20 listopada 2025

Panie, tu jest odzieżowy, ja tu dolary wymieniam!

Plan na dzisiaj był prosty, ogarnąć logistykę na jutro, wymienić pieniądze, pójść na punkt widokowy i wrócić do pokoju. Wstaliśmy więc, zjedliśmy śniadanie, Monika wypiła tradycyjnie kawę w pokoju, załatwiliśmy bilety na przejazd do Quan Ba oraz noclegi w tej miejscowości i przed południem ruszyliśmy na poszukiwanie kantoru, co wcale nie jest tu takie proste. Sztuczna inteligencja podpowiedziała, że jeden z tutejszych hosteli zajmuje się wymianą walut, więc licząc na to, że się uda, poszliśmy w tamtą stronę.

Dzisiaj Monika też skusiła się na naleśnik

W drodze do centrum zajrzeliśmy jeszcze do buddyjskiej świątyni, którą codziennie mijamy, idąc w tamtym kierunku. Ciągle nie rozumiem celu, w jakim stawia się przy ołtarzach te stosy coca-coli i innych produktów spożywczych. Ale co kraj to obyczaj.


Przy świątyniach często rosną drzewka pomelo


Niektóre świątynie są lepiej zaopatrzone niż spożywczaki


Oczywiście okazało się, że hostel Bong wcale nie oferuje wymiany walut, ale skierowano nas do innego miejsca, podobno nie do przegapienia z ulicy. Jakoś udało nam się je jednak przegapić. W końcu jednak znaleźliśmy jakąś agencję turystyczną, która wśród oferowanych usług miała "money exchange". Pracownik, który na nasz widok przybiegł z drugiej strony ulicy (chyba jadł obiad), po wykonaniu kilku telefonów zaproponował mi nędzny kurs (25000 VND za dolara) i w dodatku nie chciał przyjąć tzw. starych dolarów, a zależało mi, żeby pozbyć się ich w pierwszej kolejności. Jeszcze twierdził, że nigdzie w okolicy nie dostanę lepszego kursu, bo to nie Hanoi... Bujać to my...

Idąc ulicami Ha Giang i rozglądając się na boki, znaleźliśmy kolejną agencję turystyczną. Monika stwierdziła, że może warto zapytać o to, gdzie można wymienić walutę. Jedna z pracujących tam dziewczyn (ewidentnie tutejsza, reszta wyglądała na Europejczyków) wzięła mój telefon do ręki i wbiła adres miejsca, pod którym podobno osiągniemy to, na czym nam zależało. Musieliśmy tylko wrócić się jakieś dziesięć minut, więc w drogę.

Jakież było nasze zdziwienie, gdy na miejscu zastaliśmy sklep odzieżowy. Ale nic, zdejmuję buty, Monika zostaje na zewnątrz, i wchodzę. Po chwili z zaplecza wyskoczyła jakaś dziewczyna i spytała, czy przyszedłem wymienić pieniądze. Czyżby dostała cynki? Zaprowadziła mnie na zaplecze, gdzie siedziała kolejna Wietnamka przy biurku wyposażonym w liczarkę banknotów i jakiś sprzęt do weryfikacji autentyczności pieniędzy. Miałem niejasne przeczucie, że to nie do końca legalny biznes, ale skoro zaproponowano mi kurs lepszy, niż to było w Hanoi (26 200 VND! I wzięli stare dolce!), to nie miałem nic przeciwko. W taki oto sposób, bogatszy o prawie 15 milionów dongów i uboższy o ich odpowiednik w zielonych i prowizję, wróciłem do Moniki. Aż przypomniała mi się słynna scena w kiosku z "Misia" Barei.

Całe to szukanie kantoru sprawiło, że trochę zgłodnieliśmy, usiedliśmy więc na ławce nad wodą i zjedliśmy kupiony wczoraj chleb z tutejszą mielonką. Posileni stwierdziliśmy, że czas ruszać na punkt widokowy, bo krokomierze pokazywały jakieś żenujące wartości rzędu 8 tysięcy kroków. Na szczyt prowadziła najpierw kręta asfaltowa droga, a od parkingu trzeba było wdrapać się po kilkuset schodach.
Widoki jednak były naprawdę ciekawe.

Tam wleźliśmy

Ha Giang z lotu ptaka



Obserwowanie mrówek transportujących ważkę to świetna zabawa


Na dachu tego autobusu usiedliśmy na chwilę, by odpocząć i wypić coś zimnego

Piwko za 3 złote, w Polsce w takim miejscu kosztowałoby dychę albo lepiej,
tu wszędzie kosztuje 20 tysięcy dongów, nawet u naszej gospodyni



Dzisiaj udało się zjeść bez najmniejszego problemu w knajpie przy miejscowym muzeum. Początkowe plany zajrzenia do środka odpuściliśmy, bo bolały nas już nogi, a i tak zbliżała się godzina zamknięcia, więc mieliśmy doskonały pretekst do tego, by powiedzieć, że chcieliśmy, ale nie wyszło.



Można było zamówić gulasz z koniny, to ta pozycja za 150, ale aż tacy głodni nie byliśmy, może innym razem

Skończyło się na pho ngo, to wariant z makaronem kukurydzianym, podobno popularny wśród Hmongów

A to również tradycyjne danie Hmongów, men men. Coś w stylu kaszki kukurydzianej

W drodze powrotnej przeszliśmy jeszcze ulicą targową i wróciliśmy do pokoju. Jutro ruszamy na pętlę, pierwszy przystanek, Quan Ba. Żeby było zabawnie, dostałem mail od przewoźnika, że mam podać nasz adres tutaj i adres hotelu, do którego jedziemy. Odbiorą nas stąd i zawiozą dosłownie pod drzwi. Takiej obsługi mogliby się uczyć w Europie. Żadnego stresu związanego z tym, jak się dostać na nocleg z dworca. Płacimy co prawda za cały bilet z Ha Giang do Dong Van (inaczej nie da się zarezerwować, ok. 30 złotych od osoby), a wysiadamy gdzieś w jednej trzeciej drogi, ale to i tak opłacalny biznes. Kierowcy zatrzymują się tam, gdzie pasażerom wygodnie, nie ma przepisów, że wsiadanie odbywa się tylko na przystankach.

Tu targowiska to nie place, a całe ulice

Ciekawe, co sanepid na to...

1 komentarz:

  1. Ci to tam mają bezstresowy handel ...pozazdrościć 😂Wyzwanie z tą wymiana waluty 😏Kolejny dzionek minął bez nudy👍

    OdpowiedzUsuń