Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanoi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanoi. Pokaż wszystkie posty

09 listopada 2025

Coś dla ducha no i brzucha

Gdy po otwarciu dzisiaj oczu odkryliśmy, że znowu leje, średnio nas to zmartwiło. Ostatnie dni były naprawdę aktywne i nawet gdybyśmy mieli nigdzie nie wychodzić, to świat by się przecież nie zawalił. Akurat, my i siedzenie w pokoju przez cały dzień, już to widzę... Kolejny raz zaczęliśmy dzień od śniadania w postaci rybnych klopsików i makaronu oraz kawy, której moc zdecydowanie się dzisiaj przydała po raczej kiepsko przespanej nocy. Ciężko było usnąć ze względu na wysoką wilgotność powietrza, która chyba trochę wzrosła w ostatnich dniach i nieco daje nam w kość. Z jednej strony taka wilgotność sprawia, że wysokie temperatury nie są aż tak męczące, ale z drugiej człowiek ciągle się poci i ma na skórze jakiś rodzaj tłustego filmu, mało to przyjemne. Bez prysznica na koniec dnia ani rusz 😉.

Momentami lało naprawdę solidnie, więc popijając kawkę, cieszyliśmy się chwilą. My naprawdę chcieliśmy wyjść, no ale ta pogoda, sami rozumiecie. W Polsce przy podobnym deszczu wydawane są ostrzeżenia meteorologiczne, a tutaj to dzień jak co dzień. W międzyczasie postanowiłam wymyślić nam jakąś miniwycieczkę, co Tomka niezbyt ucieszyło. Jak się później okazało, niesłusznie. Gdy deszcz wreszcie ustał na tyle, by wyjść, zjedliśmy sklepowe banh bao (coś w rodzaju pampuchów czy też bucht z farszem mięsnym). Gdybym napisała o kluskach na parze, to zaraz by mi się dostało, że chyba zapomniałam, skąd pochodzę, więc wolę się nie narażać 😃. Po tej lekkiej przekąsce ruszyliśmy na przystanek autobusowy, by dostać się do parku miejskiego Thong Nhat.



Wietnamska świnka

Autobus kolejny raz nas nie zawiódł, a jego trasa biegła w pobliżu jeziorka, przy którym wczoraj spacerowaliśmy, ale mądry Polak po szkodzie. Zresztą tacy piechurzy jak my nie mogą co chwilę gdzieś czymś podjeżdżać, bo jak by to wyglądało? W Atenach korzystanie z metra było konieczne, ale tutaj to zupełnie inna sprawa 🤭. Po samym parku nie spodziewaliśmy się niczego spektakularnego, ale to, na co liczyliśmy, znaleźliśmy — panował tam spokojny, przyjemny klimat. Jeziorko na środku było znacznie większe, niż początkowo się wydawało, nie brakowało też egzotycznych roślin. Po drodze mijaliśmy wielu biegaczy, niektórych w bardzo osobliwym obuwiu sportowym, czyli gumowych klapkach. Podobnie jak wczoraj spotkaliśmy też grupki tańczących pań, więc wygląda na to, że w Wietnamie taniec ma się we krwi. 



Po spacerze przyszła pora na kolację. Dzisiaj była to zupa rybna w miejscu nieopodal parku. Gdyby nie mój pomysł, żeby wybrać się dzisiaj w te rejony, to tego pysznego dania by nie było, więc początkowy sceptycyzm Tomka był nieuzasadniony 😇. Zupa była bardzo pożywna i aromatyczna, może nawet lepsza od zupy z węgorzem, a przynajmniej równie dobra.

Bun rieu ca, czyli coś w rodzaju zupy rybnej. Porcja kosztuje ok. 5 złotych

Później jeszcze zaliczyliśmy szybką wizytę w sklepie, nastawiliśmy pranie, a Tomek przygotował kurczaka na jutrzejszą drogę, bo o 10:30 jedziemy do położonej w górach miejscowości Sa Pa. Podróż zajmie ok. 6 godzin, ale powinna być przyjemniejsza niż ta samolotowa z Aten do Singapuru. Autobus ma podobno miejsca leżące, więc może nie będę musiała szukać dziwnych pozycji jak w samolocie, by jakoś to znieść 🙈. Warto było poznać Hanoi, ale nie będzie nam brakowało tutejszego chaosu i wszechobecnego odgłosu klaksonów. Trzymajcie kciuki za podróż, następny post będzie już z górskich rejonów 😘.

