Bus wysadził nas na granicy, a kierowca przed wysadzeniem nas kazał zrobić pasażerom zdjęcie busa, który odbierze nas po stronie kambodżańskiej (robiliśmy zdjęcia zdjęciu na komórce). Granica zabrała nam dobrą godzinę z życia, najpierw kolejka po stronie wietnamskiej po pieczątkę wyjazdową, później załatwianie wizy (powinna kosztować 30$, ale bezskutecznie próbowali z nas zedrzeć 40, w końcu stanęło na 35, bo nie miałem już siły kłócić się, że zdjęcia paszportowe, o które nas dopytywali, nie są wymagane wg oficjalnych wytycznych. Trudno, 3 dychy w plecy to ciągle mniej niż 70 złotych, ale nastęnym razem będę walczył twardziej. Inni potulnie płacili po 40, więc i tak jakaś tam satysfakcja jest).
Mamy wizy – można działać!
Wysiedliśmy w Kampocie po jakiejś godzinie jazdy, mniej więcej o 14. Od razu znalazł się tuk tuk gotowy zabrać nas do naszego hotelu (Sunshine Hotel). Z pięciu dolców stargowaliśmy na cztery i w drogę! Na miejscu już czekała miła gospodyni sprawnie władająca angielskim, co za miła odmiana po Wietnamie! Zresztą urzędnicy na granicy i kierowca tuk tuka również radzili sobie z angielskim bardzo dobrze. Pogadaliśmy chwilę (wg Moniki zbyt długo) z gospodynią, która poleciła nam wycieczki w okolicy, wypiliśmy piwko (to znaczy ja, Monika wodę), zorganizowaliśmy skuter i poszliśmy do pokoju.
Wsiedliśmy na skuter i w drogę na zakupy! (Tak, wiem, wypiłem piwo... 330ml, 4%). I tu zonk, nie ma produktów, do jakich przywykliśmy w Wietnamie i ogólnie jest drożej! Może napoje są w podobnych cenach, ale nie ma ani sensownej bajlagi na pieczywo, ani nawet żadnego pasztetu na czarną godzinę (jest – francuski za 20 złotych za puszkę). Co oni tu jedzą? No nic, kupiliśmy jakiś tam chleb tostowy i wietnamską szynkę (coś jak konserwowa, ok. 10 złotych za 200g). Gdzieś w międzyczasie byliśmy świadkami tego, jak jakiś Australijczyk rezygnuje z zakupu truskawek, bo okazało się, że opakowanie 250g kosztuje 10$. Facet myślał, że 40$, bo na kasie wyskakuje kwota w rielach, co wielu turystów myli. W każdym razie 35 złotych za 250g truskawek to też zdzierstwo.
Na mieście zjedliśmy tradycyjne khmerskie danie – amok z kurczakiem. Do tego po mrożonej kawce (amok – 3 USD, kawa 0,75 USD). Amok to coś jak łagodne curry z mleczkiem kokosowym. Poczuliśmy się więc dość komfortowo, bo już w Polsce takie smaki dla nas to była normalka.
Na szczęście w Kampocie prężnie działa Grab. Na kolację zamówiliśmy więc najpierw pizzę (quattro stagione) z włoskiej knajpy (Marino? Milano? za jakieś 7 USD, całkiem porządna, nie to co w Phong Nha w Wietnamie). Byliśmy jednak tak głodni, że musieliśmy jeszcze domówić coś między kebabem a souvlaki z greckiej knajpy. Za porcję zapłaciliśmy jakieś 15 złotych. W taki sposób, wydając mniej więcej 60 złotych, zjedliśmy po połowie pizzy i po kebsie. I uwierzcie – wszystko było mega smaczne. Ale my już pewnie jesteśmy skrzywdzeni ciągłym jedzeniem azjatyckich wynalazków...
O nocy mogę powiedzieć tylko tyle – niech szlag trafi psy szczekające o drugiej nad ranem jakby się szaleju nażarły. Na szczęście mamy na podorędziu stopery do uszu i chyba tylko to nas uratowało. A gospodyni ostrzegała, że z psami sąsiadów bywa różnie, oj ostrzegała.
