górach (choć Monika kategorycznie nie chce uznać tego za górski spacer, bo ścieżka była zbyt cywilizowana i nie szła w lesie), to się głodnieje. Nie chciało nam się kombinować i poszliśmy do sprawdzonego miejsca na kolejną zupę (ciekawe, kiedy nam się to znudzi). Tym razem była to zupa z wołowiną duszoną w winie z imbirem i innymi dodatkami. Mięso mogłoby być bardziej miękkie, ale ogólnie było okej. Zwłaszcza że kosztowała 6 złotych, więc standardowo.

Bun sot vang — zupa z duszoną w winie wołowiną

I pełen zestaw dodatków

Dzisiaj prawie 30 tysięcy kroków. W poniedziałek jedziemy do kolejnej miejscowości, więc nogi trochę odpoczną. Znów czeka nas sześciogodzinna podróż autobusem z miejscami leżącymi. I znów jedziemy w górskie rejony. Musimy jeszcze tylko ogarnąć noclegi, ale Monika właśnie z tym walczy, więc jest nadzieja, że nie będziemy spać pod chmurką. Pozdrowienia dla wszystkich i trzymajcie się tam!

14 listopada 2025

Tyle słońca w całym mieście

Dzisiaj wstaliśmy trochę wcześniej, pamiętając, że na śniadanie czeka nas makaron z grzybami i mięsem. Gospodyni zaserwowała nam jednak coś innego — kleisty ryż z kiełbaską, całkiem smaczny i pożywny. Niestety kawa tym razem na nic nie smakowała, więc wypiliśmy jeszcze jedną w pokoju, w międzyczasie obmyślając plan działania. Pomyślałam, że może warto wybyć gdzieś odrobinę dalej i wybór padł na miasto Lao Cai, oddalone o ok. 30 km od Sa Pa.

Nie wiem, czemu założyłam, że poza Grabem niczym innym się tam nie dostaniemy, ale na szczęście Tomek znalazł w Internecie informację, że co pół godziny kursują na tej trasie lokalne busiki. Podeszliśmy do centrum i po chwili oczekiwania podjechał kierowca, który krzyknął nazwę naszej docelowej miejscowości, więc umościliśmy się wygodnie w busie. Na odjazd jednak musieliśmy poczekać ok. pół godziny, ponieważ kierowca najwyraźniej dorabia sobie jako kurier i czekał jeszcze na klientów odbierających od niego jakieś przesyłki. W Wietnamie nie uznaje się pustych przebiegów — jeśli ktoś dysponuje jakimś środkiem transportu, to musi jeszcze przy okazji coś załatwić, inaczej nie ma to sensu. Zanim na dobre wyjechaliśmy z miasteczka, szofer jeszcze stawał parę razy w kilku miejscach, podrzucając ludziom paczki i pobierając za to opłaty. Dodam, że byliśmy jedynymi pasażerami tego kursu, a pojedynczy bilet kosztował ok. 10 zł za jakieś 45 minut jazdy.


Do Lao Cai jechaliśmy bardzo malowniczą i krętą drogą, napawając się wspaniałymi widokami wszechobecnej zieleni, tarasów ryżowych i majaczących w tle gór. Wreszcie wyszło słońce i przegoniło te wstrętne chmurzyska. Ostatnio pogoda była naprawdę dość przygnębiająca, więc z radością przyjęliśmy taką odmianę. Jeszcze większe zaskoczenie przeżyliśmy, gdy dojechaliśmy na miejsce, bo słońce grzało tam niemiłosiernie, a na niebie prawie nie było żadnej chmurki. Momentami aż żałowałam, że nie wzięłam czapki z daszkiem, ostatnio zresztą założonej w Grecji. Dzisiaj termometry pokazywały około 25 stopni, czyli co najmniej 10 stopni więcej niż w Sa Pa. Wreszcie trochę ciepełka 🌞.




