04 lutego 2026

Tam, gdzie pieprz rośnie

Przedostatniego dnia pobytu w Kampocie wybraliśmy się do parku narodowego Bokor ze szczytem (a raczej wzniesieniem) o tej samej nazwie. Początkowo chcieliśmy wejść na punkt pieszo, ale raz, że trasa pokazywała cztery godziny w jedną stronę bez możliwości zrobienia pętli, a dwa, że w tych rejonach nigdy nie można być pewnym, czy szlak na pewno istnieje. Ustaliliśmy więc, że podjedziemy tam skuterem, a na górze trochę się pokręcimy. Droga wiodła asfaltową pętlą w otoczeniu drzew i małp, które co rusz pojawiały się za zakrętem. Po drodze stanęliśmy przy ogromnym posągu bogini Lok Yeay, gdzie wiele osób, jakżeby inaczej, robiło sobie sesje zdjęciowe.


Po dotarciu na szczyt spotkało nas rozczarowanie, bo oprócz opustoszałego pałacu nic tam w sumie nie było, ani drzew, ani widoków. Zrobiliśmy tylko krótki spacer, odkrywając kolejne pustostany z zamierzchłych czasów. Teoretycznie gdzieś tutaj biegł szlak, który początkowo rozważaliśmy. Jeśli gdzieś był, to na pewno nie w cieniu, który byłby pożądany w takim upale. Pocieszano mnie, że w Kambodży będzie może kapkę chłodniej. Otóż nie – jest znacznie goręcej, bo jakieś 32 stopnie w cieniu. Wilgotność powietrza wydaje się mniejsza, ale i tak jest z 10 stopni za dużo. W drodze powrotnej zajrzeliśmy do budynku kościoła z czasów kolonialnych i zrobiliśmy parę zdjęć z klifu, a później trafiliśmy do kompleksu świątyń, który był chyba najciekawszym punktem tej wycieczki. 



Są różne sposoby, by chronić się przed słońcem



Kościółek był całkiem klimatyczny, w środku jednak całkiem zrujnowany

Później podjechaliśmy do wodospadu, który okazał się wyschnięty. Wstęp kosztował tylko 1,50 zł od osoby, ale po co ludzi wpuszczać do nieczynnej atrakcji? Tyle dobrze, że w cenie biletu była mała butelka wody. Na koniec zajrzeliśmy nad zalew, który szumnie nazywany jest górskim jeziorem. Spuszczę na to zasłonę milczenia. Po dotarciu do Kampotu zjedliśmy kolację w street foodzie, Tomek kalmary w sosie pieprzowym, ja wołowinę z jajkiem. Nic wybitnego, ale dało się zjeść. Tego dnia już nic nie zamawialiśmy do pokoju, zresztą dobrze, bo szybciej położyliśmy się spać.





Tu w porze deszczowej jest wodospad


Kalmary smażone z miejscowym pieprzem


Pierwszego lutego odwiedziliśmy miejsce o nazwie La Plantation, czyli ekologiczną plantację pieprzu założoną w 2013 roku przez parę francusko-belgijską. Na miejscu mieliśmy do wyboru grupowe zwiedzanie plantacji z przewodnikiem po angielsku (za friko) lub płatny 20 dolców od osoby wariant uwzględniający wizytę w zakładzie produkcyjnym. Na samą myśl o zwiedzaniu z przewodnikiem, na dodatek w grupie, miałam ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie. Ale zaraz, pieprz rośnie właśnie tutaj, więc gdzie niby mam zwiać? Zresztą za darmo nawet ocet słodki, więc zapisaliśmy się na bezpłatne zwiedzanie, do którego pozostało jakieś 40 minut. Czas oczekiwania spędziliśmy w tamtejszym barze, pijąc mrożoną kawę po 6 zł za sztukę. Nie za tanio, ale niech mają, skoro już weszliśmy na krzywy ryj. O 13 stawialiśmy się w punkcie zbiórki, gdzie sympatyczna przewodniczka skrupulatnie nas przeliczyła. Podczas oprowadzania dużo mówiła, a ludzie przytakiwali jej z zainteresowaniem, więc były to chyba dość ciekawe rzeczy. A może tak po prostu wypada robić, gdy ma się przewodnika? Ciężko stwierdzić, bo mnie w takich sytuacjach dosłownie wyłącza się mózg, ale Tomek wydawał się zadowolony. 





