22 listopada 2025

Stalagmity, stalaktyty i stalagnaty

Wczoraj przyjechaliśmy do miasteczka Quan Ba, leżącego na słynnej pętli Ha Giang. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami odebrano nas bezpośrednio z miejsca noclegu, a następnie przez jakieś pół godziny zgarnialiśmy pozostałych pasażerów z różnych części miasta. Podróż busem po krętych drogach powodujących momentami skurcze w żołądku była folklorem samym w sobie — połowa drzwi wejściowych zastawiona była skuterem, a pracownik energicznie "upychał" kolejnych pasażerów po różnych częściach pojazdu, niekoniecznie do końca legalnych z punktu widzenia europejskich przepisów prawa. Miałam też wątpliwą przyjemność obserwowania, jak opiekun podróży (czy jak go nazwać) używał oparcia mojego fotela jako siedzenia. Po jakimś czasie wesołek uznał jednak, że będzie wygodniej położyć się na wspomnianym wcześniej skuterze, oczywiście bez żadnych zabezpieczeń.


Tak czy inaczej, podróż minęła dość szybko, choć nie obyło się bez małej wpadki — przewoźnik najwyraźniej zapomniał, że miał nas wysadzić wcześniej niż resztę pasażerów i gdyby nie czujność Tomka, to nie byłoby za ciekawie. Na szczęście jednak wrócić się musieliśmy jedynie ok. 300 metrów, by trafić do naszego motelu. Pokój tutaj ogólnie nie byłby zły, gdyby nie fakt, że tak niewygodnego materaca jeszcze w życiu nie doświadczyliśmy. Wietnam słynie co prawda z twardych łóżek, ale jeszcze w żadnym miejscu nie obudziliśmy się tak obolali jak po nocy spędzonej tutaj. Pocieszamy się jednak myślą, że pozostałe trzy noce tutaj jakoś przeżyjemy. 

Nocleg w takim miejscu kosztuje 17 złotych, tym razem bez śniadania

Nigdy nie pamiętam, by cyknąć zdjęcie, zanim rozwalimy się z tobołami

Tym razem prysznic standardowo zalewa wszystko

Tak budynek wygląda z zewnątrz

A taki mamy widok z okna

Po rozpakowaniu gratów poszliśmy do miasteczka zrobić rekonesans, a zaczęliśmy od spokojnych ścieżek między polami, na których zdecydowanie dominuje kukurydza. Nasz widok wzbudza tutaj jeszcze większe zainteresowanie niż na wiosce w pobliżu Ha Giang — dosłownie co chwilę ktoś nam macha, woła "hello", zbija z nami żółwia, pyta, jak mamy na imię, albo wręcz chichocze na nasz widok. Na szczęście jeszcze nikt nie zaproponował wspólnego selfie, ale wszystko przed nami.

Na każdym kroku spotykamy Wietnamczyków zajmujących się suszeniem kukurydzy




I jeszcze więcej kukurydzy

Po powrocie do centrum udało się zrobić drobne zakupy i wejść na targ, gdzie zjedliśmy pho. Nie bardzo chciało nam się szukać czegoś innego, ale nie ukrywam, że motyw jedzenia w tak zlokalizowanym punkcie gastronomicznym również mnie do tego skłonił. Zupa była bardzo smaczna, choć więcej w niej było dodatków niż samej zupy, a kosztowała, olaboga, jedyne 20 000 dongów za porcję, czyli jakieś 3 zł. Nie opłaca się nie brać.


Jadłodajnia na targowisku

Dzisiaj wstaliśmy z zamiarem przygotowania sobie śniadania na ciepło, ucieszeni faktem, że mamy ogólnodostępny aneks kuchenny. Niestety w większości szafek (podobnie jak w lodówce) znajduje się głównie woda mineralna, nie ma w nich potrzebnych naczyń, a cała kuchnia jest ogólnie zaniedbana i pełni bardziej rolę graciarni. Skończyło się więc na chlebie z pasztetem i wypitej w pokoju kawie, bo czajnik elektryczny na szczęście względnie działał.