Drugi dzień zaczęliśmy na luzie, zjedliśmy na śniadanie ten wspomniany już chleb tostowy z masełkiem, szynką i pomidorami, Monika wypiła kawkę jak co dzień (ja jakoś nie mam na to klimatu) i w drogę. Najpierw apteka i zakup środka na komary, niestety nie mieli zatyczek do uszu, a przydałby się zapas. W Kambodży co prawda notuje się zachorowania na dengę i malarię, ale nie bójcie się o nas, wiemy, co robimy. Dotychczas jakoś problem z owadami nie był aż tak duży, by o nim pisać, czasem zdarzył się jakiś większy karaluch w pokoju, poza tym nic spektakularnego. No chyba że gadamy o jaszczurkach. Takie w Wietnamie można było spotkać wszędzie i nawet człowiek się uśmiechał, widząc, jak po ścianie pokoju popyla mu zielone żyjątko.
Zszedłem z tematu. Miało być o drugim dniu w Kambodży, ale mózg ciągle wraca do tego, co już przeżył, postaram się to ograniczyć.
No to drugiego dnia postanowiliśmy odwiedzić lasy namorzynowe i Kep, miejscowość słynącą głównie z targu z owocami morza. Za bardzo nie będę się na ten temat rozpisywał, niech zdjęcia przemówią same za siebie.
Krowy są zupełnie inne niż w Polsce
Zjedliśmy w Kep jakieś mięsko z ryżem, a w drodze powrotnej zahaczyliśmy o kolejny las namorzynowy. Też ciekawy, ale pierwszy był lepszy. Po powrocie do miasta trafiliśmy jeszcze na plażę nad rzeką.
Słynny krab w Kep
Na kolację azjatycki standard ;) – panierowana pierś z kurczaka z ziemniaczkami, fish & chips oraz warzywne spring rollsy. Matko – jak nam brakuje takiej strawy... Ogólnie wieczór wyglądał tak, że Monika pisała wczorajszego posta, a ja ogarniałem żarcie. Dzisiaj i ogarniam żarcie, i piszę posta. Gdzie sprawiedliwość?
Dzisiaj chcieliśmy plażować. W tym celu ustawiłem w nawigacji Coconut Beach. Po drodze kupiliśmy w piekarni jakieś pieczywo i po kawałku pizzy na drożdżowym cieście. Podobną jedliśmy w Wietnamie. Do tego suszona wieprzowina, całkiem smaczna.
Droga na plażę przez ostatnie dwa kilometry była bardzo wyboista, ale byłem na to przygotowany. Dosłownie wszyscy piszą o tym w Internecie. Po drodze mieliśmy za to okazję podziwiać salt fields, czyli solne pola. Proces pozyskiwania tutaj soli jest naprawdę fascynujący.
Udało nam się jeszcze zajrzeć do jakiejś jaskini i pochodzić po terenie przy jakiejś pagodzie. Przepraszam, że nie rzucam nazwami własnymi, ale trudno jest je doprawdy spamiętać. Zapamiętam za to, że główne drogi w tym regionie są w lepszym stanie niż w wietnamskich odpowiednikach. Udało mi się rozpędzić do 90 km/h! Nie planuję tego wyczynu powtarzać, ale w Wietnamie, osiągając 70 km/h, człowiek czuł, że igra ze śmiercią, oczywiście przesadzam.
Po powrocie do miasta zjedliśmy obiad w knajpie o nazwie Titanic. Ja – barrakudę w sosie cytrynowym, czyli specjalność zakładu. Monika – tom yum z kurczakiem. Zapłaciliśmy za wszystko 7,50 USD. Było smacznie, choć atmosferę psuła trochę obecność ruskich przy stoliku obok.
Koniec dnia standardowy. Zakupy, kolacja z dowozem (dzisiaj devolaye i duże pierogi) i pewnie wjadą kolejne odcinki serialu "Skok" na Amazonie. Całkiem niezły. Fascynujące, że opcje jedzenia z dowozem są tu znacznie bogatsze niż w Hanoi. Kto by pomyślał. A za dostawę liczą sobie 2 złote. Tak to można, zwłaszcza że do centrum jedziemy skuterem jakieś 10 minut i nie zawsze się chce.
Pozdrawiamy i do kolejnego!

W końcu trochę "normalności" chociaż tylko na talerzu ;D
OdpowiedzUsuńZaczynacie nowe przygody ....nowe jedzenie i nowe krajobrazy...urocze 🤗trochę normalności się przyda by zatęsknić za Polską 😁
OdpowiedzUsuń