05 stycznia 2026

Sylwester bez fajerwerków

No dobra, trochę czasu minęło od ostatniego posta, przepraszamy, że sprawdzaliście na darmo, czy chciało nam się coś napisać, czy nie. Trochę jednak się działo, więc siłą rzeczy mniej mieliśmy czasu na takie przyjemności, jak trucie Wam, co też tam u nas słychać ;). Tak, wiem, żadne trucie, sami tu wchodzicie na własną odpowiedzialność. Zacznijmy od najważniejszego — mamy 2026 rok. Z tej okazji życzymy Wam, byście w zdrowiu dożyli do kolejnego, w międzyczasie doświadczając więcej miłych niż niemiłych momentów. Myślę, że tyle wystarczy, by rok można było uznać za udany.

My przywitaliśmy ten nowy rok w Nha Trang, mieście ulubionym przez Rosjan, których można było usłyszeć na każdym kroku. Trochę nas to irytowało, ale postanowiliśmy nie zwracać na nich uwagi.
Po zameldowaniu się i zjedzeniu kolacji wróciliśmy do pokoju, by około 22:00 wyjść na miasto i obserwować, jak w Wietnamie obchodzi się Sylwestra.

Przy plaży stała główna scena Heinekena, przy której zgromadził się niemały tłum, a kilka innych, mniejszych scen, rozsianych było wzdłuż plaży. Jeśli chodzi o fajerwerki, były one symboliczne, pewnie dlatego, że w Wietnamie nie obchodzi się Sylwestra tak jak w Europie. Tu ważniejsze jest święto Tet, czyli początek Księżycowego Nowego Roku wg kalendarza chińskiego. To będzie miało miejsce 17 lutego 2026.






Street food to nie tylko banh mi

My jednak skorzystaliśmy z takiej opcji

Niektórzy ewidentnie nie wytrzymywali trudów nocy

Nazajutrz postanowiliśmy tradycyjnie pochodzić po okolicy i pozwiedzać. Zaczęliśmy od śniadania w restauracji serwującej banh mi chao, a do tego wzięliśmy kawę. Później ruszyliśmy w poszukiwaniu salonu Viettela, bo po raz kolejny musiałem przedłużyć ważność swojej karty SIM. Udało się to dość sprawnie i postanowiliśmy pójść na punkt widokowy oddalony o jakąś godzinkę pieszo. Grzało niemiłosiernie, a po dotarciu na miejsce okazało się, że do punktu widokowego nie ma dostępu. Wracając, zahaczyliśmy po drodze o świątynię Po Nagar (30 tys. dongów).




Idąc w stronę noclegu, musieliśmy też koniecznie coś zjeść, a później zobaczyć spory posąg Buddy. Po drodze kupiliśmy Monice orzechy na targu w okazyjnej cenie.





Nasz trzeci dzień w Nha Trang również zaczął się od śniadania. Tym razem trafiliśmy do Little Corner. Ta niepozorna restauracja uraczyła nas jajecznicą z trzech jajek z kiełbaską oraz burrito z kurczakiem. Wszystko było smaczniutkie, więc z uśmiechami na twarzy ruszyliśmy w stronę położonego jakąś godzinę drogi pieszo dalej oceanarium.






Wstęp kosztował śmieszne pieniądze (40 tys. dongów), a opinie w Internecie były dosyć mieszane. Nam się jednak bardzo podobało. Zwłaszcza sprawdzanie, czy nieruchomy krokodyl to nie atrapa. Okazało się, że nie.


Ten koleś to jednak nie atrapa, na szczęście nie próbowaliśmy głaskać


Niektóre ryby były dosyć creepy






Po oceanarium poszliśmy na zupkę z kalmarami. Niedaleko była stacja kolejki linowej na wyspę Vinpearl, na której znajduje się park rozrywki VinWonders. Nas interesowała tylko kolejka, więc po zapłaceniu 200 tysięcy za osobę w dwie strony, znaleźliśmy się po chwili w wagoniku. Całkiem ciekawe przeżycie.





Na wyspie poza parkiem rozrywki znajduje się wiele atrakcji, m.in. tor gokartowy, mnóstwo sklepów, restauracji, strzelnice, a chyba nawet minipole golfowe. Wracając na stały ląd, zdecydowaliśmy się na opcję wodną, gdyż kolejka do wagoników była tak długa, że spokojnie spędzilibyśmy w niej ponad godzinę. Na szczęście organizator tego miejsca pomyślał i zaproponował zainteresowanym darmowy transport łódką motorową (do takiej wchodzi ok. 100 osób), by rozładować tłum czekający na kolejkę linową.






Do pokoju wróciliśmy, korzystając z autobusu kursującego spod parku rozrywki do centrum i dalej. Dla posiadaczy biletów na kolejkę był on za darmo. To nam się podoba.

Ostatniego dnia w Nha Trang nie robiliśmy niczego spektakularnego. Popracowałem, a wieczorem poszliśmy pod katedrę, w której akurat odbywała się msza, później poszliśmy pooglądać fale, a skończyliśmy w greckiej knajpie, zajadając się sałatką grecką, souvlakami i tzatzikami. Mówię Wam — w Grecji ta miejscówka zrobiłaby furorę.



W tle diabelski młyn na wyspie, na której byliśmy wczoraj





Monika delektuje się jogurtem greckim, w Wietnamie to niespotykany widok

Jakieś pół godziny przed zrobieniem tego zdjęcia przypomniałem sobie, że zostawiłem aparat w Winmarcie,
na szczęście czekał tam na mnie i nikt go nie zwędził

Teraz siedzimy w Da Lat. Przyjechaliśmy tu po pięciogodzinnej podróży (miała trwać cztery). Ale o tym to już w kolejnym wpisie. Trzymajcie się tam! Do zaś!

4 komentarze:

  1. Przepiękne miejsce i super zdjęcia ☺️a łysinka Tomka rewelacja 😅.Czekamy na relację z nowego miejsca. Pozdrowionka 🥰

    OdpowiedzUsuń
  2. Inne niż zwykle, powitanie Nowego Roku..👍A najbardziej zazdrościmy tej kolejki nad wodą. Super.👏. Pozdrawiamy z Świętem Trzech Kroli

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie bydziesz ślepić glacą :D

    OdpowiedzUsuń