Na koniec kącik owocowy.

Pitaja (dragon fruit, smoczy owoc)

A tutaj w przekroju

08 listopada 2025

Gorączka sobotniej nocy

Co się odwlecze, to nie uciecze, z takim nastawieniem rozpoczęliśmy dzisiejszy dzień, pełni determinacji, by pod jego koniec nie narzekać na bolące nogi i ogólne zmęczenie. Znów zjedliśmy śniadanie w pokoju. Kotleciki ze ślimakami okazały się nie takie straszne, choć zwykłe rybne bardziej do nas przemawiają.


Po wypiciu kawy i lenieniu się przez kilka godzin stwierdziliśmy, że pora coś jednak zrobić. Poszukaliśmy w internecie street foodu z bun thang (to taki rosół z dodatkami), który otwierał się o 17 i około 16:45 wyruszyliśmy na miasto. Na szczęście informacje z internetu sprawdziły się i po chwili siedzieliśmy przy stoliku, pałaszując tę kulinarną wizytówkę Hanoi.

Stwierdziliśmy, że pho chyba lepsze

Dziś sobota, a w weekendy przy jeziorze Hoan Kiem, które znajduje się w centrum miasta, odbywają się różne wydarzenia. Strefa zostaje zamknięta dla ruchu samochodowego i skuterowego i przeistacza się w tętniący życiem deptak. Droga nad jezioro nie była zbyt łatwa. Przypominała jeden wielki targ. Kiedy zauważyliśmy stoisko z podpisem "very cold coconut" nie mogliśmy się oprzeć i po raz kolejny skusiliśmy się na zimniutkiego kokosa. Tym razem był tańszy, kosztował około 3 złote. W takich warunkach (wilgotność ponad 80 procent i 27 stopni) smakował wybornie.


Obeszliśmy jeziorko dookoła, co zajęło nam dobrą godzinę. Po drodze spotkaliśmy grupki tańczących Wietnamek i koncertujących ulicznych grajków. Jak można się było spodziewać, było również sporo turystów z całego świata.



Podobizny Ho Chi Minha można spotkać dosłownie wszędzie

Ulicznych rysowników też było kilku

Panie tańczyły do nie tylko wietnamskich rytmów


Załapaliśmy się nawet na jakiś koncert

W centrum znajduje się też BRG Mart, sklep, do którego od jakiegoś czasu chcieliśmy trafić, dziś się udało. W końcu normalny sklep! Zaopatrzyliśmy się nawet w kosmetyki.


Ritter Sport to chyba tak pożądany towar, że aż pakują go w ochronne plastiki

Banany różnią się od tych sprowadzanych do Europy

Wracając do pokoju, rozglądaliśmy się na boki, szukając czegoś na kolację. Wreszcie skusiliśmy się na chao, to potrawa określana jako ryżowy kleik, ale ja bym bardziej powiedział, że to zupa. Za dwie porcje chao, wątróbkę i piwo zapłaciliśmy 150 tysięcy dongów (ok. 21 złotych).

Smażona wątróbka wieprzowa (chyba) — pycha!

Chao z wołowiną

Chao z żeberkami

Nie mogliśmy się oprzeć i w tak dobrze zaopatrzonym sklepie kupiliśmy jeszcze tutejsze wino i najpopularniejszą wietnamską wódkę.

Wino dosyć kwaśne i raczej puste w smaku. Za butelkę trzeba zapłacić ok. 14 złotych

Butelka 300ml kosztuje ok. 6 złotych. Ma 30% i smakuje jak rozwodniona polska

Można powiedzieć, że dzisiaj trochę odpoczęliśmy. Marne 15 tysięcy kroków to potwierdza. Jutro ostatni dzień w Hanoi. W poniedziałek ruszamy na północ.

07 listopada 2025

Między myszą a myszą sprawy się kołyszą

Możecie wierzyć lub nie, ale jesteśmy już w podróży od ponad dwóch tygodni. Dlatego też postanowiliśmy, że dzisiejszy dzień poświęcimy na nicnierobienie, by pozwolić nabrać styranym szłapom świeżości. W tym celu zaopatrzyliśmy się wczoraj w produkty, które posłużyły za dzisiejsze śniadanie, to znaczy jajka, makaron typu glass noodle i coś w rodzaju wietnamskich gołąbków. Do tego kawa i radość, że nie trzeba szukać jedzenia na mieście w trakcie deszczu.


