Po wczorajszej górskiej przygodzie nie chciało nam się już iść na tradycyjne zakupy do Lidla, w którym zawsze zaopatrujemy się w pieczywo, zmuszona więc byłam wybrać się rano do piekarni (Tomek był nieugięty, ponieważ to on przecież załatwia większość spraw i z tego powodu czuje się wykorzystywany 😉). Daleko nie miałam, bo wystarczyło zejść po schodach, ale i tak szłam tam z duszą na ramieniu. Ambitnie przygotowałam sobie podstawowe zwroty po grecku (nie to co poniektórzy po angielsku, phi), które jednak nie na wiele się zdały, bo pani wolała mnie sprawnie obsłużyć, zamiast próbować rozszyfrować moją pokaleczoną grekę. Uznajmy jednak, że odniosłam sukces, bo wyszłam z dwoma tradycyjnymi greckimi spanakopitami, a nawet z czymś w rodzaju ciemnego pieczywa (po grecku "mavro psomi"), więc coś tam jednak musiała zrozumieć.
Wspólnie uznaliśmy, że należy nam się dzisiaj odpoczynek, więc znaleźliśmy obiecującą plażę w pobliżu miasta Wula na południe od Aten. Dojazd nie był szczególnie skomplikowany, bo udało się tam dotrzeć metrem i dwoma tramwajami, gorzej było z ogarnięciem dojścia na samą plażę, ale i z tym sobie poradziliśmy. Niestety dzisiaj wyjątkowo wiało, fale były duże, więc po chwili plażowania ruszyliśmy na cypel, gdzie Tomek porobił trochę zdjęć.
Ostatnim punktem dzisiejszej eskapady było Centrum Kultury Fundacji Stavrosa Niarchosa, bardzo nowoczesny budynek, w którym znajduje się m. in. biblioteka narodowa oraz odbywają się różne koncerty.






Fajnie odpoczywacie 🤗nawet przy tej ilości kroków to dla nas zrozumiałe 😂Fale piękne a zachód słońca uroczy 😘
OdpowiedzUsuń