Lao Cai to miasto leżące na granicy z Chinami, więc ruszyliśmy w kierunku rzeki dzielącej oba państwa. Był to spory kawałek i cały czas słońce przygrzewało, więc usiedliśmy na chwilę w miejscu oferującym kokosy prosto z lodówki. Po drodze zajrzeliśmy też na stację kolejową oraz do świątyni buddyjskiej. Przy samej rzece nie było żadnej chińskiej flagi, ale budynki po drugiej stronie brzegu miały już chińskie napisy, więc byliśmy naprawdę blisko 😉.

Kokos za 20 tysięcy dongów to oferta nie do odrzucenia

Za rzeką są już Chiny




W pobliżu odkryliśmy też atrakcję turystyczną w postaci drzewa z fantazyjnie zaplątanymi gałęziami. W międzyczasie lekko zaniepokojeni odkryliśmy, że ostatni lokalny bus odjeżdża z Lao Cai do Sa Pa o 16:00, czyli za jakieś 20 minut, a na przystanek idzie się ponad godzinę. Uznaliśmy, że trzeba powoli wracać i liczyć na to, że podjedzie znowu jakiś prywatny bus podobny do tego, którym jechaliśmy wcześniej. Ostatecznie pozostawał Grab, ale wiadomo, że nie lubimy przepłacać 🤭.

Najciekawsze drzewo, jakie kiedykolwiek widzieliśmy — jakaś odmiana fikusa

Po drodze napotkaliśmy kolejną atrakcję w postaci lokalnego targu, na którym można było kupić dosłownie wszystko. Byliśmy nawet świadkami sprzedaży kury, która lada moment miała stracić głowę na zapleczu. Całe szczęście, że nie demonstrują tego na ulicy 😉.

W Wietnamie klapki nie wychodzą z mody


Ważenie jeszcze żywej kury

Rozglądaliśmy się też ciągle za jakimś miejscem, gdzie można by coś zjeść, ale uznaliśmy, że powrót na przystanek jest w tym momencie priorytetem. Nie zdążyliśmy jeszcze w pełni się na nim znaleźć, gdy naprzeciw wybiegł nasz poranny szofer, zapraszając nas na powrotnego busa, mającego właśnie odjeżdżać. Tym oto sposobem musieliśmy odłożyć jedzenie na później, ciesząc się jednak, że nie zostaliśmy z ręką w nocniku, a problem z transportem rozwiązał się sam. Odrobina fartu przydaje się w podróży 😃.

W Sa Pa trafiliśmy wreszcie do miejscówki z jedzeniem, na którą polowaliśmy ostatnio, ale była wtedy zamknięta. Zjedliśmy bun bo Hue, czyli zupę z wołowiną oraz innymi mięsnymi dodatkami, bardzo oryginalną w smaku. Dzień zakończyliśmy wizytą w lokalnym amfiteatrze, w którym odbywały się akurat pokazy folklorystyczne, rozpoczynające lokalny festiwal, więc pewnie jeszcze tam zajrzymy. Do pokoju ściągnęliśmy ok. 21:00, zrobiwszy jakieś 25 tysięcy kroków. Gdyby ktoś miał wątpliwości, to dzisiaj oczywiście planowaliśmy kolejny luźny dzień 😉.


Do zup zawsze jest sporo dodatków, zioła, limonki, kimchi, kiszony czosnek i chilli, tu widać tylko niektóre z nich

Gotowana w całości kura zachęcająco spoglądała ze stoiska


Ta tancerka wie, co to znaczy znaleźć się w świetle reflektorów


Jeśli chcielibyście podzielić się z nami spostrzeżeniami dotyczącymi bloga lub napisać do nas w jakiejkolwiek sprawie, to zapraszamy do skorzystania z zakładki Kontakt. Z radością odpowiemy na każdą wiadomość bez zbędnej zwłoki. Niezmiennie też zachęcamy do udzielania się w komentarzach — zawsze dobrze wiedzieć, że jesteście, a nasze wypociny nie giną w eterze 🤭.

Na koniec zdjęcie bonusowe, po raz pierwszy w ciągu ponad dwóch tygodni trafiliśmy na taki kibelek.