30 stycznia 2026

Wpadliśmy jak śliwka w Kampot

Do granicy z Kambodżą mieliśmy z Ha Tien, jak już napisała Monika, jakieś 15 minut jazdy. Bus miał być o 11:30, więc już jakąś godzinę wcześniej wyszliśmy z pokoju, by ogarnąć transport, wiedząc, że z zamówieniem Graba może być problem na takim zadupiu. Miejsce odjazdu było oddalone od naszego noclegu ledwie o 2 km, ale deptanie nawet tak krótkiego dystansu w pełnym słońcu z tobołami nie uśmiechało nam się. Graba nie udało się złapać, ale znów mieliśmy szczęście i dosłownie po chwili podjechał jakiś facet, pytając, czy szukamy taksówki. Stargowaliśmy ze 100 tysięcy na 80 i po kilku minutach byliśmy już przed siedzibą Mekong Travel w Ha Tien. W środku sami turyści, co w zasadzie zrozumiałe, po co Wietnamczykom jechać do Kambodży?

Bus wysadził nas na granicy, a kierowca przed wysadzeniem nas kazał zrobić pasażerom zdjęcie busa, który odbierze nas po stronie kambodżańskiej (robiliśmy zdjęcia zdjęciu na komórce). Granica zabrała nam dobrą godzinę z życia, najpierw kolejka po stronie wietnamskiej po pieczątkę wyjazdową, później załatwianie wizy (powinna kosztować 30$, ale bezskutecznie próbowali z nas zedrzeć 40, w końcu stanęło na 35, bo nie miałem już siły kłócić się, że zdjęcia paszportowe, o które nas dopytywali, nie są wymagane wg oficjalnych wytycznych. Trudno, 3 dychy w plecy to ciągle mniej niż 70 złotych, ale nastęnym razem będę walczył twardziej. Inni potulnie płacili po 40, więc i tak jakaś tam satysfakcja jest).

Mamy wizy – można działać!

Wysiedliśmy w Kampocie po jakiejś godzinie jazdy, mniej więcej o 14. Od razu znalazł się tuk tuk gotowy zabrać nas do naszego hotelu (Sunshine Hotel). Z pięciu dolców stargowaliśmy na cztery i w drogę! Na miejscu już czekała miła gospodyni sprawnie władająca angielskim, co za miła odmiana po Wietnamie! Zresztą urzędnicy na granicy i kierowca tuk tuka również radzili sobie z angielskim bardzo dobrze. Pogadaliśmy chwilę (wg Moniki zbyt długo) z gospodynią, która poleciła nam wycieczki w okolicy,  wypiliśmy piwko (to znaczy ja, Monika wodę), zorganizowaliśmy skuter i poszliśmy do pokoju.




Minęło może 15 minut i gospodyni przyszła, oznajmiając, że skuter jest już na miejscu i że powinienem zejść, bo gość, który użycza tych skuterów, chce mi pokazać co i jak. Facet okazał się Amerykaninem, a skuter wyglądał całkiem porządnie, zwłaszcza zważywszy na to, co spotykało nas ostatnio w tym temacie. I nie trzeba przekręcać kluczyka, taka magia! Wystarczy, że kluczyk jest w pobliżu, a skuter działa jak ta lala. No, może na wertepach trochę ma problemy z utrzymaniem obrotów silnika, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Za skuter i nocleg na pięć dni dla dwóch osób zapłaciliśmy niecałe sto dolarów (USD). Tu walutą jest oficjalnie riel kambodżański, ale działa zamiennie z dolarem. Przeliczając, 1 USD = 4000 rieli. Często zdarza się, że płacimy dolarami, a resztę dostajemy w rielach.

Wsiedliśmy na skuter i w drogę na zakupy! (Tak, wiem, wypiłem piwo... 330ml, 4%). I tu zonk, nie ma produktów, do jakich przywykliśmy w Wietnamie i ogólnie jest drożej! Może napoje są w podobnych cenach, ale nie ma ani sensownej bajlagi na pieczywo, ani nawet żadnego pasztetu na czarną godzinę (jest – francuski za 20 złotych za puszkę). Co oni tu jedzą? No nic, kupiliśmy jakiś tam chleb tostowy i wietnamską szynkę (coś jak konserwowa, ok. 10 złotych za 200g). Gdzieś w międzyczasie byliśmy świadkami tego, jak jakiś Australijczyk rezygnuje z zakupu truskawek, bo okazało się, że opakowanie 250g kosztuje 10$. Facet myślał, że 40$, bo na kasie wyskakuje kwota w rielach, co wielu turystów myli. W każdym razie 35 złotych za 250g truskawek to też zdzierstwo.

Na mieście zjedliśmy tradycyjne khmerskie danie – amok z kurczakiem. Do tego po mrożonej kawce (amok – 3 USD, kawa 0,75 USD). Amok to coś jak łagodne curry z mleczkiem kokosowym. Poczuliśmy się więc dość komfortowo, bo już w Polsce takie smaki dla nas to była normalka.

Na szczęście w Kampocie prężnie działa Grab. Na kolację zamówiliśmy więc najpierw pizzę (quattro stagione) z włoskiej knajpy (Marino? Milano? za jakieś 7 USD, całkiem porządna, nie to co w Phong Nha w Wietnamie). Byliśmy jednak tak głodni, że musieliśmy jeszcze domówić coś między kebabem a souvlaki z greckiej knajpy. Za porcję zapłaciliśmy jakieś 15 złotych. W taki sposób, wydając mniej więcej 60 złotych, zjedliśmy po połowie pizzy i po kebsie. I uwierzcie – wszystko było mega smaczne. Ale my już pewnie jesteśmy skrzywdzeni ciągłym jedzeniem azjatyckich wynalazków...

