Przed wizytą w nadmorskiej miejscowości George Town (gdzie zamierzamy trochę poplażować, bo ostatnio taką okazję mieliśmy trzy miesiące temu 🙈) postanowiliśmy zatrzymać się w mieście Ipoh, otoczonym zielenią i górami. Noclegu nie mieliśmy jednak w szczególnie kameralnych okolicznościach, bo w hotelu przy głównej drodze, przez którą przejście na drugą stronę stanowiło nie lada wyzwanie. Wyobrażacie sobie, że na całym jej długim odcinku nikt nie postanowił namalować pasów i wybudować chodnika? Owszem, sygnalizację świetlną uwzględniono, ale na pewno nie w trosce o pieszych. Przeważają tutaj samochody osobowe, skuterów jest znacznie mniej, co jest dla nas dość zaskakujące, bo ciągle pamiętamy ruch uliczny w Wietnamie. Początkowo byliśmy tam przerażeni, ale człowiek mógł w dowolnym momencie wejść na jezdnię, by zostać umiejętnie wyminiętym bez uszczerbku na zdrowiu. Tutaj trzeba czekać całe wieki, żeby się doczekać zmiany świateł (nie ma sygnalizacji dla pieszych), a nawet jeśli samochód jest od nas na tyle daleko, byśmy zdążyli swobodnie przejść, to i tak nie omieszka zatrąbić z dezaprobatą. Dziwne zwyczaje. Plusem okolicy było na pewno sąsiedztwo sklepów i piekarni, która oprócz pieczywa sprzedawała grillowane kurczaki w całości. Trochę już nie możemy patrzeć na drób, ale co zrobić – wołowiny (choć jest dopuszczalna według prawa szariatu) jakoś tutaj nie znaleźliśmy, a świnki, z wiadomych względów, przecież nie zjemy. Bardzo blisko hotelu znajdowała się niewielka rodzinna restauracja, w której byliśmy dwa razy na smacznej zupie. Zjedlibyśmy tam i trzeci raz, ale trafiliśmy na złą porę, bo muzułmański szef kuchni akurat się modlił i musielibyśmy czekać pół godziny, aż skończy, by wrzucić coś na ruszt. Zamiast tego poszliśmy do hinduskiej konkurencji, bo na szczęście wyznawcy różnych religii potrafią tu prowadzić biznesy ramię w ramię. Cieszyliśmy się też, że kursują miejskie autobusy, ale okazało się, że dość rzadko (mniej więcej co półtorej godziny, ostatni kurs jest po 20:00, później do 4:00 przerwa) i bywają opóźnione nawet o pół godziny. Dwa razy nie zdążyliśmy na autobus, bo mapy Google twierdziły, że przystanek znajdował się nie tam, gdzie wiata przystankowa. W takich sytuacjach na ratunek przyjeżdżał Grab, na szczęście nie za drogi – więcej niż 10 zł za kurs chyba nie zapłaciliśmy.
I jak tu przejść przez taką drogę?
Pasów nie ma co szukać, po prostu ich nie ma
Jak widać – kuchnia indyjska nam niestraszna
Podczas pobytu udało nam się trochę pospacerować po zielonych terenach, na ile było to możliwe przy temperaturach powyżej 30 stopni i wilgotności, która przez cały rok oscyluje tutaj wokół 90%. Przed pogodą postanowiliśmy się schronić na przykład w okolicznej świątyni, którą, podobnie jak tę z Kuala Lumpur, wybudowano we wnętrzach jaskini. W środku panował przyjemny chłód, ale zechcieliśmy się jednak trochę pomęczyć i wejść po licznych schodach na punkt widokowy. Idąc w dół, spotkaliśmy kolejny raz małpy, ale to już powoli zaczyna być dla nas normalka. Raz wybraliśmy się też do centrum miasta, co nie było najlepszym pomysłem, bo beton okrutnie oddawał ciepło. Trochę pokręciliśmy się po deptaku nad rzeką i zajrzeliśmy na ulicę słynącą z murali, niestety dość zaniedbanych, po czym poszliśmy na mrożoną kawę do chińskiej knajpy (Ipoh jest podobno zdominowane przez przyjezdnych z Chin). Zostaliśmy też serdecznie przywitani w Malezji przez jedną ze sprzedawczyń na targu. Czerwonego dywanu nie rozłożyła, ale i tak doceniamy. Na koniec pojechaliśmy autobusem do centrum handlowego położonego na drugim końcu miasta. Zakupów nie bardzo chciało nam się robić, ale w kąciku gastronomicznym zjedliśmy przynajmniej narodową potrawę Malezji, czyli nasi lemak – ryż z różnymi dodatkami, a w naszym przypadku z kurczakiem (a to ci niespodzianka).
