08 listopada 2025

Gorączka sobotniej nocy

Co się odwlecze, to nie uciecze, z takim nastawieniem rozpoczęliśmy dzisiejszy dzień, pełni determinacji, by pod jego koniec nie narzekać na bolące nogi i ogólne zmęczenie. Znów zjedliśmy śniadanie w pokoju. Kotleciki ze ślimakami okazały się nie takie straszne, choć zwykłe rybne bardziej do nas przemawiają.


Po wypiciu kawy i lenieniu się przez kilka godzin stwierdziliśmy, że pora coś jednak zrobić. Poszukaliśmy w internecie street foodu z bun thang (to taki rosół z dodatkami), który otwierał się o 17 i około 16:45 wyruszyliśmy na miasto. Na szczęście informacje z internetu sprawdziły się i po chwili siedzieliśmy przy stoliku, pałaszując tę kulinarną wizytówkę Hanoi.

Stwierdziliśmy, że pho chyba lepsze

Dziś sobota, a w weekendy przy jeziorze Hoan Kiem, które znajduje się w centrum miasta, odbywają się różne wydarzenia. Strefa zostaje zamknięta dla ruchu samochodowego i skuterowego i przeistacza się w tętniący życiem deptak. Droga nad jezioro nie była zbyt łatwa. Przypominała jeden wielki targ. Kiedy zauważyliśmy stoisko z podpisem "very cold coconut" nie mogliśmy się oprzeć i po raz kolejny skusiliśmy się na zimniutkiego kokosa. Tym razem był tańszy, kosztował około 3 złote. W takich warunkach (wilgotność ponad 80 procent i 27 stopni) smakował wybornie.


Obeszliśmy jeziorko dookoła, co zajęło nam dobrą godzinę. Po drodze spotkaliśmy grupki tańczących Wietnamek i koncertujących ulicznych grajków. Jak można się było spodziewać, było również sporo turystów z całego świata.



Podobizny Ho Chi Minha można spotkać dosłownie wszędzie

Ulicznych rysowników też było kilku

Panie tańczyły do nie tylko wietnamskich rytmów


Załapaliśmy się nawet na jakiś koncert

W centrum znajduje się też BRG Mart, sklep, do którego od jakiegoś czasu chcieliśmy trafić, dziś się udało. W końcu normalny sklep! Zaopatrzyliśmy się nawet w kosmetyki.


Ritter Sport to chyba tak pożądany towar, że aż pakują go w ochronne plastiki

Banany różnią się od tych sprowadzanych do Europy

Wracając do pokoju, rozglądaliśmy się na boki, szukając czegoś na kolację. Wreszcie skusiliśmy się na chao, to potrawa określana jako ryżowy kleik, ale ja bym bardziej powiedział, że to zupa. Za dwie porcje chao, wątróbkę i piwo zapłaciliśmy 150 tysięcy dongów (ok. 21 złotych).

Smażona wątróbka wieprzowa (chyba) — pycha!

Chao z wołowiną

Chao z żeberkami

Nie mogliśmy się oprzeć i w tak dobrze zaopatrzonym sklepie kupiliśmy jeszcze tutejsze wino i najpopularniejszą wietnamską wódkę.

Wino dosyć kwaśne i raczej puste w smaku. Za butelkę trzeba zapłacić ok. 14 złotych

Butelka 300ml kosztuje ok. 6 złotych. Ma 30% i smakuje jak rozwodniona polska

Można powiedzieć, że dzisiaj trochę odpoczęliśmy. Marne 15 tysięcy kroków to potwierdza. Jutro ostatni dzień w Hanoi. W poniedziałek ruszamy na północ.

1 komentarz:

  1. Oj, ale macie przegląd jedzenia i napojów 🤭 Dobrze, że Wam smakuje

    OdpowiedzUsuń