Niebo w gębie

O nocy mogę powiedzieć tylko tyle – niech szlag trafi psy szczekające o drugiej nad ranem jakby się szaleju nażarły. Na szczęście mamy na podorędziu stopery do uszu i chyba tylko to nas uratowało. A gospodyni ostrzegała, że z psami sąsiadów bywa różnie, oj ostrzegała.

Drugi dzień zaczęliśmy na luzie, zjedliśmy na śniadanie ten wspomniany już chleb tostowy z masełkiem, szynką i pomidorami, Monika wypiła kawkę jak co dzień (ja jakoś nie mam na to klimatu) i w drogę. Najpierw apteka i zakup środka na komary, niestety nie mieli zatyczek do uszu, a przydałby się zapas. W Kambodży co prawda notuje się zachorowania na dengę i malarię, ale nie bójcie się o nas, wiemy, co robimy. Dotychczas jakoś problem z owadami nie był aż tak duży, by o nim pisać, czasem zdarzył się jakiś większy karaluch w pokoju, poza tym nic spektakularnego. No chyba że gadamy o jaszczurkach. Takie w Wietnamie można było spotkać wszędzie i nawet człowiek się uśmiechał, widząc, jak po ścianie pokoju popyla mu zielone żyjątko.

Zszedłem z tematu. Miało być o drugim dniu w Kambodży, ale mózg ciągle wraca do tego, co już przeżył, postaram się to ograniczyć.

No to drugiego dnia postanowiliśmy odwiedzić lasy namorzynowe i Kep, miejscowość słynącą głównie z targu z owocami morza. Za bardzo nie będę się na ten temat rozpisywał, niech zdjęcia przemówią same za siebie.

Krowy są zupełnie inne niż w Polsce






Facet wyglądał, jakby polował kijem na ryby



Małpy czają się wszędzie

Zjedliśmy w Kep jakieś mięsko z ryżem, a w drodze powrotnej zahaczyliśmy o kolejny las namorzynowy. Też ciekawy, ale pierwszy był lepszy. Po powrocie do miasta trafiliśmy jeszcze na plażę nad rzeką.





Słynny krab w Kep



Po takiej ścieżce zdrowia udało mi się przejść jakieś 15 metrów, Monika całkiem wymiękła

Na kolację azjatycki standard ;) – panierowana pierś z kurczaka z ziemniaczkami, fish & chips oraz warzywne spring rollsy. Matko – jak nam brakuje takiej strawy... Ogólnie wieczór wyglądał tak, że Monika pisała wczorajszego posta, a ja ogarniałem żarcie. Dzisiaj i ogarniam żarcie, i piszę posta. Gdzie sprawiedliwość?

Dzisiaj chcieliśmy plażować. W tym celu ustawiłem w nawigacji Coconut Beach. Po drodze kupiliśmy w piekarni jakieś pieczywo i po kawałku pizzy na drożdżowym cieście. Podobną jedliśmy w Wietnamie. Do tego suszona wieprzowina, całkiem smaczna. 
Droga na plażę przez ostatnie dwa kilometry była bardzo wyboista, ale byłem na to przygotowany. Dosłownie wszyscy piszą o tym w Internecie. Po drodze mieliśmy za to okazję podziwiać salt fields, czyli solne pola. Proces pozyskiwania tutaj soli jest naprawdę fascynujący.







Te kopczyki to sól, widać pracownika, który ją zbiera

Udało nam się jeszcze zajrzeć do jakiejś jaskini i pochodzić po terenie przy jakiejś pagodzie. Przepraszam, że nie rzucam nazwami własnymi, ale trudno jest je doprawdy spamiętać. Zapamiętam za to, że główne drogi w tym regionie są w lepszym stanie niż w wietnamskich odpowiednikach. Udało mi się rozpędzić do 90 km/h! Nie planuję tego wyczynu powtarzać, ale w Wietnamie, osiągając 70 km/h, człowiek czuł, że igra ze śmiercią, oczywiście przesadzam.







Po powrocie do miasta zjedliśmy obiad w knajpie o nazwie Titanic. Ja – barrakudę w sosie cytrynowym, czyli specjalność zakładu. Monika – tom yum z kurczakiem. Zapłaciliśmy za wszystko 7,50 USD. Było smacznie, choć atmosferę psuła trochę obecność ruskich przy stoliku obok.

Barrakuda w sosie cytrynowym

Koniec dnia standardowy. Zakupy, kolacja z dowozem (dzisiaj devolaye i duże pierogi) i pewnie wjadą kolejne odcinki serialu "Skok" na Amazonie. Całkiem niezły. Fascynujące, że opcje jedzenia z dowozem są tu znacznie bogatsze niż w Hanoi. Kto by pomyślał. A za dostawę liczą sobie 2 złote. Tak to można, zwłaszcza że do centrum jedziemy skuterem jakieś 10 minut i nie zawsze się chce.



Pozdrawiamy i do kolejnego!

2 komentarze:

  1. W końcu trochę "normalności" chociaż tylko na talerzu ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaczynacie nowe przygody ....nowe jedzenie i nowe krajobrazy...urocze 🤗trochę normalności się przyda by zatęsknić za Polską 😁

    OdpowiedzUsuń