Wczoraj wstaliśmy wcześniej niż zwykle, bo jak już dobrze wiecie, czekała nas trasa do Ha Giang. Zjedliśmy śniadanie, które tradycyjnie przygotowała dla nas Son, wypiliśmy kawę, posiedzieliśmy chwilę w pokoju, czekając, aż wybije odpowiednia pora na zamówienie Graba na dworzec, wyściskaliśmy się z naszą gospodynią i ruszyliśmy w kolejny etap podróży.
Omlet z bułeczkami, ostatnie śniadanie w Sa Pa
Tym razem naszym przewoźnikiem był Bang Phan i od samego początku czuliśmy się z tą firmą lepiej niż z poprzednią — Sao Viet. Nie dość, że w miejscu, z którego odjeżdżał autobus, stał czujny pracownik, wyłapując zagubione dusze hasłem "hadziang, hadziang?", to jeszcze weszliśmy do autokaru 15 minut przed planowanym odjazdem i dostaliśmy po butelce wody. Dojeżdżając na miejsce, zebrano od wszystkich adresy docelowe, a potem bezproblemowo rozwieziono nas po hotelach i innych przybytkach. Co prawda autokar był ciaśniejszy niż poprzedni, ale obsługa zdecydowanie to nadrobiła. A, i jeszcze godzinę przed odjazdem zadzwonili, żeby przypomnieć, że to już dzisiaj.
Autokar nie miał oklejonych szyb, co sprzyjało podziwianiu widoków
Do Ha Giang, które słynie z tego, że zjeżdżają się tu z całego świata ludzie żądni przygody polegającej na przejechaniu tutejszej górskiej pętli na motorze (najczęściej siedząc za wynajętym kierowcą, taka przygoda trwa trzy, cztery dni, wpiszcie w Google "pętla Ha Giang" albo "Ha Giang Loop"), dotarliśmy przed 17. Właścicielka Rosie czekała już na nas i po szybkim zameldowaniu ruszyliśmy w miasto coś zjeść. Wcześniej na postoju udało nam się tylko wszamać bagietkę z mielonką, którą sami sobie przygotowaliśmy. Tym razem trafiliśmy znów do miejsca z samymi lokalsami i zamówiliśmy smażone żeberka i kurczaka, do tego szpinak wodny, czy jak kto woli — morning glory.
Żeberka, kurczak, szpinak, wywar, sosik, duużo ryżu i piwko. Wszystko za 260 tysięcy dongów.
Wróciliśmy do domu i szukaliśmy opcji na kolejne noclegi, bo w Ha Giang będziemy tylko do piątku, a później wyruszamy na wspomnianą pętlę, ale nie na motorze, a busem, gdyż planujemy spędzić na niej więcej czasu, chodząc po górach i eksplorować leżące na niej miejscowości. Wstępnie już coś klepnęliśmy, ale okazało się, że to straszne wygwizdowo, więc chyba będzie trzeba zmienić plany, na szczęście w tym kraju nie ma przedpłat, a odwołać pobyt można dosłownie w ostatniej chwili bez żadnych konsekwencji.
Dziś wstaliśmy ok. 9 i poszliśmy na śniadanie, które jest w cenie noclegu. Tu zdjęcia i śniadania, i pokoju.
Wreszcie prysznic, który nie zalewa całej łazienki, bo jest oddzielony
Oczywiście strasznie dzisiaj lało, jak mogłoby być inaczej? Kiedy jednak na chwilę deszcz ustał, wyszliśmy z domu z ambitnym planem ruszenia do wioski Thon Tha i wrócenia z niej pieszo. Na szczęście nie udało się złapać przejazdu Grabem i zostaliśmy na miejscu, bo deszcz wkrótce wrócił ze zdwojoną siłą. Chcieliśmy się rozeznać, skąd w centrum odjeżdża autobus na pętlę, ale wygląda na to, że chyba będzie trzeba dostać się na dworzec główny, bo nigdzie nie ma żadnych rozkładów. Szukaliśmy też jakichś miejsc do wymiany gotówki, ale trochę z tym tu ciężko. Perplexity podpowiedziało jakiś hostel, w którym warto to zrobić, jutro spróbujemy, tymczasem skończyło się na bankomacie HDBanku, w którym przy wypłacie nie było żadnej informacji o prowizji, więc się ucieszyliśmy, bo przy próbie wypłaty z kilku innych taka informacja się pojawiała. Niestety i tak zeżarło 15 złotych. Zmoknięci i w średnich nastrojach poszliśmy coś zjeść, bo od śniadania minęło dobrych kilka godzin. Trafiliśmy po raz kolejny do lokalu z samymi lokalsami (jak to brzmi...), w którym serwowano jedynie pho. Panie były bardzo zajęte wydawaniem potraw, więc nie chcieliśmy im truć naszym zamówieniem, póki się nie ogarną, ale okazało się, że nie będzie to konieczne. Po raz drugi dostaliśmy jedzenie, nie musząc się do nikogo odzywać. Co prawda chciałem zamówić zupę z wołowiną, ale skoro przyszła kurczakowa, to jaki problem?
Nic tak dobrze nie robi, jak zupa w deszczu
Pokręciliśmy się jeszcze trochę, zrobiliśmy zakupy (znaleźliśmy sklep, w którym można kupić to i owo) i wróciliśmy do pokoju. Po jakimś czasie oczywiście znowu zgłodnieliśmy, ale u Rosie można zamówić jedzenie za 70 tysięcy dongów (dyszka). No to skorzystaliśmy. Monika zamówiła smażone udko z kurczaka, a ja sajgonki. Daliśmy też rzeczy do prania, taka usługa kosztuje 7 złotych za kilo razem z suszeniem.
Fotka z miejscowego domu towarowego
PS Widząc wynik meczu z Maltą, ucieszyłem się, że nie musiałem tego oglądać 😖.












Jedzonko wygląda wybornie 😏 Pogoda to już inna sprawa 🤪 Życzymy dużo słonka 🌞 No... przynajmniej chociaż bez deszczu 😱 Czekamy na dalsze przygody Moniki i Tomka 😁 Szczęściarz z Ciebie co do meczu 🤣
OdpowiedzUsuń