"Ze Świnoujścia do Walvis Bay droga nie była krótka" śpiewa w znanej szancie Jerzy Porębski. Dziś nasza droga również nie była krótka, choć początkowo nic nie zapowiadało, że skończymy z 30 tysiącami kroków na liczniku, ale od początku.
Po śniadaniu zjedzonym w pokoju postanowiliśmy wyruszyć w stronę oddalonej o kilka kilometrów wioski Nam Dam, a konkretnie znajdującego się w niej wodospadu. Pogoda od jakiegoś czasu dopisuje, więc trochę podejrzliwie patrzymy na miejscowych opatulonych nierzadko w puchowe kurtki, podczas gdy sami paradujemy w letnich ciuchach, no bo jak inaczej przy 26 stopniach?
Sama wioska jest tym, czym wioska powinna być. Pola kukurydzy, górskie widoki, cisza i spokój. Oczywiście w takim anturażu nasza obecność tym bardziej nie przechodziła niezauważona i podczas spaceru wielokrotnie musieliśmy witać się z miejscową młodzieżą i wdawać się w krótkie small talki.
To na pewno bardziej autentyczna wioska niż Cat Cat
W tym miejscu zrobiliśmy wycof, bo okazało się, że wodospad jest jednak gdzie indziej
W końcu dotarliśmy do wodospadu. Zrobiliśmy sobie krótką przerwę, przekąsiliśmy coś i postanowiliśmy ruszyć w stronę centrum Tam Son (wcześniej używaliśmy nazwy Quan Ba, ale tu używają tych określeń zamiennie, by być precyzyjnym — Tam Son to stolica dystryktu Quan Ba).
Mając w pamięci wczorajsze słowa naszego gospodarza o tym, że w okolicy odbędzie się jakiś spory festiwal, postanowiliśmy mieć oczy szeroko otwarte i kierować się instynktem. W Internecie o żadnych wydarzeniach ani widu, ani słychu, więc licząc na szczęście, poszliśmy we wspomnianym wcześniej kierunku.
Wodospad był całkiem okazały
No i nie przeliczyliśmy się, już nieraz przekonaliśmy się, że szczęście nam sprzyja i tak było również i tym razem. Po dotarciu do centrum wioski Nam Dam, które leżało po drodze do Tam Son, okazało się, że wspomniany festiwal odbywa się właśnie tam. Nie było jeszcze żadnych występów, ale tłumy miejscowych zmierzających w tamtym kierunku zwiastowały, że wkrótce coś zacznie się dziać. Postanowiliśmy napić się gdzieś czegoś zimnego, zanim wydarzenia ruszą z kopyta, ale nie mogliśmy znaleźć żadnej sensownej opcji. Zatrzymaliśmy się przy homestayu, przed którym stała lodówka z piwem i innymi napojami, ale jak na złość nie było nikogo z obsługi na miejscu. Czyżby wszyscy poszli na festiwal? Zastanawiając się, co począć, w końcu doczekaliśmy się przybycia gospodarza. Przyjechał na skuterze zabrać z lodówki skrzynkę zimnego piwa, by handlować nim na festiwalu, a przy okazji sprzedał nam napoje. Zadowoleni usiedliśmy na plastikowych krzesełkach i obserwowaliśmy barwne tłumy zmierzające na wydarzenie.

Przedstawiciele mniejszości etnicznych chodzą tak ubrani na co dzień, nie tylko od święta
Drobny handel kwitnie przy okazji takich wydarzeń
Wietnamczycy bardzo nie lubią wystawiać się na światło słoneczne, dlatego trochę dziwnie czuliśmy się, gdy jako jedyni usiedliśmy na murku przy scenie, który znajdował się w pełnym słońcu. Występy artystyczne, których byliśmy świadkami, były średnie, ale miało to swój klimat.
Pani idzie do ludzi za konsoletą, bo coś jej ewidentnie nie pasowało. Występ zakończył się nagle zejściem ekipy ze sceny
Kiedy tak siedzieliśmy i podziwialiśmy lokalny folklor (każda wioska z okolicy miała własne stoisko ze swoimi wyrobami spożywczymi i płodami ziemi, trochę przypominało to dożynki), do Moniki przysiadła się młoda Wietnamka i zapytała, skąd jesteśmy. Zdziwiła się, że Monika nie ma 18 lat, o co ją posądzała, i poprosiła o wspólne selfie. Monika wykrakała to w poprzednim poście jak nic! Zapytała nas jeszcze, czy mamy Instagrama, ale nie mamy, więc temat się urwał.
Lin jest chyba jakąś influencerką, sądząc po tym, co wrzuca na fejsa
Takie obcowanie z kulturą potrafi sprawić, że zaburczy człowiekowi w brzuchu. Jako że wyglądało na to, że szykuje się dłuższa przerwa (po dwóch występach już przerwa?), poszliśmy szukać czegoś do wszamania. Uszliśmy może jakieś pół kilometra i znaleźliśmy miejscówkę z niezłym widokiem. Zamówiliśmy jedyną pozycję do jedzenia, czyli makaron z jajkiem, i usiedliśmy.
Posiedzieliśmy tam jakiś czas, aż usłyszeliśmy, że muzyka znowu zaczęła grać. No to w drogę, idziemy z powrotem na festiwal. Na miejscu zdążyło zrobić się już jednak dosyć tłoczno i co najdziwniejsze — strasznie głośno, aż głowa bolała. Cyknąłem zdjęcie i stwierdziliśmy, że uciekamy.
Okazało się to dobrą decyzją. Jeszcze przez długi czas słyszeliśmy głośne granie z oddali. Myślę, że optymalna głośność była z jakichś dwóch kilometrów od centrum wydarzeń. Po drodze do Tam Son minęliśmy się jeszcze z naszym gospodarzem, który jechał autem w stronę festiwalu. Oczywiście pomachał nam radośnie jak wiele osób przed nim. Kupiliśmy pieczywo na sprawdzonym stoisku, zjedliśmy znowu pho na targu, szybko ogarnęliśmy drobne zakupy i tak właśnie dotarliśmy do pokoju z 34 tysiącami kroków na liczniku (Monika trochę mniej, bo ma dłuższe nogi).
Super 👍 trafiliście na święto wsi z przytupem 🤪,a z Lin fajno fotka 😋
OdpowiedzUsuń