14 stycznia 2026

Niezły Sajgon

Do Sajgonu (żyje tu około 10 mln ludzi) planowo mieliśmy dotrzeć w piątek ok. 18:00. Wiedzieliśmy, że jak zwykle czeka nas obsuwa, ale nie przypuszczaliśmy, że aż taka — do pokoju trafiliśmy dopiero przed 22:00. Najpierw mieliśmy okazję przekonać się, jak wyglądają korki w tej wielkiej metropolii, a następnie musieliśmy walczyć z doładowaniem karty do telefonu, bo trochę za dużo korzystaliśmy z danych komórkowych w autobusie.

Za dużo może nie widać, ale to jest rondo!

Na szczęście po jakichś 40 minutach misja się powiodła. Jeszcze tylko pół godziny jazdy Grabem i jesteśmy wreszcie w pokoju.

Grabem jeździ się tak

Było już za późno, żeby zjeść coś na mieście, ale znaleźliśmy w okolicy sklep całodobowy, gdzie kupiliśmy awaryjne jedzenie do podgrzania, którym musieliśmy się zadowolić. Pokój trafił nam się taki sobie, a jego największą zaletą była niezwykle wydajna lodówka, ale jakoś damy radę. Najważniejsze, że jest aneks kuchenny, więc będziemy samowystarczalni. Miałam na oku znacznie sensowniejszy apartament, ale gdy już chciałam go rezerwować, to ktoś w tym momencie sprzątnął mi go sprzed nosa 😢. Niech ta osoba pamięta, że karma wraca! Plusem tego noclegu na pewno była okolica, zaskakująca spokojna jak na tak ogromne miasto.

Rano obudziliśmy się z okropnym bólem głowy. Całkiem możliwe, że poza długą podróżą dała nam w kość różnica wysokości między Da Lat (1500 metrów n.p.m.) a nizinnym Sajgonem. Na szczęście nie mieliśmy na ten dzień szalonych planów — Tomek popracował, a z pokoju wyszliśmy dopiero wieczorem na kolację, spacer i zakupy. Posiłek był dość smaczny, ale mało obfity mimo zamówienia podwójnej (zresztą tylko z nazwy) porcji grillowanego mięsa. Później trafiliśmy nad niewielkie jezioro, skąd blisko było do supermarketu. Niestety kolejny raz znajdował się w galerii handlowej, ale kupiliśmy tam wszystko, co trzeba, bo w bliżej położonych sklepach nie było takiego wyboru.



W niedzielę szczęśliwie już nic nam nie dolegało, więc dwoma miejskimi autobusami wybraliśmy się do centrum na zwiedzanie. Początkowo myśleliśmy, żeby zamówić Graba, ale nie lubimy się wozić bez potrzeby, gdy można coś samodzielnie zorganizować. W pierwszym autobusie znajdował się ciekawy automat do samodzielnego wydruku biletów, po czym pieniądze wrzucało się do stojącego na środku pojemnika, a kierowca jedynie w razie potrzeby wydawał resztę. Można też było płacić kartą, ale za późno się zorientowaliśmy. Autobus przypominał bardziej busik, a o zamiarze wysiadania na najbliższym przystanku informowało się kierowcę za pomocą specjalnego przycisku (tu wszystkie przystanki są na żądanie). Bilet kosztował około złotówki za osobę za przejazd.

Kierowca autobusu zatrzymał się po drodze po jakąś przekąskę,
na środku skarbonka na opłaty za bilety

Pierwsze kroki w centrum skierowaliśmy w stronę Pałacu Zjednoczenia, który kiedyś był rezydencją prezydenta. Pomieszczeń tam było co niemiara, a to dopiero początek zwiedzania... Całe szczęście, że kupiliśmy bilety w wersji podstawowej bez dodatkowej wystawy. Atrakcja kosztowała nas 6 zł od osoby.



Nikt tu nic sobie nie robi z tabliczek zakazujących deptania trawy






Po wyjściu przekąsiliśmy bagietkę i poszliśmy w kierunku budynku poczty pochodzącego z czasów kolonialnych oraz katedry, która jest od dłuższego czasu w remoncie i aktualnie widać niestety tylko rusztowania.




Później podeszliśmy jeszcze pod gmach opery, orientując się, że nie zdążymy już tego dnia wybrać się do Muzeum Pozostałości Wojennych, na którym bardzo nam zależało.