Po śniadaniu posiedzieliśmy trochę w pokoju, licząc na to, że przestanie lać. W międzyczasie okazało się, że moja myszka dokonała żywota, więc stwierdziłem, że warto byłoby kupić nową. Po krótkim poszukiwaniu sklepu komputerowego w okolicy ruszyliśmy w drogę. Daleko nie było, bo jakieś 450 metrów. Wejście do sklepu o nazwie Bee Gaming było dosyć ukryte, ale w końcu udało się je znaleźć. Na pierwszy rzut oka był to mały kontuar ustawiony w bramie. Gdy zapytałem o możliwość zakupu gryzonia, dowiedziałem się, że muszę iść na czwarte piętro (to nasze trzecie). Ruszyliśmy więc w głąb korytarza, na końcu którego czekały na nas wąskie, kręte schody na wyższe piętra. Okazało się, że Bee Gaming to nie tyle typowy sklep komputerowy, co raczej coś w stylu kafejki internetowej/miejsca dla gamerów. Przy wielu stoiskach z komputerami siedzieli gracze zajęci rozgrywkami w League of Legends i Fifę (wiem, teraz już nie ma Fify).



W końcu dotarliśmy na wskazane piętro. Przeszliśmy przez oszklone drzwi i od razu wtopa. Sprzedawca poprosił nas o zostawienie butów przed wejściem. Sam sklep przypominał raczej wyglądem magazyn niż przestrzeń dla klientów. Ale przecież nie przyszliśmy tak podziwiać wnętrz.



Po krótkiej rozmowie (po angielsku) i prezentacji kilku modeli, zdecydowałem się na zakup. Zapłaciłem 390 tysięcy dongów (ok. 55 złotych). Myszka waży zaledwie 60 gramów i póki co działa. Właśnie z niej korzystam, pisząc tego posta.


Tak się prezentuje odpicowana myszka z naklejkami antypoślizgowymi

Mając już sprawę myszy z głowy, ruszyliśmy w stronę zielonych terenów położonych jakieś 3 kilometry dalej. Deszcz skutecznie zabijał w nas chęć dalszego spacerowania, ale nie poddawaliśmy się. Jak się okazało, słusznie. Po jakimś czasie deszcz przerodził się w mżawkę, a bywało, że nie padało w ogóle.
Za cel obraliśmy sobie coś, co na mapie wyglądało dosyć ciekawie. Zresztą zobaczcie sami.


Ciekawiło nas, co to za wysepka i co można na niej znaleźć. Okazało się, że to coś w rodzaju strefy rozrywki z płatnym wstępem. Na szczęście bilety nie były drogie, kosztowały jakieś 6 złotych za osobę. Wiedzeni ciekawością zapłaciliśmy i ruszyliśmy odkrywać tę niespodziewaną atrakcję. 

Salon gier przypomniał mi wakacje spędzone w dzieciństwie nad Bałtykiem

Ta zjeżdżalnia to największa atrakcja tego miejsca

Miejsce zdawało się całkiem opustoszałe, aż dziw, że można było dostać się na jego teren




Brakuje tylko drinka, bo palemka już jest

Momentami było dosyć surrealistycznie

Restauracja była czynna, to dziwne, biorąc pod uwagę brak gości


Maskotka parku

Można wynająć kajaki i rowerki wodne


Po okołogodzinnym spacerze wokół tego parku rozrywki (czy jak to nazwać) postanowiliśmy ruszyć w stronę Jeziora Zachodniego, a dokładniej tej jego części, którą podobno najbardziej upodobali sobie bardzo liczni w Wietnamie ekspaci. Gdy dotarliśmy na miejsce, zauważyliśmy nie bez delikatnego przerażenia, że do pokoju mamy jeszcze dobre 4 kilometry do pokonania. Wyznaczyłem więc optymalną trasę i zaczęliśmy powoli kierować się tam, skąd przyszliśmy.


Wieżowce po drugiej stronie Jeziora Zachodniego

Tu już można poczuć magię świąt

Na kolację poszliśmy do miejsca, w którym ostatnio nie udało się zjeść, bo ktoś je całe zarezerwował.
Zjedliśmy makaron z wołowiną. Kosztował 60 tysięcy dongów za porcję (8 złotych).

Pan w tle przygotowuje naszą kolację


Po kolacji poszliśmy standardowo na zakupy. Kupiliśmy między innymi kotleciki z dodatkiem ślimaków (cha oc). Zobaczymy, o co w tym chodzi. Dzisiaj 24 tysiące kroków, odpoczynek jak ta lala.