Dzisiejszy dzień zaczął się od drobnej wpadki. Na stacji metra zauważyłem, że nie zabrałem ze sobą aparatu. Na szczęście do pokoju niedaleko, więc nie było problemu, żeby po niego wrócić. Straciliśmy w ten sposób 10 minut, ale nikt tego nie zauważył, bo w Atenach nikt czasu nie liczy.
Po wczorajszym leniuchowaniu (zrobiliśmy przecież tylko 20 tysięcy kroków, ale to szczegół), postanowiliśmy zacząć dzień z grubej rury i zerknąć na panoramę miasta z innej strony. A co nadaje się najlepiej na podziwianie widoków? Wiadomo, najwyższe punkty, a w Atenach wyżej niż na wzgórze Likavitos (277 m n.p.m) się nie wejdzie. To ten stożek.
Wysiedliśmy więc na stacji Evangelismos i z pomocą nawigacji ruszyliśmy przed siebie. Gdzieś po drodze zboczyliśmy z trasy, ale może i dobrze się stało, bo choć później musieliśmy się troszkę wrócić, spotkaliśmy niezłego gada! To pierwszy dziko żyjący żółw, jakiego w życiu spotkaliśmy.
żółw bezskutecznie próbuje wyjść z cienia Moniki
Koniec końców trafiliśmy na szczyt wzgórza. Na szczycie znajduje się restauracja i cerkiew.
Z każdej strony rozpościera się rozległy widok. Ciekawostką jest, że na Likavitos wjeżdża kolejka podziemna.
Po zejściu ze wzgórza poszliśmy szukać cienia do Ogrodu Narodowego. Nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł. W tym upale nawet starożytni szukali wytchnienia.
Nie wiem, czy żółwie były równie starożytne, ale były równie nieruchome, co jegomość ze zdjęcia powyżej.
Po parku przyszedł czas coś przekąsić. Dziś jedynie deser w postaci jogurtu greckiego z orzechami i miodem. Monika oczywiście wzięła bez miodu :). Usiedliśmy z jogurcikami przy wejściu na wzgórze Areopagu, więc skoro już byliśmy tak blisko, nie mogliśmy się oprzeć i wleźliśmy na górę.
Przyznacie, że widok nie najgorszy. Gdzieś w międzyczasie pochodziliśmy jeszcze po okolicach Plaki, skoczyliśmy na zakupy i wróciliśmy do pokoju.
A tak się prezentuję, zerkając przez obiektyw na kolebkę europejskiej kultury. To pod koszulką, to nie brzuch, złośliwcy!
Być może jutro uciekniemy gdzieś dalej, bo już dzisiaj, w sobotę, tłumy były nieziemskie. W niedzielę pewnie będzie jeszcze gorzej. Krokomierz pokazał mi ponad 21 tysięcy kroków. Trzeba wziąć się za siebie!
Pozdrawiamy!
Fajne relacje 🤗czekamy z niecierpliwością na kolejne wasze dalsze przeżycia.Pozdrawiamy☺️.
OdpowiedzUsuń