Nie ruszej sie, chopie. Już prawie policzyłech ci te wszy

Naszą nową świecką tradycją już dawno stał się fakt, że gdy samodzielnie planuję wycieczkę czy górską trasę, to znaczy, że łatwo na pewno nie będzie. Potwierdziło się to ostatniego dnia pobytu, gdy nie mogłam się oprzeć widniejącym na mapie turystycznej zielonym terenom z zaznaczonym na nich wodospadem. Ten ukazał się naszym oczom dość szybko, ale wystarczyło zrobić dosłownie parę kroków, żeby zostać zalanym potem od stóp do głów. Nasza pierwotna pętla miała się wiązać z przejściem przez rzekę w dość podejrzanym miejscu, więc zawróciliśmy. Co teraz? Trochę głupio już wracać do pokoju, skoro niedawno przywiózł nas tu Grab. Z mojej inicjatywy poszliśmy w drugą stronę, żeby zrobić kółko i zejść na stację paliw, skąd będzie łatwo zamówić taksówkę powrotną. Muszę chyba podświadomie tęsknić za górami, bo trasa momentami szła dość stromo w górę – w normalnych warunkach nie stanowiłoby to problemu, ale klimat równikowy nie sprzyja tego typu wyczynom. Decydując się na tę wycieczkę, liczyłam na cień, którego niestety było jak na lekarstwo. Do tego musieliśmy w paru zarośniętych miejscach szukać szlaku, który był źle zaznaczony na mapie, oraz pokonać pełen adrenaliny odcinek obok sporej skarpy. Nie martwcie się jednak, bo górskie doświadczenie robi swoje i wiemy, jak się mniej więcej obrócić w lesie (a nawet, jak widać, w dżungli).
Dzbaneczniki w naturalnym środowisku
Ścieżka momentami była całkowicie zarośnięta
Pokonywanie takich terenów nie jest łatwe i przyjemne
Musieliśmy iść tym fragmentem z lewej strony
"Spacerek" trwał skromne trzy godziny, ale sprawił, że uznaliśmy dzień za wykorzystany w pełni. Po powrocie poszliśmy do Merrybrown, czyli malezyjskiej konkurencji McDonalds'a – Tomek wziął burgera, a ja danie podobne do wietnamskiego chao ga, czyli kleiku ryżowego z kurczakiem. W międzyczasie dostawca jedzenia zadzwonił z informacją, że powiesił nasze zamówienie na klamce w hotelu. Ale zaraz, przecież my niczego nie zamawialiśmy! Okazało się, że telefon Tomka, który jest od dłuższego czasu na wykończeniu, jakimś cudem zrobił to sam i zechciał, żebyśmy zjedli rybę z frytkami. Gdy przyszliśmy do hotelu, pakunek z klamki zniknął, więc myśleliśmy, że ktoś zrobił sobie lunch naszym kosztem, ale nie – obsługa hotelu postanowiła umieścić jeszcze ciepłe danie w lodówce. Skoro już jest, to trzeba zjeść, przecież nie wyrzucimy! 🤭 Wyszło zresztą bardzo smacznie. Ach te nowe technologie...
Taki tam skromny burgerek i owsianka
Takie zdjęcie dostaliśmy nieoczekiwanie od dostawcy jedzenia
Na koniec życzymy i Wam jakichś miłych niespodzianek, choć może niekoniecznie Waszym kosztem 😃. No i oczywiście wszystkiego najlepszego dla wszystkich Pań! 😘💐
Wnet doczekamy się czasów że ledwo pomyślimy o potrawie a już będzie na stole 😂to musiało być naprawdę zdziwienie 😄
OdpowiedzUsuń