Dzisiaj postanowiliśmy przechytrzyć wredne koguty i założyliśmy na noc stopery, żeby móc dłużej pospać. Na szczęście udało się. Nie będzie jakiś drób pluł nam w twarz 😉. Zadowoleni z tego powodu poszliśmy na kawkę i śniadanko w postaci znanych już Wam bagietek banh mi i po zrobieniu szybkiego prania ruszyliśmy na spacer.
Postanowiliśmy zrobić dzisiaj nie za długą pętlę drogą asfaltową, bo ciągle było dość mgliście, wilgotno i ślisko, więc bez sensu kombinować z pełnymi błota i kałuż drogami gruntowymi. Po drodze zajrzeliśmy do lokalnej świątyni, nie za dużej, ale bogato zdobionej, jak to zwykle w Wietnamie bywa. Okolica świątyni jest bardzo spokojna, sprawia wręcz wrażenie wymarłej, ale zdecydowanie wolimy takie zakątki niż komercyjne centrum miejscowości. Tomek po drodze dodawał też do kolekcji nowe roślinki w aplikacji Flora Incognita. Później mijaliśmy atrakcję o nazwie Swing, dość komercyjne miejsce, gdzie jest zjeżdżalnia i można zrobić sobie zdjęcia na Instagrama. Naszym zdaniem miejsce zrobione trochę na siłę, więc nie skorzystaliśmy.
Po powrocie do centrum weszliśmy jeszcze do lokalnego muzeum, malutkiego, ale całkiem ciekawego, a przede wszystkim bezpłatnego 🤭. Chciałam przy okazji zajrzeć do sklepu z miejscowymi pamiątkami w tym samym budynku, ale na powtarzane przez panią sprzedawczynię hasło "shopping, shopping" zmieniłam zdanie. Hasło to zresztą pada tutaj bardzo często, co bywa trochę irytujące, podobnie jak proponowane co chwilę przez miejscowych masaże czy usługi taksówkarskie. Wychodzę z założenia, że jeśli będę czegoś potrzebowała, to sama to znajdę, ale widocznie taka metoda sprawdza się u niektórych turystów, więc trzeba przymknąć na to oko.
Nadszedł czas na obiad, ale ponieważ nie wybiła jeszcze 17:00, to krążyliśmy jakieś 20 minut po okolicy w poszukiwaniu otwartej o tej porze miejscówki. Ostatecznie skończyło się na tej, w której jedliśmy pierwszego dnia zupę z kurczaka. Dzisiaj Tomek wybrał bun cha, czyli zupę z grillowanymi klopsikami i makaronem ryżowym, a ja kleik ryżowy z kurczakiem, choć o podobnej do zupy konsystencji. Tak jak ostatnio wyszliśmy zadowoleni. Wygląda na to, że Wietnamczycy są lepsi w zupy niż w inne dania, ale ciągle liczymy, że gdzieś uda nam się znaleźć coś bardziej oryginalnego. Kolega przepowiedział mi, że gdy za jakiś czas wrócę do Polski, to wprost rzucę się na kotleta. Nie wiem, czy będzie aż tak źle, ale przyznaję, że jakimś solidniejszym kawałkiem mięsa bym tu nie pogardziła 🤭. Mimo wszystko jednak wolimy takie poszukiwania niż korzystanie z restauracji typowo dla turystów, w których może i łatwiej się dogadać, ale gdzie nie stołują się miejscowi i brakuje lokalnego klimatu.
Dzień zakończyliśmy szybką wizytą w sklepie, a po powrocie do pokoju właścicielka znowu zaczęła nas przepraszać za swoją nieobecność. Przyniosła też świeże ręczniki, zabrała nasze poranne pranie do suszenia i próbowała nawet zgarnąć worek na śmieci, który dopiero rano założyliśmy. Pani jest naprawdę bardzo pomocna, by nie powiedzieć nadgorliwa, ale trzeba docenić starania, a i zawsze to nowe doświadczenie 😉. Człowiek niby nic takiego nie robił, a ok. 18 tysięcy kroków pyknęło. Luźny spacerek sobie zrobimy, ekhm...


No to zapraszamy na obiad z kotletem schabowym po powrocie 😀
OdpowiedzUsuńWy teraz dieta ryżowa,no to figury będą jak ta lala 😁A za schabowym to można by zatęsknić 😋
OdpowiedzUsuń