14 grudnia 2025

Proszę państwa, oto miś

W trakcie pierwszego wieczornego spaceru po Tam Coc zauważyłam gdzieś plakat z informacją o azylu dla niedźwiedzi, który znajduje się w tych okolicach. Lubimy odwiedzać takie miejsca, ale w kolejnych dniach mieliśmy inne rzeczy do roboty, a wczoraj, jak już wiecie, lało przez cały dzień i wyszliśmy jedynie wieczorem na kolację. Stanęło na tej samej restauracji, gdzie jedliśmy kozę, bo jest blisko i panuje tam swojski klimat. Bez zbędnego kombinowania wzięliśmy pho i na spółkę ryż z wołowiną oraz ananasem. Dania te nie są co prawda specjalnością lokalu, ale wyszliśmy znowu najedzeni i zadowoleni.

Dzisiaj pogoda już się poprawiła, więc po zjedzeniu śniadania (kolejnego w postaci banh mi, ale odrobinę lepszego niż ostatnio) Tomek tradycyjnie popracował, ja wypiłam w pokoju kawę, bo ta podana do śniadania mnie nie zachwyciła, a następnie zeszliśmy na dół w celu wypożyczenia skutera od naszej gospodyni. Wspomniany wyżej azyl dla niedźwiedzi leży ok. 30 km stąd, więc ani spacer, ani rower nie wchodziłyby tu raczej w grę. Ten drugi teoretycznie tak, ale jedynie w przypadku kolarzy bardziej doświadczonych niż my i niekoniecznie na miejskim składaku 😉. Wypożyczenie skutera na cały dzień kosztowało 120 000 dongów, czyli jakieś 17 zł, a dodatkowo zatankowaliśmy do pełna za 10 zł, bo świeciła się już rezerwa. Tomek szybko ogarnął, jak posługiwać się maszyną, bo to oczywiście on był szoferem. Mimo że jechaliśmy głównie spokojnymi drogami, to i tak bardzo go podziwiam, bo ja osobiście za żadne skarby nie podjęłabym się takiego wyzwania, szczególnie w Wietnamie. Co kilkaset metrów zatrzymywaliśmy się, żeby upewnić się, że jedziemy w dobrym kierunku, bo uchwyt na telefon nie działał, ale co to za problem dla tak wytrawnego jak Tomek kierowcy? 



Do azylu dotarliśmy ok. 13, zapominając, że jest to akurat pora karmienia niedźwiedzi, choć należałoby raczej nazwać tę czynność rozsypywaniem pożywienia, które następnie miśki samodzielnie tropią. Pół godziny jednak szybko zleciało i już z wysokości mogliśmy obserwować, jak niedźwiedzie ochoczo wcinają swoją strawę. Sam azyl jest w trakcie rozbudowy i aktualnie składa się z jednej długiej kładki, która umożliwia obserwację zwierząt dyskretnie, nie wywołując u nich niepotrzebnego stresu. Wstęp do azylu kosztował jakieś 7 zł za osobę, były też droższe opcje zwiedzania z przewodnikiem, no ale wiecie, my i przewodnik...



Jak widać, jednego nie upilnowali i się wydostał za ogrodzenie







Na miejscu znajduje się też sklepik z pamiątkami i, jak przystało na takie miejsce, wegetariańska restauracja. Nie skorzystaliśmy jednak z opcji zjedzenia tam i pojechaliśmy do innego miejsca na zupę z makaronem instant — Tomek wybrał wariant z krewetkami, ja z wołowiną i jajkiem, a do tego wzięliśmy jeszcze coś w rodzaju pizzowych bułeczek. Niby nic wyszukanego, a porcje były solidne i ładnie podane. Parę niezjedzonych bułeczek wzięliśmy oczywiście na wynos, bo co się będą marnować.


Zrezygnowaliśmy z początkowych planów zwiedzania innych miejsc, bo zrobiło się nagle po 16, a chcieliśmy wrócić do pokoju na spokojnie przed zachodem słońca. Sam przejazd skuterem w Wietnamie był dla nas i tak wystarczającą atrakcją, a zresztą, jak to mawiał kiedyś nasz kolega Przemek, "więcej nie zobaczysz, niż możesz zobaczyć". Tak czy inaczej pierwsze koty ze skuterem za płoty i Tomek może być naprawdę z siebie dumny. Sam zresztą przyznał, że kolejnym razem będzie już bez większych oporów wypożyczał skuter, gdy przyjdzie taka potrzeba. Inna sprawa, że teraz, gdy tworzę posta, ucina sobie drzemkę niczym miś w trakcie zimowego snu, czemu zresztą w ogóle się nie dziwię 🐻🤭 (za to ja się dziwię, że nie zrobiła mi zdjęcia — Tomek).

Pobyt tutaj zleciał raz-dwa, a jutro jedziemy do miejscowości o nazwie Phong Nha, gdzie znajdują się różne jaskinie i park krajobrazowy, więc nie powinniśmy się tam nudzić. Początkowo chcieliśmy podzielić podróż na krótsze etapy, a mnie korcił przejazd wietnamskim pociągiem, ale jednak logistycznie i ekonomicznie autobus z miejscami leżącymi miał znacznie więcej sensu. Nie ukrywam, że trochę mnie już ten środek transportu mierzi, ale z drugiej strony podróż zlatuje dość szybko w całkiem komfortowych warunkach. Pocieszam się też myślą, że sześć i pół godziny to ciągle dość krótko w porównaniu do trasy z Ha Giang do Ha Long, która trwała trzy godziny dłużej. Dzisiaj pozostaje nam już tylko kolacja i może jakiś krótki spacer. Do następnego!



Myślałem, że w wiaderkach z lodem chłodzi się tylko szampana, a tu taki myk

Wietnamskie klopsiki

Jeśli w menu jest sałatka z papai albo kwiatów bananowca, to trzeba ją brać

Bardzo ciekawe sajgonki z krewetkami

A na deser marakuja w gratisie — uwielbiamy!

8 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawe wyprawy👍A te skutery!! Podziwiam za odwagę. Udanej podróży do nowego miejsca. Pozdrawiamy Mama i Tata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też pozdrawiamy, a ze skuterem nie było tak źle, ale w Hanoi byśmy nie wsiedli.

      Usuń
  2. Brawo 👏👏👏za wyprawę skuterem.... fajnie wyglądaliście ☺️Szczęśliwej podróży do następnego miejsca😘

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, już jesteśmy w Phong Nha, wkrótce pojawi się post.

      Usuń
  3. Lubię czytać te Wasze relacje są ciekawe.Gratuluję odwagi.Piszcie dalej i wstawiajcie fotki bo fajnie się Was ogląda.Powodzenie🙂🙂Bernadka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz i pozdrawiamy! Fajnie wiedzieć, że nasze bazgroły ktoś jeszcze czyta :)

      Usuń
    2. Ja je dopiero zaczynam czytać 🤪

      Usuń
    3. Lepiej późno niż wcale 😉

      Usuń