23 grudnia 2025

Hue hue hue

Na decyzji o zatrzymaniu się w Hue zaważył nie tyle fakt, że jest to dawna stolica Wietnamu z czasów, gdy krajem tym panowała dynastia Nguyen, a bardziej chęć zrobienia sobie krótkiej przerwy w drodze do Hoi An. Okazało się jednak, że pobyt tutaj okazał się ciekawy nie tylko ze względów historycznych.

Rezerwując nocleg w tutejszym hostelu, mieliśmy świadomość, że śniadania mogą nas nieco rozczarować, bo też czego się tu spodziewać za 19 zł od osoby. Ciekawe było jednak to, że zamówienia na najważniejszy podobno posiłek dnia dokonywało się tutaj dzień wcześniej, wybierając zawczasu, co się chce zjeść i o której. Na pierwszy rzut wzięliśmy oczywiście opcję lokalną, czyli bagietkę z mięsem wieprzowym. Była całkiem nieźle nadziana i choć nie pierwszej chrupkości, to ciągle lepsza od tej przygotowanej przez gospodynię w homestayu w Tam Coc. Po śniadaniu Tomek pracował, ja oczywiście piłam kawę, a w międzyczasie czekaliśmy, aż deszcz trochę ustanie. Ok. 11:00 pogoda była już całkiem sympatyczna i ruszyliśmy w kierunku Cesarskiego Miasta, wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Po drodze musieliśmy wielokrotnie odmawiać kierowcom wszechobecnych tutaj riksz (czasem poza przewozem proponowali marihuanę), a miejscowa kobieta namawiała nas na taksówkę wodną, twierdząc, że cel naszej wycieczki jest zbyt daleko, by dojść tam pieszo. Pół godziny pieszo to za daleko? Śmiechu warte.

Wchodząc do pełnego zabytków kompleksu nie sądziliśmy, że spędzimy tam aż tyle czasu. Wstęp kosztował ok. 30 zł od osoby, więc taniej niż ostatnia wspaniała jaskinia. Chodząc od jednego budynku do drugiego, próbowaliśmy przy okazji nie wyrżnąć orła na śliskich kafelkach. Lepiej w końcu postawić ostrzeżenie "slippery floor", zamiast wymienić podłoże na coś bardziej przyjaznego turystom 🤐.












W każdym razie zwiedzaniu nie było końca, a dawna siedziba władców przypominała miejscami niezły labirynt, w którym na próżno było szukać właściwego wyjścia. W końcu jednak się udało i po ponad trzech godzinach usiedliśmy, szukając opcji obiadowej. Skończyło się na wczorajszej uroczej restauracji, gdzie Tomek wziął świeże sajgonki, a ja bun bo Hue, by ocenić, czy zupa będzie lepsza od tej z poprzedniego dnia. Raczej nie była, ale i tak oczywiście po odpoczynku w pokoju wróciliśmy tam później na kolację, bo bardzo polubiliśmy to miejsce. W drodze powrotnej podeszliśmy też do pralni nieopodal noclegu zrobić cenowy rekonesans, ale było już za późno, żeby zanieść ubrania. W każdym razie opcja do rozważenia, bo cena za kilo prania z suszeniem to jedyne 17 000 VND, czyli jakieś 2,30 zł (przy minimum 3 kg). 

W poniedziałek po śniadaniu (tym razem w postaci smacznego omleta i o dziwo świeżej bagietki z masełkiem) uznaliśmy, że skorzystamy z opcji zrobienia prania, szczególnie że wilgotność powietrza znowu dawała się nam oraz naszym ciuchom we znaki. Pranie teoretycznie miało być gotowe za trzy godziny, więc może jeszcze gdzieś później wyskoczymy. Tomek i tak tylko narzeka, jak to go bolą nogi, więc strach już proponować pójście gdzieś z buta 😉. Pranie zaniosłam ja, bo Tomek postanowił wyprać dosłownie wszystko poza kąpielówkami — na szczęście daleko nie miałam, bo pralnia była tuż za rogiem. Na miejscu dowiedziałam się, że pranie powinno być gotowe maksymalnie do 17, więc nie za trzy godziny, a za siedem, ale i tak się zdecydowałam, w duchu licząc, że może będzie szybciej. Zostawiłam też numer kontaktowy, by mnie powiadomiono na Whatsappie o możliwości odbioru.

