Ostatni dzień w Ha Long postanowiliśmy spędzić na luzie, a naszym głównym celem było doładowanie karty do telefonu w salonie stacjonarnym. Teoretycznie była możliwość zrobienia tego przez aplikację, ale mimo że pieniądze zeszły z konta, to ważność karty się nie przedłużyła. Wise twierdzi, że jeśli sprzedawca do kilku dni nie otrzyma środków, to powinny automatycznie wrócić na konto. Trzymamy więc za słowo 😉. Po załatwieniu sprawy poszliśmy do piekarni (która często magicznie pojawia się w momencie, gdy jej człowiek nie szuka), gdzie kupiliśmy pieczywo oraz po kawałku pizzy na szybką przekąskę (co prawda na drożdżowym spodzie, ale jest!), a następnie wypiliśmy mrożoną kawę w kawiarni obok jeziora. Wczoraj grzało naprawdę solidnie, więc delektowaliśmy się niespiesznie jej doskonałym smakiem. Wietnamska kawa, o ile nie jest oszukana, bez cienia wątpliwości ma zdolność przenoszenia człowieka w inny wymiar, a wszystkie niedogodności dzięki niej przestają mieć znaczenie.
Po odpoczynku poszliśmy na dalszy spacer, obchodząc dwa niewielkie zalewy i podziwiając przedziwną architekturę w okolicy. Moją uwagę przykuł budynek, który wyglądem przypominał świątynię (Tomek porównał ją do meczetu Hagia Sofia), a w rzeczywistości okazał się jakąś prywatną rezydencją. W pobliżu nie brakowało zresztą budynków z osobliwymi formami architektonicznymi, które nie bardzo pasują do azjatyckiej kultury, ale kto bogatemu zabroni? Oczywiście zewsząd spozierały też na nas choinki oraz bałwanki, zwiastując nadchodzące Święta. Na obiad zjedliśmy kleisty ryż z kalmarowymi kotlecikami — bardzo smaczne danie, choć porcja była tradycyjnie dość symboliczna. Później jeszcze wizyta w sklepie i powrót do pokoju, gdzie sprawdziliśmy wspólnie napisy Tomka, a później odmóżdżaliśmy się, oglądając różne niezbyt mądre rzeczy 🤭.
Dzisiaj postanowiliśmy pospać trochę dłużej i zrezygnowaliśmy z hotelowego śniadania, żeby nie musieć oczekiwać zbyt długo na prom na wyspę Cat Ba. Zresztą ile można jeść tostów z jajkiem? Spakowaliśmy się więc na spokojnie, zjedliśmy w pokoju kupiony wczoraj chleb posmarowany serkiem topionym (też się dziwię, że jest tu do kupienia), i akurat zrobiła się godzina, by zamawiać Graba. Tym razem przyjechał błyskawicznie, bo przecież jesteśmy w mieście, a nie na zapomnianej przez Boga i ludzi prowincji. Na miejscu kupiliśmy bilety na prom oraz busik, który kursuje między portem a centrum Cat Ba. Prom wypływał o 12:00, nie o 11:30 jak sugerowały informacje w Internecie, więc usiedliśmy przy kawie, obserwując innych backpackerów, którzy również postanowili nie przepłacać za rejs po zatoce Ha Long. Mówi się, że zatoka ta jest mocno przereklamowana, ale nam się bardzo podobała, przynajmniej do momentu, kiedy liczne statki zaczęły szpecić krajobraz. Strategicznie wybraliśmy miejsca znajdujące się blisko wyjścia, więc bardzo szybko znaleźliśmy się w busie, który po pół godziny dojechał do centrum wyspy.
Kolejny raz zdecydowaliśmy się na nocleg w hotelu, bo po prostu się to opłaca — doba za jedną osobę kosztuje jakieś 20 zł, a standard jest nieporównywalnie lepszy od prywatnych kwater na północy, choćby tej, w której musieliśmy się ratować grzejnikiem. W hotelu przywitała nas miła recepcjonistka, mówiąca nawet po angielsku i posiadająca niewątpliwie cięte poczucie humoru. Na dzień dobry, bez cienia krępacji, wypaliła z uśmiechem, że Tomek wygląda na zmęczonego (chwilę wcześniej targaliśmy toboły pod górę), na co on odparł, że lepszego komplementu w życiu nie usłyszał. Po tych wszystkich uprzejmościach rozładowaliśmy torby i poszliśmy w kierunku, jakżeby inaczej, punktu widokowego. Najpierw jednak trafiliśmy do restauracji w pobliżu hotelu, bo od śniadania jeszcze nic nie jedliśmy. Tomek wziął ryż z krewetkami, a ja zupę tom yum z owocami morza, pychota. Na pewno jeszcze tu wrócimy.
