Inna sprawa, że Berastagi to niezupełnie górskie miasteczko. Na pewno nie takie, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni w Europie. Choć leży na wysokości 1300 m n.p.m, to nie ma tu zbyt wiele zielonych zakątków, a i gór na horyzoncie jak na lekarstwo. Bodaj jedyne dwa wzniesienia w okolicy to Sibayak (2212 m) i Sibanung (2460 m), aktywne wulkany, stanowiące cel wycieczek okolicznych mieszkańców. Szczególnie upodobali sobie oni spacery o wschodzie słońca na ten pierwszy. Poza wulkanami w okolicy znajdują się też wodospady. Na przykład Sipisopiso, jeden z najwyższych na Sumatrze, z którego woda spada z wysokości 120 metrów.
Muszę się przyznać, że Indonezja nie przestaje mnie zaskakiwać. Ludzie są tu bardzo sympatyczni, zwłaszcza indonezyjskie dziewczyny, których uśmiech i pogodne nastawienie wcześniej nijak nie pasowały mi do ich muzułmańskich strojów i do mojego wyobrażenia o islamskiej rzeczywistości w tej części świata. Jedna z nich, pracująca w naszym hotelu, nie mogła przestać zachwycać się urodą Moniki, twierdząc nawet, że jest ona "so cute". Jakby ktoś tego wcześniej nie wiedział...
Wszyscy chętnie pomagają i nawiązują z nami interakcje, choć bywa to już czasami nie do wytrzymania. Nie zliczę, ile razy w ciągu jednego spaceru słyszymy "hello, mister!" i "hi, miss!". Ludzie namawiają nas na selfie, ale odmawiamy. Ileż można... Takich szoków kulturowych jest tu zresztą więcej. Osobna historia to to, co się dzieje na drogach. Tu taki mały przykład obrazkowy.
Wróćmy jednak do tego, co nas spotkało w Berastagi i okolicach. Po wynajęciu skutera ruszyliśmy w stronę wulkanu Sibayak. Drogi tu są czasami w tak fatalnym stanie, że aż strach po nich jeździć. Wyobraźcie sobie luźno leżące kamienie wielkości pięści, przez które trzeba się przedrzeć skuterem. Takie fragmenty nie bywają długie, ale są upierdliwe. Podobnie jak dziury w asfalcie, do których wjechanie skutkuje bolesnym jękiem maszyny i naszym również. Miejscowym zdaje się to w niczym nie przeszkadzać, podobnie jak wszechobecne śmieci, na które nikt tu nie zwraca uwagi. Wielokrotnie widzieliśmy, jak ktoś wyrzuca odpady bezpośrednio przez okno auta na drogę albo prosto z pokładu promu do wody. Nie da się na to patrzeć, ale takie tu panują zwyczaje.
Ścieżka prowadząca na szczyt wulkanu nie była zbyt wymagająca, pokonaliśmy ją mniej więcej w półtorej godziny. Na górze przywitał nas iście księżycowy krajobraz, dojmujący odór siarki i syk buchającej spod ziemi pary. Nie powiem, klimacik był całkiem niezły. Tym bardziej, że do tej pory jedynym chyba wulkanem, na jakim byłem, był Anaberg ;).
Z rozbawieniem obserwowaliśmy tłumy rozbijające namioty, niczym w bazie pod Everestem. Pewnie to z myślą o czekaniu na kolejny wschód słońca. Jak już wspomniałem, trafiliśmy akurat na święto Idul Fitri, dlatego nie mieliśmy łatwo. Młodzież, która miała wolne od szkoły, rzadko przepuszczała okazję, by zaczepić obcokrajowców. Ale jak to mówią, młodość rządzi się swoimi prawami.
A właśnie. Podczas pobytu w Berastagi kupiliśmy nowe telefony – Redmi Note 15, na razie sprawują się nieźle, cena o 10% niższa niż w Polsce, więc szału nie ma, ale zawsze to coś. To dla tych, których mógł zaskoczyć przeskok jakościowy filmików w tym poście z wcześniejszymi.
Jazda skuterem ma wiele zalet, ale są też takie chwile, w których trzeba uzbroić się w cierpliwość. Na przykład na stacjach benzynowych. Nie wiedzieć czemu (wiedzieć, wiedzieć – Idul Fitri), w Berastagi zawsze były na nich kilkunastominutowe kolejki. Raz czekaliśmy ponad pół godziny na swoją kolej. Ale benzyna za to tania. Ok. 2,10 zł za litr. Inną z wad jest to, że trzeba wdychać spaliny, a niektóre pojazdy kopcą tu dosłownie jakby były zasilane węglem. Zdarzyło się, że stanęliśmy na poboczu, by przeczekać kilka minut, aż śmierdziel odjedzie, by po jakimś czasie i tak dogonić go na jednym z bardziej stromych podjazdów, na którym ledwie już zipiał, produkując kłęby czarnego dymu. Normy emisji spalin? Zapomnijcie. Podejrzewam, że co najmniej połowa aut, które poruszają się po tutejszych drogach, w Polsce nie przeszłaby przeglądu technicznego.
Wspomniałem we wstępie, że udało nam się trafić na wodospad Sipisopiso. Nie był to jedyny wodospad, który widzieliśmy w Berastagi. Był jescze Sikulikap, do którego ścieżka prowadziła przez park opanowany przez małpy.
Sipisopiso
Wieczorem ruszyliśmy jeszcze na wzgórze Gundaling, ale było tam za głośno i zbyt odpustowo, więc szybko się zmyliśmy i wróciliśmy do pokoju. Kolejnego dnia pojechaliśmy do Medanu, a stamtąd, po awaryjnym noclegu w fatalnych warunkach, do Rantauprapat. Podróż miała trwać siedem godzin, trwała dziewięć. Takie już uroki tych regionów.
Dzisiaj dojechaliśmy do Padang Sidempuan. Sztuczna inteligencja ostrzega, że jako obcokrajowcy będziemy tu świecić jak neony i wzbudzać powszechne zaciekawienie. Nie możemy się doczekać. Będziemy się tu starać o przedłużenie wiz. Wymaga to podobno aż trzech wizyt w urzędzie imigracyjnym. Dalsze plany obejmują podróż za równik na półkulę południową. Brzmi poważnie, ale to już rzut beretem stąd. Do zaś!
Dziękujemy za kolejny wpis. Czytamy każdy z przyjemnością i zainteresowaniem. Pozdrawiamy i czekamy na kolejne.
OdpowiedzUsuńPiękna ta przyroda i wodospad wow 🤗 dajecie nam chwilę w której czytając możemy być gdzieś daleko ☺️
OdpowiedzUsuń