Po długich debatach podczas ostatniego dnia w Medanie postanowiliśmy zatrzymać się na krótko w mieście Siantar, bo nie wiedzieliśmy ciągle, jak ogarnąć lokalne autobusy, a pociąg wydawał się najbezpieczniejszą opcją. Wydawał, bo po dotarciu Grabem na dworzec kolejowy okazało się, że bilety wyprzedano. No to nic, zamawiamy kolejny przejazd na terminal Amplas, skąd odjeżdża większość autobusów. Jak już wcześniej pisał Tomek, nie da się tutaj kupować biletów online, więc jechaliśmy tam z duszą na ramieniu, wątpiąc, czy w ogóle uda się złapać jakikolwiek przejazd o sensownej porze. Na szczęście azjatycki chaos działa i tu, bo udało się szybko kupić bilety i załapać na autobus, który miał odjazd za 10 minut. Podróż minęła sprawnie i na miejscu byliśmy po raptem 1,5 godziny jazdy, podczas gdy pociąg miał jechać ponad trzy. Dodatkowo mieliśmy okazję zaliczyć występ miejscowego grajka, który w autobusie dał niczego sobie występ.

Autobusy nie grzeszą tu stanem technicznym
Po drodze wsiadł miejcowy gitarzysta i dał kilkuminutowy koncert
W takiej uliczce mieliśmy nocleg
W samym mieście zaliczyliśmy jego główną atrakcję, czyli zoo z różnymi egzotycznymi zwierzętami, jak na przykład orangutanem czy myszojeleniem (tu
link do piosenki, dzięki której wiemy o tym zwierzęciu. Osoba, która nas zapoznała z tym utworem, pewnie tego nie czyta, ale i tak ją pozdrawiamy 😜). Zoo teoretycznie było niewielkie, a spędziliśmy tam prawie trzy godziny, tyle tam było do roboty. W Siantarze poza wywoływaniem zainteresowania wśród miejscowych zaliczyliśmy też dwukrotnie wizytę w centrum handlowym, a to głównie za sprawą sprzedawanych tam na zasadzie "ile naładujesz, tyle zjesz" sałatek za pięć złotych – Tomek brał owocowe, a ja warzywne, ale oba warianty były świeże i smaczne. Do tego smażony tempeh z działu garmażeryjnego i głód zaspokojony.
Sałatki z marketu – ile naładujesz, tyle twoje Ze Siantaru pojechaliśmy autobusem do miejscowości Parapat, by złapać prom do kolejnego przystanku, czyli miasteczka Tuktuk położonego na otoczonej jeziorem Toba wyspie Samosir. Wszystkie etapy podróży minęły sprawnie, a na miejsce noclegowe podrzucił nas tuk-tuk, bo Graby tam nie działają (tuk-tuk w Tuktuku, boki zrywać 😉).
Rejs umilały występy artystyczne
Droga z przystani promowej Ambarita do wsi Tuktuk
Sympatyczny właściciel parę lat młodszy od nas (bardziej ode mnie, bo Tomek to już w końcu stary byk) pokazał nam pokój, a później zjedliśmy kolację w przyhotelowej restauracji. Po kolacji poszliśmy na spacer, podczas którego znaleźliśmy całkiem sensowny sklep spożywczy i cieszyliśmy się widokami, przyjemną pogodą oraz ciszą, czasem tylko przerywaną przez skutery. No i tutaj turyści to nie taki rzadki widok, więc nikt do nas co chwilę nie rzucał "hello, how are you, where do you go" i tym podobnych tekstów.
Ikan arsik (cała tilapia podawana w tutejszym pikantnym sosie), siangsiang (wieprzowina w sosie z dodatkiem krwi) oraz gado-gado (sałatka warzywna)
Widok z "hotelowej" restauracji
Cały pobyt minął nam pod znakiem wycieczek skuterowych po różnych, często dość ukrytych, zakątkach tej zielonej wyspy, spacerach oraz próbowaniu lokalnych dań. Do gustu szczególnie przypadła nam restauracja Lasterjony's, w której byliśmy trzy razy i za każdym razem wychodziliśmy zadowoleni, bo było swojsko, smacznie i nie za drogo.
Wypożyczona Honda Vario sprawowała się nieźle, nic dziwnego, przejechała do tej pory dopiero 40 tysięcy km
Czasem drogi wyglądają tutaj tak
Wyspa Samosir to chrześcijański region, pełno tu kościołów, zwłaszcza protestanckich
Tradycyjne domy Bataków, czyli rdzennej ludności z tych stron, te znajdują się w czymś w rodzaju skansenu, ale dalej mieszkają w nich ludzie
A tu podobny dom na jakiejś wsi
Niektóre zwierzęta są ładne
Inne jeszcze ładniejszeNiektóre to już w ogóle ideał Ale nic nie przebije tej piękności. To prządka olbrzymia, zupełnie niegroźna. Podobno...
Jej ugryzienie porównuje się do użądlenia osy
Prawda, że piękna?
Smakołyki z Lasterjony's
I widoczek z tej knajpy
Jesteśmy chyba jacyś dziwni, bo nie skorzystaliśmy z żadnych rejsów czy innych atrakcji na jeziorze, choć właściciel proponował nam wynajem kajaków. Zamiast tego ostatniego dnia pobytu pojechaliśmy kawał drogi na drugi koniec wyspy, żeby wejść na górę Pusuk Buhit (1972 m), z której podobno roztacza się wspaniały widok na jezioro. Wstaliśmy odpowiednio wcześnie, by mieć zapas czasu i nie wracać po zmroku, ale nie po raz pierwszy przekonaliśmy się, że wyznaczona przez mapę turystyczną ścieżka nie miała prawa bytu i dopiero mapy Google wskazały dojazd na parking, z którego udało się wejść na górę. Zresztą już wiecie, że turystyka górska to w tym regionie generalnie fikcja, więc i tak cud, że dało się wejść, a nawet spotkać kilku piechurów po drodze. Wejście i zejście zajęło nam jakieś cztery godziny, podejścia były z gatunku tych mało wymagających, a i tak dało się zmęczyć, chyba przez to specyficzne azjatyckie powietrze. Widok oszałamiający wcale nie był, ale takie to już szczęście górołazów. Przez te wcześniejsze problemy z nawigacją większość drogi powrotnej pokonaliśmy po zmroku, ale na szczęście drogi na wyspie są zadbane, więc jazda skuterem nie była specjalnie hardkorowa (choć co ja tam wiem, siedzę na miejscu pasażera, Tomek jest głównodowodzącym). Pojechali nad jezioro, żeby chodzić po górach. Dekli nie brakuje.




