10 stycznia 2026

Ostatnie chwile chłodu

Przyjazd do Da Lat poprzedziły komplikacje z transportem — najpierw okazało się, że w zarezerwowanym przez nas busiku zostały jedynie wąskie siedzenia obok kierowcy, a gdy ostatecznie kupiliśmy bilety na sleeper busa, to dwa razy zmieniano nam godzinę wyjazdu. Podobno mieli tylu chętnych, że trzeba było uruchomić dodatkowe połączenia, więc w końcu wyruszyliśmy o 13:30. Na szczęście punktualnie. W pokoju wylądowaliśmy dopiero ok. 19:00 i po załatwieniu formalności z właścicielem ruszyliśmy do oddalonego o 15 minut sklepu, licząc, że po drodze coś zjemy. Pod nosem mieliśmy co prawda spory sklep spożywczy, ale oczywiście zamykany o 19:00. Na kolację zjedliśmy smaczną zupę z węgorza (znany już Wam mien luon), a w Winmarcie kupiliśmy kurczaka na kolejny dzień. Jajek na śniadanie nie było, kupimy jutro. Trafił nam się sensowny pokój z nieźle wyposażonym aneksem kuchennym, więc mamy zamiar wykorzystać go do cna. 

W poniedziałek, gdy odespaliśmy nieco trudy podróży, poszliśmy po składniki na śniadanie. Jak wiecie, z piekarniami w Wietnamie różnie bywa, ale tym razem los się do nas uśmiechnął i nie musieliśmy długo szukać, żeby kupić świeże bagietki. Do tego jajecznica z kiełbaskami (z mojej inicjatywy!) i prawdziwy rarytas śniadaniowy mamy gotowy. Wreszcie konkret, a nie żadne tam hotelowe skąpe śniadanie.

W Da Lat jest spore jeziorko, więc co należy zrobić? Oczywiście obejść je dookoła, nie ma, że się nie chce. Zajęło nam to z 1,5 godziny, po czym zjedliśmy coś w rodzaju zupy (mi quang) i zajrzeliśmy do supermarketu, znajdującego się w centrum handlowym. Pożałowaliśmy tego, gdy tylko zobaczyliśmy kolejki do kas, ale było za późno na odwrót. Nie wiem, co nam odbiło, bo nie znosimy takich miejsc, a z galerii handlowych korzystamy okazjonalnie z powodu darmowych toalet, ale za to mamy ziemniaczki na jutro. Będzie miła odmiana dla ryżu 🥰.


We wtorek wybraliśmy się pieszo do monastyru, do którego można też dotrzeć kolejką linową. Trochę to dziwne, bo droga praktycznie nie szła pod górę, ale jak nie wiadomo, o co chodzi, to tak naprawdę wiadomo. Wstęp na teren monastyru był bezpłatny, a oprócz budynków świątynnych można było tam również znaleźć zadbany ogród i staw z rybami.



Później zahaczyliśmy o wodospad, który kosztował nas 10 zł od osoby. W normalnych warunkach są dostępne jeszcze dwa inne, ale ścieżka wiodąca do nich była zamknięta. W tym samym miejscu za dodatkową opłatą można też skorzystać z atrakcji takich jak małpi gaj, tyrolka czy tor saneczkowy, ale i bez tego mamy w Wietnamie wystarczająco dużo adrenaliny.



Do pokoju wróciliśmy Grabem, bo na liczniku było już prawie 20 tysięcy kroków, a nie uśmiechał nam się spacer główną drogą pozbawioną pobocza. Na kolację Tomek przygotował pierś z kurczaka z ziemniaczkami i zieleniną. Smaku poczciwego kartofla po dwóch miesiącach spożywania ryżu oraz jego pochodnych nie da się porównać z czymkolwiek innym 🤩.

Kartofle po 5 złotych za kilo nas nie odstraszyły

Środa minęła nam bardzo przyjemnie na wycieczce, którą kolejny raz zainicjował Tomek. Wybraliśmy się zabytkowym pociągiem do wioski Trai Mat, w której znajduje się przepiękny kompleks świątyń. Mnie mało co zachwyca, ale tutaj szczękę zbierałam z podłogi.