Po śniadaniu ruszyliśmy w kierunku jaskini, którą wczoraj Tomek znalazł na mapie, a o której nie mieliśmy pojęcia, rezerwując tutaj nocleg. Ścieżka, choć asfaltowa, położona była bardzo malowniczo, umożliwiając podziwianie gór oraz wioski znajdującej się w dolinie.






Sama droga do jaskini wiodła głównie schodami i przypominała fragmentami górską trasę. Pod górę szliśmy wtedy jako jedyni, więc pełni nadziei na odrobinę spokoju kupiliśmy bilety (w cenie ok. 4 zł za sztukę) i po wzięciu kilku haustów wody weszliśmy do środka. Za tę cenę nie spodziewaliśmy się cudów, ale jaskinia była wspaniała i znacznie większa, niż się początkowo wydawało. Łącznie spędziliśmy w niej ok. 30-40 minut, na dodatek zupełnie sami 🥳. Ostatni fragment zwiedzania (opcjonalny) wymagał niezłych manewrów i dosłownie czołgania się, bo strop był bardzo nisko i łatwo było przywalić tam głową, o czym niestety boleśnie się przekonałam. Zdecydowanie przydałyby się tutaj kaski, ale kto by w Wietnamie się takimi rzeczami przejmował 😉. Skoro z Tomkiem nie należymy do szczególnie wysokich ludzi, to tym bardziej nie wyobrażam sobie, jak tamtędy miałby przejść np. Marcin Gortat 😃. 

Wejście do jaskini, na górze jej nazwa dla dociekliwych











W każdym razie jaskinia zdecydowanie była warta swojej ceny, zwłaszcza że nikt nam nie zakłócił spokoju. Trafiliśmy na idealny moment, bo dosłownie chwilę po wyjściu z jaskini na górze zaczęły się masowo zjawiać grupki głośnych turystów (głównie młodych Brytyjczyków), totalnie psując klimat. Z radością więc zjedliśmy drugie śniadanie i alternatywną ścieżką ruszyliśmy na dół, gdzie kupiliśmy od miejscowej gospodyni piwko i colę (o dziwo bezcukrową!) prosto z lodówki. Końcowy odcinek trasy nie był już aż tak przyjemny, bo co chwilę mijały nas skutery, które przyjezdni masowo tutaj wynajmują (najczęściej razem z szoferami), ale widoki ciągle wynagradzały ostatnie podejścia.




Pętlę zakończyliśmy w centrum, gdzie tradycyjnie poszliśmy do sklepu i zjedliśmy obiad — dzisiaj w lokalnej restauracji, która sprawiała wrażenie zamkniętej, ale właścicielka wyprowadziła nas z błędu, wręczając menu i zapraszając nas do środka. Zjedliśmy całkiem pożywny ryż z mięsem oraz sajgonki, bo choć pho na targu było smaczne i nieprawdopodobnie tanie, to jednak nie mieliśmy znowu ochoty na zupę 😉.




Później kupiliśmy jeszcze w piekarni chleb oraz mandarynki i wietnamskie banany na lokalnym stoisku — w sklepach spożywczych nie widziałam tutaj owoców, więc nie ma zmiłuj, trzeba jakoś się przełamać i zagadać do miejscowych. Tomkowi ciągle wychodzi to lepiej niż mnie, ale nie od razu Kraków zbudowano 🙈. Do pokoju wróciliśmy przyjemną trasą wśród pól, unikając głównej drogi, przy której mieści się nasz nocleg. Jutro pewnie kolejna część chodzenia...

1 komentarz:

  1. Widoki przepiękne 🤗a jaskinia naprawdę warta zwiedzania i to za te parę złotych 🤭

    OdpowiedzUsuń