11 listopada 2025

Ciemność, widzę ciemność


Wczoraj przyjechaliśmy do miasta we mgle — Sa Pa na północny zachód od Hanoi. Ale zanim to nastąpiło, wstaliśmy wcześnie rano, zjedliśmy śniadanie i zamówiliśmy Graba na miejsce odjazdu autobusów. Zapłaciliśmy ok. 10 złotych za trzykilometrową podwózkę. Na miejscu byliśmy ok. 40 minut przed planowanym odjazdem o 10.30, skoczyliśmy więc jeszcze po banh mi na drogę.

Podczas rezerwacji biletów na autokar (kosztowały 60 zł za osobę), uzyskaliśmy informację, że nie trzeba ich drukować i że należy być na przystanku pół godziny przed odjazdem. Zaopatrzeni w banh mi, czekaliśmy więc, aż krążownik przewoźnika Sao Viet pojawi się na miejscu. I oto jest! Jedyne 10 minut spóźnienia... Ale co to? Nie chcą nas wpuścić na pokład! O zgrozo! Co teraz?
Okazało się, że o 10:40 przyjechał autokar z godziny 8:30 i to pasażerowie zapisani na ten wcześniejszy kurs mogli się do niego załadować. Bareja wiecznie żywy.
My akurat nie czekaliśmy dwóch godzin na pojawienie się naszego autokaru. Skończyło się na ledwie 45-minutowej obsuwie. Ale co za czasy! Znowu nie chcą nas wpuścić! Facet zajmujący się obsługą pasażerów na miejscu, mówi do mnie "no ticket" i macha w stronę biura. Ja mu pokazuję telefon z biletami, a ten mi macha i macha. No to poszedłem i okazało się, że trzeba jednak mieć wydrukowane bilety, na szczęście robią to na miejscu. Po tych kilku perturbacjach załadowaliśmy graty do bagażnika, zdjęliśmy buty, bo takie tu panują zwyczaje, i wygodnie umościliśmy się na leżankach.

Wejść w końcu do autokaru to niesamowite szczęście


Podróż minęła jako tako. Nie udało się za bardzo pospać, bo kierowcy głośno ze sobą rozmawiali, co chwilę w użyciu był klakson, a na ostrych zakrętach trochę rzucało, ale w końcu po jakichś 6 godzinach (z jedną przerwą) dojechaliśmy na miejsce. Okazało się, że Sao Viet gwarantuje podróżnym darmowy transfer z dworca do hoteli. Co za ulga! Można z czystym sumieniem spławiać nagabujących taryfiarzy.
Do pokoju dotarliśmy przed 18. Miła pani Son zameldowała nas i przepraszającym tonem powiedziała, że niestety musi wyjechać, bo jej ojciec trafił do szpitala, ale że jakoś wynagrodzi nam swoją nieobecność (jakby było co wynagradzać 😐). Przyniosła nam jeszcze skromne śniadanie na kolejny dzień, kuchenkę gazową i pozwoliła korzystać z lodówki, pralki i suszarki. Przez chwilę śmierdziało mi to jakimś scamem, ale chyba nie tym razem. Dziś jeszcze wysłała zdjęcia ze szpitala w Hanoi i po raz kolejny przepraszała, że nie ma jej na miejscu i że postara się wrócić jak najszybciej. Zastępuje ją tymczasowo jej siostrzeniec, porozumiewamy się tu za pomocą tłumacza Google, idzie całkiem sprawnie.




Za takie skromne warunki płacimy 17 złotych od osoby ze śniadaniem (którego na razie nie ma)

Kiedy już trochę odsapnęliśmy (bo wiecie, Sa Pa 😝), ruszyliśmy na pierwszy spacer. Monika znalazła w okolicy jeziorko, a jak jest jeziorko, to koniecznie trzeba przecież je obejść dookoła. Nie ma, że się nie chce. Tylu neonów, co tutaj, nie widziałem już dawno. W połączeniu z wszechobecną mgłą (leje i jest dosyć ciepło) tworzy to całkiem niezły klimacik, choć oczywiście widok górskich szczytów i tarasów ryżowych powitalibyśmy z większym entuzjazmem. Może się jeszcze uda je zobaczyć, od czwartku pogoda ma się poprawić, a będziemy tu do poniedziałku.



