Piszę tego posta z Ha Tien, naszego ostatniego przystanku w wietnamskiej podróży, położonego tuż przy granicy z Kambodżą. Pierwsze wrażenia wskazują, że to dosyć spokojna miejscowość, a wg informacji z Internetu mieszka tu garstka, bo ok. 40 tysięcy, osób.
Ale ten wpis nie będzie o Ha Tien. Co to miasteczko ma do zaoferowania, dowiemy się w ciągu kolejnych dni, a dzisiaj opowiem Wam o Rach Gia, które jest portowym miastem gdzieś w połowie drogi między Can Tho a Ha Tien, i w którym spędziliśmy cztery dni.
Zaczęło się nieźle, bo kiedy pojawiliśmy się w hotelu (będę w tym wpisie nazywał to miejsce hotelem, choć to bardzo na wyrost), okazało się, że nasz pokój jeszcze nie jest przygotowany. Było przed 16. Powinien być gotowy. Gość ogarniający temat (przedstawił się jako Ducky) zaproponował nam inny pokój, ale nie wzięliśmy, bo nie było w nim kuchni, a zabukowaliśmy taki z kuchnią. No nic. Poszliśmy zjeść pho i kiedy wróciliśmy, pokój był już gotowy. Tak twierdził wspomniany typ. Tylko że nie działała lodówka i w aneksie kuchennym nie było żadnego sprzętu do gotowania. Żadnego, nie mówię tu o patelniach czy garnkach. Nie było żadnego palnika. Ostatecznie znalazła się skromna kuchenka, a lodówkę zaiwaniliśmy z pokoju naprzeciw za zgodą Ducky'ego.
A, i odpływ ze zlewu w kuchni był rurką, która prowadziła do kratki pod prysznicem. Kreatywnie, nie ma co ;). Ale o tym aneksie można by snuć historie, pisać bajki i legendy, bajać, bajdurzyć itp. Monice pewnie jeszcze nieraz się on przyśni, sama stwierdziła, że gorszego aneksu chyba w życiu nie widziała.
Ale dobra, zainstalowaliśmy się, przesunęliśmy łóżko tak, żeby było na wprost telewizora, by wygodnie oglądało się kolejne polskie filmy sprzed lat na YouTube i postanowiliśmy pójść poszukać czegoś na kolację. Mamy przecież kuchnię!
W taki sposób trafiliśmy najpierw do Co.op Martu, a później do Mega Marketu. W tym drugim na wejściu spinają plecaki klientów trytytkami, żeby nic im nie podwędzić. Tylko że robią to tak nieudolnie, że plecak i tak się otwiera z palcem w nosie. Bawi mnie zresztą przy Mega Marketach organizacja parkingów dla skuterów. Wjeżdża się w bramkę i dostaje kartę parkingową, którą przy wyjeździe się zwraca. Jaki to ma cel? Pewnie jakiś ma, choć żadnego info o potencjalnych opłatach za parking nie widzieliśmy. Na kolację wzięliśmy całego pieczonego kurczaka, sporo bakłażana i makaron. Wyszło bardzo smacznie. Drugiego dnia nie ma co opisywać, bo siedziałem przy tablecie, walcząc o to, by dokończyć zlecenie na czas. Jedynie wieczorem udało się wyjść na szybki spacer.
Trzeci dzień w Rach Gia to standardowy spacer po okolicy, połaziliśmy trochę, ponarzekaliśmy na upał, zjedliśmy łamany ryż w knajpce dla lokalsów koło kościoła i jakoś ten dzień zleciał.
Za to kolejne dwa dni to skuter. Takim rzęchem jeszcze nie jeździliśmy. Nie działały światła, hamulec powiedzmy, że był, o prędkościomierzu i prawidłowych wskazaniach poziomu benzyny można było zapomnieć. I strasznie skrzypiał, ale co to dla takiego króla szos...
Kolejnego dnia znów pokonaliśmy ok. 100 km, jadąc do jakiejś wiochy z jeziorkiem, w której nawet dwaj uczniowie w wieku licealnym przeprowadzili z nami wywiad podobno w ramach jakiegoś projektu do szkoły. Byli dosyć zdziwieni naszym widokiem. W sumie nic dziwnego, w trakcie obu wypraw skuterowych nie zauważyliśmy ani jednego turysty.
Zahaczyliśmy jeszcze o kompleks świątynny, będąc świadkami, jak jeden z mnichów uderza w dzwon o 16 i zanosi modlitwy do swojego boga. W drodze powrotnej zabrakło nam paliwa, ale akurat obok stacji benzynowej, więc można powiedzieć, że szczęście się nas trzyma.
Znów kupiliśmy pieczonego kurczaka i pieczywo, bo byliśmy już dosyć głodni, a akurat wszystkie knajpy, które mijaliśmy, były jeszcze pozamykane (była 16, mogliby wcześniej zabierać się za karmienie ludzi).
Wieczorem byliśmy świadkami, jak miejscowi zaanektowali pas jezdni, stawiając na nim wielki namiot i urządzając sobie imprezę karaoke. Zresztą w całym Wietnamie słychać zawodzenie z takich imprez, bo głośniki wystawione są na zewnątrz i każdy nieświadomie staje się uczestnikiem koncertów, które rzadko kiedy są przyjemne dla ucha. Myślę, że właśnie karaoke i robienie sobie sesji zdjęciowych przez młodych Wietnamczyków niemal na każdym kroku to jedne z większych różnic w stosunku do Polski. I nie mówię tu o jakichś selfikach. Tu wszystko jest profesjonalne — ciuchy, makijaż, aparat, dosłownie cała otoczka.
Reasumując, Rach Gia zapewniło nam wgląd w normalne życie lokalsów z okolicy, ale jako miejscowość na pewno nas nie zachwyciło. Do tego, nie bójmy się tego powiedzieć, wtopa z noclegiem. Jazda po okolicznych miejscowościach dawała nam frajdę, ale ogólnie nie ma się co dziwić, że nikt tu nie zagląda. W samym Rach Gia na palcach jednej ręki można było policzyć nasze spotkania z turystami z zagranicy. W Ha Tien będzie pewnie podobnie, ale tu przynajmniej są plaże, z których mamy zamiar korzystać. Ostatnio udało się to w Cat Ba, czyli na początku grudnia. Należy nam się.
Kochani , super czyta się to wszystko co piszecie,fotki pomagają nam to sobie wyobrazić☺️Wietnam prawie już znamy ..jeszcze czekamy na te piękne plaże by się trochę wykąpać i poopalać 🤣😘
OdpowiedzUsuńZ tym "fajnym" posągiem był potencjał na selfiaczka. Dwie krople wody jak nic :D
OdpowiedzUsuń