Na szczęście mamy jeszcze w Sajgonie dwa noclegi, więc nadrobimy to jutro. Tymczasem wybraliśmy się w kierunku deptaku nad rzeką Sajgon, gdzie poczekaliśmy do zachodu słońca, żeby z oddali podziwiać oświetlone wieżowce. Do pokoju wróciliśmy ponownie autobusem, a na kolację zjedliśmy kurczaka z warzywnym makaronem. 





W poniedziałek zwiedzanie zaczęliśmy od muzeum, które zrobiło na nas piorunujące wrażenie. W pamięć zapadła nam szczególnie wystawa poświęcona ofiarom czynnika pomarańczowego, czyli toksycznej substancji, którą Amerykanie stosowali podczas wojny w Wietnamie. Czynnik powodował upośledzenia, deformacje ciała oraz niepełnosprawności u ludzi w wielu powojennych pokoleniach. Miejsce to jest niezwykle poruszające i nie sposób go pominąć podczas zwiedzania Sajgonu. "Ludzie ludziom zgotowali ten los" — niech te słowa Zofii Nałkowskiej posłużą za dalszy komentarz.



W takich klatkach przetrzymywano więźniów, do tej większej wchodziło siedmiu

Po wizycie w muzeum poszliśmy odetchnąć do parku, obmyślając plan działania. Jako że byliśmy już trochę głodni, to nie mogliśmy przepuścić okazji, by nie zjeść sajgonek podczas pobytu w Sajgonie. Tomek dla kontrastu wziął jeszcze hamburgera, a ja ryż z grillowanym mięsem. Jedzenie wybitne nie było, ale sajgonki w Sajgonie popijane piwem Sajgon (przez Tomka) to przyjemność, której ciężko sobie odmówić.

Później poszliśmy jeszcze obejrzeć z zewnątrz budynek dawnego ratusza miejskiego, w którym obecnie znajduje się siedziba Komitetu Ludowego. Myśleliśmy o zwiedzaniu muzeum sztuk pięknych, ale zamiast tego ruszyliśmy na stację metra, żeby podjechać pod wieżowce, o których pisałam wcześniej.


W Sajgonie działa obecnie tylko jedna linia metra, ale jest już wśród mieszkańców dość popularna. Stacje są bardzo zadbane, na każdej porządku pilnuje ochrona, a wejście do pojazdu jest dodatkowo zabezpieczone szklanymi drzwiami. Nawet bilety jednorazowe są zapisywane na plastikowej karcie, za którą pobierana jest zwrotna kaucja. Zajechaliśmy co prawda o jedną stację za daleko, ale jako że nie opuściliśmy budynku, tylko zmieniliśmy perony, to nie musieliśmy opłacać kolejnego przejazdu.

Spacer obok wieżowców wymagał dość skomplikowanego przejścia na drugą stronę drogi, ale opłacało się. Trafiliśmy też do parku, gdzie weszliśmy na taras widokowy. Było tam dużo spacerowiczów, biegaczy oraz rodzin z dziećmi — większość z nich to pewnie mieszkańcy otaczających park molochów.





Powrotne metro przyjechało sprawnie, gorzej z autobusem, który miał piętnastominutowe opóźnienie, a później dość długo stał w korku.


W niedzielę był trochę mniejszy ruch, ale nawet w dni robocze nie ma tragedii. Tu normalne jest przechodzenie przez jezdnię przy takim ruchu jak poniżej, ale nagrywanie tego raczej nie jest rozsądne, bo wymaga to sporej koncentracji.


Filmik z podróży autobusem można zobaczyć tu.

Gorąc też okazał się do zniesienia, choć w poniedziałek nieprzyjemna wilgotność pogorszyła nieco sprawę. Wczoraj już bez opóźnień przyjechaliśmy do miasta Can Tho, które jest jednym z naszych ostatnich przystanków w Wietnamie, ale o tym już nie dzisiaj. Przesyłamy Wam dużo ciepła i niezmiennie czekamy na komentarze i wiadomości prywatne — o ile ciągle tu zaglądacie 😉. Dbajcie o siebie, pa!

1 komentarz:

  1. Zaglądamy tutaj systematycznie 😍Naprawdę niezły sajgon w Sajgonie 😵‍💫Dziękujemy za ciepło od Was... pozdrowionka i czekamy na relację z ostatniego przystanku w Wietnamie i decyzję gdzie potem ?🤔😘

    OdpowiedzUsuń