Dworzec w Da Lat jest atrakcją samą w sobie, wstęp jest bezpłatny przy zakupie biletu na pociąg









Dobrze, że nie posłuchaliśmy pana kasjera w Da Lat, próbującego przekonać nas, że pół godziny w tym miejscu w zupełności wystarczy (tyle było czasu do najbliższego pociągu powrotnego). Zrobił nam przez chwilę wodę z mózgu, ale po prześledzeniu mapy turystycznej wybraliśmy późniejszy przejazd. Większość podróżnych musiała jednak go posłuchać, bo na złamanie karku pędzili w stronę świątyni, żeby nie przegapić pociągu. My spędziliśmy w wiosce ponad dwie godziny i nawet nie zdążyliśmy się znudzić — najpierw zjedliśmy spring rollsy i kawałki grillowanego kurczaka, a dopiero później poszliśmy tam, gdzie wszyscy.

Zdążyliśmy jeszcze pójść do innej ciekawej świątyni, w której nie było żadnych turystów. Zresztą jakim cudem mieliby tam trafić z tak ograniczonym czasem? Kasjer był bardzo sympatyczny, ale mógłby się nie bawić w punkt informacji turystycznej, jeśli się na tym nie zna. 




Spostrzegawczy zauważą na tym obrazku swastyki

Plus jego działania był taki, że pociąg powrotny świecił pustkami i mogliśmy nawet usiąść na siedzeniach wyposażonych w stolik, mimo że kupiliśmy bilety, które teoretycznie na to nie zezwalały.


Po powrocie okazało się, że na dworcu odbywa się jakiś koncercik

W takich warunkach to można podróżować. Po przyjeździe wróciliśmy do pokoju z buta (mimo nacisków Tomka, żeby wziąć Graba), wchodząc po drodze do sklepu po kurczaka. Przez moment trochę żałowałam, że się uparłam na spacer, bo zrobiło się dość zimno i wietrznie, ale jeszcze za tym zatęsknimy, będąc w Sajgonie.

Czwartek minął nam dość leniwie — poszliśmy jedynie na krótki spacer oraz przekąskę w postaci banh can, czyli ryżowych placuszków z owocami morza, przygotowywanymi w tradycyjnych glinianych naczyniach.


Trochę dziwnie się czuliśmy w tym miejscu, bo panie nie były raczej przyzwyczajone do turystów i przez większość czasu bacznie się nam przyglądały, przy okazji przekonując nas o wyższości łyżek nad pałeczkami podczas spożywania tej potrawy. Wolimy więcej swobody w działaniu, ale przynajmniej nowa potrawa zaliczona.

Po powrocie zrobiliśmy pranie, korzystając z obecności ogólnodostępnej pralki. Taki luksus przydałby się w każdym obiekcie, ale czasem nie ma wyjścia i trzeba sypnąć dongami, by móc przywdziać świeże skarpetki. Nigdy nie przypuszczałam, że tyle radości może Tomkowi sprawić pakowanie pachnących ciuchów. Widać trzeba czasem ruszyć na drugi koniec świata, żeby na nowo docenić proste rzeczy 😉.

Na kolację zjedliśmy resztki z poprzedniego dnia z dodatkiem smażonej polędwicy wieprzowej oraz fasolki szparagowej. Wyszło tego tyle, że musiałam to później spakować do pudełka jako prowiant na drogę. Pozostało tylko się spakować przed podróżą do gorącego Sajgonu (obecnie Ho Chi Minh City), gdzie wczoraj dotarliśmy po straaaasznie długiej podróży🤦🏻‍♀️. Wiemy, że w Polsce zapanowała prawdziwie zimowa aura, więc trzymajcie się ciepło, my zaś postaramy trzymać się chłodno. Dzięki, że jesteście, i do następnego! 😘

2 komentarze:








  1. Dziękujemy za super relację. Życzymy udanego pobytu w Sajgonie. Korzystajcie z ciepła. My mamy obecnie 10 stopni mrozu. Podobno jednak nadchodzi ocieplenie. I oby .Pozdrowionka i całuski.

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne miejsca,piękny opis i piękne fotki, poślijcie trochę ciepła za którym tęsknimy, czekamy na więcej 🥰 Wygrzewajcie się tam poznając nowe piękne miejsca ,dzielac się nimi z nami .Pa😘

    OdpowiedzUsuń