12 grudnia
Przebywamy obecnie w Tam Coc, miejscowości nieopodal Ninh Binh (pozdrowienia dla pani z Huong Viet, naszej ulubionej knajpy w Chorzowie, która pochodzi z tych okolic), znanej z tego, że tutejsze krajobrazy porównuje się do zatoki Ha Long, tyle że wszystko ma miejsce na lądzie. Podróż tutaj minęła bez żadnych komplikacji, odebrano nas spod hotelu w Cat Ba, przesiedliśmy się na motorową łódkę w porcie, później znów autokar i wysiadka pod drzwiami homestayu w Tam Coc. To zresztą ciekawe zjawisko: w trakcie podróży autokarem krąży po nim lista, którą uzupełnia się danymi osobowymi i miejscem, w którym planujemy się zatrzymać. I zawsze, kiedy przychodzi kolej pierwszych wysiadających, następuje wśród innych podróżnych popłoch, jakby nie wierzyli, że autokar ich również podwiezie tam, gdzie powinien. Tym razem my wysiadaliśmy pierwsi, a wraz z nami wysiadło pół spanikowanego autokaru. Niektórzy nie ogarniają jeszcze, jak widać, że tu przemieszczanie się z miejsca na miejsce jest bardziej komfortowe niż w Europie. Dziwi mnie tylko, że nie śledzą swojego położenia na mapach online i głupio się pytają, czy autokar jedzie do Tam Coc, będąc w Tam Coc. Ale co począć...
W homestayu zostaliśmy przywitani imbirową herbatą i bananami. Razem z nami zameldował się też ok. 60-letni Brytyjczyk (zgaduję po akcencie). Wspominam o nim teraz, gdyż jeszcze się pojawi w tym poście. Nie mam pojęcia, jak ma na imię, ale wydaje się bardzo sympatyczny. Nie wiem, czy jechał z nami autokarem, czy po prostu tak się złożyło, że byliśmy w tym samym momencie w tym samym miejscu.
Pierwsza kolacja składała się z sajgonek, sałatki z kwiatów bananowca, zupek i makaronu z kurczakiem. Od razu zatęskniliśmy za Yummy z Cat Ba. To jednak nie to samo. Ceny może i się zgadzały, ale zupy były bardzo małe, reszta zresztą też nie urwała wiadomo czego. Nie zapłaciliśmy nie wiadomo ile, ale i tak wiedzieliśmy od razu, że już do tego miejsca nie wrócimy.
Wczoraj na śniadanie było banh mi. Niestety zbyt przesuszone i składników też nie było za wiele. Ale dobra, nocleg tani, pokój spoko, z lodówką, można to wybaczyć. Ale dlaczego po raz kolejny dostajemy kawę z mlekiem i cukrem, prosząc o czarną i gorzką? Czemu ci ludzie nie dopytują, jeśli nie rozumieją, co się do nich mówi po angielsku? Gospodyni stara się być miła, tłumaczy różne fajnie brzmiące powitalne hasełka na angielski w tłumaczu Google, doceniam, ale bardziej doceniłbym, gdyby powiedziała, że czegoś nie rozumie, a nie kiwała głową, jakby wszystko było jasne.
Później poszliśmy tam, gdzie nogi poniosą, chcieliśmy wejść na jakąś kaczą fermę, która jest tu dosyć popularna, ale kiedy dowiedzieliśmy się, się, że czasem malują kaczki sprejem na niebiesko i różowo, żeby lepiej wyglądały, to postanowiliśmy odpuścić temat, żeby nie wspierać patologicznych zachowań. Kaczki są fajne żółte i białe. Chyba że dzikie, to wiadomo... Przekąsiliśmy też coś w restauracji Vintage, a konkretnie zupy i bowl z krewetkami. Nic szczególnego.
Na kolację poszliśmy do Family Restaurant, wysoka ocena na TripAdvisorze, polecajki z każdej strony, niby tanio, niby smacznie. Zamówiliśmy sałatkę z kwiatów bananowca (nie możemy się powstrzymać, kiedy widzimy to w menu), pieczoną na ruszcie kaczkę i sajgonki. Kaczka była chyba najsłabsza, przeciągnięta i sucha. Ale tu lubią trzymać je kręcące się nad żarem przez kilka godzin, więc to pewnie wina naszych wyrafinowanych kubków smakowych, że nam nie smakowała aż tak. Sałatka i sajgonki były w porządku :).
Dzisiaj wstaliśmy z zamiarem wypożyczenia rowerów, które booking gwarantował jako darmowe. Na śniadanie było banh bao, więc bez szału. I to ewidentnie jakaś kupna opcja. Zjedliśmy je i wypiliśmy obowiązkową herbatkę imbirową, ale dzisiaj już konkretnie za pomocą tłumacza Google poprosiliśmy też o czarną kawę bez cukru. I taką też dostaliśmy. I muszę przyznać, że to chyba najlepsza kawa, jaką piliśmy, jeśli chodzi od miejsca, w których się zatrzymujemy.
Wróciliśmy do pokoju, obmyśliliśmy trasę, zeszliśmy na dół i poprosiliśmy o rowery. Gospodyni pomachała ręką sąsiadce, poszliśmy więc do sąsiadki, dostaliśmy rowery i już chcemy jechać, kiedy czujemy, że jest jakoś dziwnie. Podchodzi jakiś typ i gada, że sto tysięcy za dwa. To jakieś 14 złotych, a nam nie chciało się za bardzo kłócić, więc płacimy, zostawiamy w depozycie "ajdi" i ruszamy.
Pierwszy przystanek — kompleks z jaskinią Mua i Górą Leżącego Smoka (nie wiem, czy to oficjalna nazwa, ale sugeruję się angielską). Wstęp — kolejne sto tysięcy, ale byliśmy na to gotowi. Byłoby na pewno fajniej, gdyby nie tłumy. Zwłaszcza Azjaci psują klimat swoim głośnym zachowaniem. W Internecie najbardziej narzeka się na Chińczyków i Koreańczyków. Może to oni? Schodząc na dół po schodach, a jest ich tu około pięciuset, spotkaliśmy naszego znajomego Brytyjczyka. Widać postanowił spędzić ten dzień podobnie jak my. Przywitaliśmy się z uśmiechem i każdy poszedł w swoją stronę. Wypiliśmy jeszcze po kokosie, dla równego rachunku zamówiłem jeszcze sok z trzciny cukrowej z lodem, a później domówiliśmy dwa banh bao i odebraliśmy rowery. Za parking dla rowerów trzeba zapłacić jakieś 70 groszy.
13 grudnia
Udało się, kolacja z pieczoną kozą była bardzo dobra. Przebiła nawet poziomem wczorajszą knajpę, w której jedliśmy wcześniej. Proponowano nam dokładkę ryżu, kiedy się kończył, i dbano o to, żeby zawsze było dosyć sosu w miseczkach.









Przecież Wy Polskę opusciliscie już prawie dwa miesiące temu.a nie dwa dni.🤣Kozice to byśmy też chętnie skosztowali ,jeśli to mięsko a nie chorwackie 😋krewetki 😋 Radość w oczach Moniki przy konsumpcji lodów bezcenna🤭
OdpowiedzUsuń