Dzisiejszego posta piszę z miejscowości Berastagi. Przyjechaliśmy tutaj stłoczeni w niewielkim busiku, w którym pęd powietrza stanowił naturalną klimatyzację, a zakaz palenia nie istniał, z czego lokalsi chętnie korzystali. Mieliśmy dotrzeć tutaj już wczoraj, ale powrót z wyspy niestety był bardzo męczący. Sprawnie udało nam się jedynie wrócić promem do Parapatu, by później stać w niezliczonych, podobno spowodowanych przez wypadki, korkach – najpierw w angkocie, który zawiózł nas na dworzec, a później w autobusie do Siantaru, skąd mieliśmy złapać busa do Berastagi. Podróż trwała jednak tak długo, że w Siantarze wylądowaliśmy dopiero ok. 21:00 i zmuszeni byliśmy awaryjnie skorzystać z kiepskiego noclegu, w którym co chwilę wyrzucało prąd, a rano nie dość, że dość prędko obudziły nas koguty, to jeszcze właściciele puszczali muzykę na pełny regulator i korzystali z głośnej myjki ciśnieniowej. Kto by się tam gościami przejmował. Na otarcie łez na kolację zjedliśmy bardzo dobre bakso, czyli rodzaj esencjonalnej zupy z klopsikami.

Bakso
A tak kwitnie marakuja, nasz ulubiony owoc
Swoją drogą uznałam, że Bakso to może by niezłe imię dla psa, jeśli się w przyszłości jakiegoś dorobimy, co o tym myślicie? Podrawiamy też serdecznie wujka Andrzeja, który dopytywał, czy wszystko u nas dobrze, bo dawno nic nie wrzucaliśmy. Wiemy, że kazaliśmy Wam trochę czekać na nowy wpis, ale proszę, nie opuszczajcie nas. Jeśli tylko czytacie nasze relacje, to zostawcie czasem jakiś komentarz, żebyśmy wiedzieli, że tam jesteście. Pa kochani! 😘
Nareszcie można było pogrążyć się w ,, lekturze,, ☺️,prosimy o więcej dyscypliny 🤭w dzieleniu się z nami Waszymi przygodami ,bo mu czekamy tak jak wujek Andrzej,codziennie sprawdzając czy wszystko u Was dobrze i cieszymy się jak dzielicie się tym wszystkim z nami . Dziękujemy za fajną relacje i super zdjęcia. Tomek na skuterze w swoim żywiole 🤪 ekstremalnie.Pozdrawiamy i czekamy na nowe częstsze wpisy 😘
OdpowiedzUsuńMy też się cieszymy,że coś się pojawiło na blogu😏ale zdjęcia superanckie, fajny ten występ na promie. A te owoce za 5 zł? Pozazdrościć. 🤩 Pozdrawiamy i czekamy na więcej. Mama i tata👍
OdpowiedzUsuń