Pierwszy polski napis, jaki spotkaliśmy do tej pory, nie licząc spożywczaków


Koreański piesek był gwiazdą wycieczki

Tak rośnie pieprz

Znalazło się nawet kilka czerwonych ziarenek

To też jest pieprz, bardzo ciekawy w smaku


Ostatnim punktem programu była degustacja pieprzu, której kompletnie się nie spodziewaliśmy. Każdy uczestnik dostał kartkę, na której zaznaczał, w jakim stopniu smakuje mu dana przyprawa. Pod koniec odrobinę się wygłupiłam, bo oddałam kartkę prowadzącej, myśląc, że to rodzaj ankiety satysfakcji, mimo że kartki miały być dla nas na pamiątkę. Kiedy człowiek taki podejrzliwy się zrobił, że we wszystkim węszy podstęp? Same przyprawy były jednak rzeczywiście dość ciekawe. Po degustacji spędziliśmy jeszcze chwilę w sklepie z bogatą ofertą tamtejszych wyrobów, których można było wcześniej bezpłatnie skosztować.



Prawie jak na kartkówce 

My oczywiście poprzestaliśmy na degustacji. Na terenie obiektu można było też skorzystać z restauracji (dość drogiej), wziąć udział w warsztatach kulinarnych lub zajrzeć do niewielkiego ogrodu z egzotycznymi roślinami. Wybraliśmy ostatni wariant, siedząc dość długo w cieniu pod wiatą. W drodze powrotnej chcieliśmy zjeść coś lokalnego w knajpce obok jeziora (tym razem jeziora z prawdziwego zdarzenia), ale akurat nie było w menu pozycji, którymi byliśmy zainteresowani. Inne miejsce też było zamknięte, więc stanęło na zupie, gdy dojechaliśmy do centrum. Tomek narzekał na rozgotowany makaron, a ja wzięłam kleik z kurczakiem, który też nie był wybitny.



Zupka byłaby dobra, gdyby makaron był mniej glutowaty

W Wietnamie z zupami lepiej sobie radzą. Na kolację wzięliśmy ponownie wariant "zachodni" z dowozem – Tomek zjadł burgera, ja pieczeń z puree ziemniaczanym, a do tego na spółę symboliczną rybę z frytkami. Każde danie kosztowało ok. 17 zł i w naszej ocenie było warte swojej ceny. W Wietnamie może i było taniej, ale to dlatego, że jedliśmy głównie zupy czy skromne dania ze śladową ilością mięsa. No i ciężko było znaleźć miejsca z zachodnią kuchnią, a gdy już się to udawało, to były bardzo drogie.

Ostatnia kolacja w Kampocie

Pobyt w Kampocie zleciał ekspresowo, pewnie ze względu na efekt nowości po trzech miesiącach w Wietnamie. Kończę pisać te przydługawe wynurzenia ze stolicy, czyli Phnom Penh, gdzie przyjechaliśmy w poniedziałek. O pobycie tutaj będzie oczywiście osobna relacja. Trzymajcie się tam cieplutko! 

1 komentarz:

  1. Trzymamy się cieplej trochę bo u nas odwilż ,ale daleko nam do 32st.😋Grzejcie się póki możecie ,bo chętnie byśmy się zamienili temperaturami🤭Kiedyś będziecie mogli powiedzieć że byliście gdzie pieprz rośnie 😂

    OdpowiedzUsuń