Po drodze trafiliśmy też do portu rybackiego, wielokrotnie odmawiając miejscowym, próbującym sprzedać nam różne rzeczy. Jeden gość produkował się po wietnamsku, nie zwracając uwagi, czy coś w ogóle rozumiemy, więc zaczęłam swoje wywody w ojczystym języku i to w końcu pomogło. Trzeba tę metodę chyba częściej stosować. Po wizycie na dwóch punktach widokowych (z czego pierwszy widokowy był tylko z nazwy) i obserwowaniu stada kóz, które niekoniecznie były skore ustępować nam drogi, odkryliśmy przypadkiem najbardziej czaderską fontannę, jaką w życiu widzieliśmy. Nie dość, że podświetlana, to oferowała jeszcze różnorodne pokazy w rytm akompaniującej jej muzyki. Siedziałam tam przed kilkanaście minut totalnie zahipnotyzowana, więc zdecydowanie trzeba będzie jeszcze tam zajrzeć.
Ostatnim punktem programu była kolacja we wcześniej wspomnianej restauracji. Tym razem wzięliśmy sajgonki oraz sałatkę z papai i owoców morza w formie przystawki, a jako główne dania wołowinę na gorącym półmisku i wytrawne naleśniki, bardzo tutaj popularne. Wszystko było bardzo sycące, smaczne i świeże, a za całość zapłaciliśmy tylko 46 zł z piwem i herbatą. Zdecydowanie oceniamy to jedzenie mianem najlepszego, jakie mieliśmy okazję spróbować w Wietnamie. Biję się też od razu w pierś, gdyż przyznaję, że nie byłam początkowo przekonana do tego miejsca. Wyglądało jakoś mało autentycznie, klientelę stanowili głównie turyści, co zawsze jest dla mnie trochę podejrzane, a na dodatek wybór w menu był przeogromny, co zwykle nie sugeruje nic dobrego. Na szczęście jednak się pomyliłam, bo miejsce jest super pod każdym względem. Wygląda też na to, że może za bardzo zafiksowaliśmy się na punkcie street foodów, więc trzeba będzie to zmienić.
Możemy chyba ostrożnie powiedzieć, że na Cat Ba póki co panuje dobry klimat i mamy nadzieję, że tak będzie już do końca pobytu. Nie ukrywamy, że pierwszy miesiąc w Wietnamie nie był dla nas bułką z masłem, a północ kraju nieraz dała nam w kość, więc zielona wyspa ma szansę być strzałem w dziesiątkę w przypadku takich miłośników natury jak my. Trzymajcie dalej za nas kciuki i nie wstydźcie się udzielać w komentarzach czy prywatnych wiadomościach, bo wiele to dla nas znaczy. Bierzcie przykład z naszych rodziców, najwierniejszych czytelników bloga 💪😃.




Trzymamy kciuki za Was. Cieszymy się,że Wam się podobać Wietnamie i oby nic tego nie zepsuło. A te zające pod choinką są powalające 😀Ale czemu nie?
OdpowiedzUsuńMamy nadzieję ,że jeszcze czyta ktoś te wasze super relacje 🤗 Można na chwilę zapomnieć o ,,TU I TERAZ "i przenieść się tam gdzie Wy ,by poczuć ten klimat☺️Cieszcie się tym co widzicie i przeżywacie ,nawet te dające w kość sytuację ,które napewno pamiętać będziecie najdłużej😋Czekamy na nowe wpisy mając nadzieję że nie znudzi się Wam ten przekaz .Pamiętajcie że są twardziele którzy nigdy nie odpuszczają 😅 Powiedzenia 💓
OdpowiedzUsuńObiecałam poprawę i jest 😸 W lutym czytam posty z grudnia 🤣🤣🤣🤣
OdpowiedzUsuńBrawo Ty 🤭😘
Usuń