W pokoju Tomek zabrał się za napisy, a ja w trakcie degustacji kawy przypomniałam sobie, że moje włosy wymagają przecież podcięcia końcówek, a najlepiej też jakiegoś zabiegu odżywczego. Miałam się wybrać do fryzjera przed wyjazdem, ale tyle było rzeczy na głowie, że zwyczajnie już nie zdążyłam. Zrobiłam więc rekonesans pobliskich salonów fryzjerskich, szukając takiego dostępnego na Whatsappie albo Messengerze, żeby wypytać o szczegóły keratynowego prostowania włosów. Rozważałam tę opcję jeszcze w Polsce ze względu na puszące się kosmyki, ale jakoś nigdy nie umiałam się za to zabrać. Inna sprawa, że ceny za tego typu usługi w Wietnamie są znacznie niższe i niekoniecznie gorszej jakości 😉. W końcu się udało i po wymianie kilkunastu wiadomości (moje po wietnamsku były tworzone za pomocą tłumacza, bo wiedziałam, że po angielsku może być ciężko się porozumieć) postanowiłam wyjść ze swojej strefy komfortu (jakby coś takiego występowało w Wietnamie, hue hue hue) i ruszyć w kierunku wybranego już salonu fryzjerskiego. Po dotarciu na miejsce pokazałam jednemu z pracowników przygotowaną wcześniej wiadomość, że ja to ja, i zaproszono mnie do środka. Zabieg zaczął się od dokładnego umycia włosów połączonego z masażem głowy, co było bardzo przyjemne. Później fryzjerka nałożyła mi na głowę keratynę i pozostawiła ją do wchłonięcia na jakieś 30 minut. Następny etap to suszenie i prostowanie włosów, przy którym zaczęłam się nieźle pocić. Człowiek poci się tutaj zupełnie bez powodu, a tu jeszcze przykładają mu gorącą prostownicę do głowy... Dostałam na szczęście serwetkę do otarcia twarzy, a nawet postanowiono przede mną wentylator. Trochę głupio mi się zrobiło, ale z drugiej strony to miłe, że tak potrafią się klientem zaopiekować. Jeszcze tylko podcięcie końcówek i et voilà! Za mycie, strzyżenie i keratynowy zabieg zapłaciłam ok. 314 zł, co jest uważane za naprawę konkurencyjną cenę. Za sam zabieg keratynowego prostowania włosów w Polsce płaci się najczęściej od 400 do 800 zł, nie mówiąc już o reszcie usług. Teraz pozostaje mi tylko kupić odpowiedni szampon, żeby nie zniweczyć zbyt prędko działania zabiegu, i mieć nadzieję, że włosy rzeczywiście będą po nim lepiej ze mną współpracowały. Już w Polsce bywało z nimi ciężko, a co dopiero tutaj, w tak wilgotnych warunkach. Mimo wielu obaw cieszę się, że się przełamałam, bo było to ciekawe doświadczenie.



Włosy po keratynie + koszulka idealna na dzień prania 

Gdy po 17:00 ciągle nie miałam żadnej wiadomości z pralni, trochę się zmartwiłam, ale uznałam, że poczekam jeszcze trochę, żeby nie wyjść na natrętną. Gdy jednak wybiła 19:00, stwierdziłam, że czas tam podejść, bo trzeba się wybrać na kolację, a Tomek w kąpielówkach na wietnamskich ulicach wywołałby pewnie niemałą sensację. Pranie oczywiście było już gotowe i to pewnie od dawna, ale po co informować klienta... Wszystko było jednak czyste, pachnące i dokładnie poskładane, a wypranie 7,5 kg ubrań wyniosło nas jedyne 130 000 VND (mniej więcej 20 zł), więc to naprawdę niezły deal. Tak tanio nie płaciliśmy jeszcze w żadnym miejscu, a jakość mimo niskiej ceny wcale nie była gorsza. Gdyby jeszcze tylko informowali klienta zgodnie z obietnicą, to już w ogóle nie mielibyśmy zastrzeżeń. Dzień zakończyliśmy kolacją tam, gdzie zawsze, po czym Tomek szybciej się położył, a ja stworzyłam większość tego posta. Kończę go pisać z gorącego Hoi An, w którym dzisiaj się zameldowaliśmy, ale o tym będzie już w kolejnym wpisie. Pewnie i tak jesteście teraz zajęci patroszeniem karpia czy mieleniem maku, więc jeśli w ogóle tu zaglądacie, to jest nam bardzo miło. Pozdrawiamy naprawdę gorąco 🥵...




1 komentarz:

  1. Wow 🤗 efekt na włosach 👏👏👏Jutro Wigilia ... Ciekawe sejak Wy.tam ja spędzicie ? Jak tam wygląda święto Bożego Naro6dzenia Pozdrawiamy.i.WESOLYCH Świąt 🎄❤️

    OdpowiedzUsuń