Powiedzcie, że nie czujecie tego klimatu


Po spacerze i zakupach (jest tu lepiej zaopatrzony sklep niż w Hanoi, dwupiętrowy!) przyszła kolej na kolację. Nie chciało nam się kombinować, więc poszliśmy na zupę, bo zupa nas tu jeszcze ani razu nie zawiodła. Tym razem trafiło na pho z kurczaka.

Dwie zupki + piwko = dobry obiadek za 120 tysięcy dongów (16 złociszy)

Po powrocie do pokoju nic nam się już nie chciało (stąd brak posta) i dosyć szybko jak na nasze standardy, bo około 23:30, poszliśmy spać. To była dobra decyzja, bo jak się okazało, za długo nie pospaliśmy. O 5:40 obudziły nas koguty.

Tak nasz homestay prezentuje się o poranku

Podobno z tej huśtawki są super widoki, może uda się to sprawdzić

Kiedy Monika w końcu ostatecznie wstała około 7:30, wypiliśmy kawę, zjedliśmy śniadanie (ja słodkie bułeczki przyniesione wczoraj przez Son i kupione przez nas winogrona, a Monika resztę makaronu z kurczakiem), wyszliśmy odkrywać okolicę.

Sa Pa mówi, jak jest. Po polsku napis brzmi "miasto we mgle"


Takim sposobem trafiliśmy do parku Ham Rong. Zapłaciliśmy za wstęp (po 10 złotych od łebka) i dalej przed siebie. Park jest dość spory, mimo otrzymanej na wstępie mapy łatwo się w nim zgubić wśród licznych nieoznakowanych ścieżek, które często prowadziły stromymi schodami to w dół, to w górę. Ścieżki po deszczu były zresztą bardzo śliskie.





Takie wietnamskie Błędne Skały

Stąd jest podobno najlepszy widok na Fansipan (3147 m. n.p.m), najwyższy szczyt Indochin.
Niestety, musi Wam wystarczyć wyobraźnia






Zapłaciliśmy za wstęp, a nawet nie sprzątnęli pajęczyn

Spacer po parku trochę nas zmęczył (dziś w sumie 22 tysiące kroków), więc poszliśmy na obiad. Po raz pierwszy trafiliśmy do miejsca, gdzie siedział ktoś inny niż lokalsi. Trochę czuliśmy się z tym dziwnie, tym bardziej że obsługa mówiła po angielsku, więc widać było, że nie jest to żadna lokalna miejscówka, tylko typowo nastawiony pod turystów przybytek. Za dwie porcje ryżu z wołowiną (której było tyle, co kot napłakał) i dwie kawy zapłaciliśmy 180 tysięcy dongów (ok. 25 złotych).

Kawa z typowym dla Wietnamu filtrem

Smażony ryż z wołowiną

W drodze powrotnej do pokoju zahaczyliśmy jeszcze o najbardziej znany tutejszy budynek, a zarazem początkową stację kolejki na Fansipan — Sun Plaza.

Sun Plaza we mgle

Cwaniaki na balkonie, poczuliśmy ten prestiż

Tak powstają zdjęcia na bloga

Chyba akurat robiłem to

Skoczyliśmy jeszcze do małego osiedlowego sklepu, gdzie kupiliśmy kolejne materiały do degustacji. Wódkę z ananasa i kolejną z kleistego ryżu. Ta druga zdecydowanie lepsza.

Butelki 250ml (30%) po 60 tysięcy dongów (8 zł)

Po krótkiej drzemce wstaliśmy o 19:00, przekąsiliśmy kurczaka z makaronem (trzeba wymyślić coś nowego) i zabrałem się do pisania. Zrobiło się już po 22:00, więc pora kończyć. A Wy celebrujcie dalej Święto Niepodległości.

3 komentarze:

  1. Pięknie też świętowaliscie choć daleko od nas..☺️ Ha ha ...fajny klimacik dziś tryska od Was ..super przekaz ...super zdjęcia ,które przenoszą nas w inny świat.👏

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki ;) Klimat klimatem, ale przydałoby się w końcu trochę słońca xd

      Usuń
  2. No to pierwsze,potężne wrażenia za Wami. Tacie podobała się wzmianka o piejacych kogutach😀. Fajnie się prezentują te dwie butelki😀Życzymy udanego pobytu i czekamy na nowe wiadomości. U nas pogoda bardzo jesienna.

    OdpowiedzUsuń