Sztuczna inteligencja idealnie zaplanowała nam trasę dojazdową, stwierdziła, w co wsiąść i gdzie wysiąść.
W taki sposób dosyć sprawnie dotarliśmy na nasz przystanek docelowy w dzielnicy Kaisariani. Stąd czekał nas kilkudziesięciominutowy spacer do naszego celu nr 1, klasztoru Kiesariani.
Ścieżka wiodła głównie przez las, więc widoki były mocno ograniczone. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w pobliżu ruin wczesnochrześcijańskiej bazyliki, gdzie zjedliśmy kupioną nieopodal naszego noclegu spanakopitę z serem.
W centrum widać Akropol, z tej odległości nie robi takiego wrażenia
Posileni ruszyliśmy dalej. Po jakimś czasie dotarliśmy do klasztoru. I tu pierwsza wtopa — wstęp miał kosztować 3 euro, a kosztował pięć. Nie lubimy przepłacać, bo przecież najlepsze atrakcje są za darmo, więc zgodnie z życzeniem Moniki (stąd tytuł posta) ruszyliśmy na najwyższy szczyt Hymetu — Evzonas (1026 m n.p.m.). Miało być łatwo i sympatycznie. I było do pewnego momentu. Z samej góry roztacza się rozległy widok na okolicę. Na szczycie znajduje się coś w rodzaju bazy wojskowej, więc poruszanie się po terenie jest dosyć utrudnione.
Monika i jej bezcukrowe ciastko na szczycie. Jeszcze nie wiemy, co nas czeka
Droga w górę dała nam w kość, postanowiliśmy zejść do najbliższej cywilizacji, skąd odjeżdża jakikolwiek autobus pod jakąkolwiek stację metra. Posiłkując się po raz kolejny Perplexity, udało mi się ustalić, że najłatwiej będzie zejść do dzielnicy Papagou, skąd odjeżdżać miał autobus linii 409 w kierunku stacji metra Ethniki Amina. Wyznaczyłem więc trasę w Organic Maps i w drogę! Już za półtorej godziny będziemy na przystanku... Akurat.
Początkowo nic nie zwiastowało problemów, ścieżka była wygodna, mało kamienista, dobrze oznaczona. Do czasu. Kamieni było coraz więcej, a oznaczenia tak jakby coraz rzadsze, aż w końcu na którymś rozwidleniu, o ile stertę głazów można nazwać rozwidleniem, zupełnie znikły. Nawigacja prowadziła zupełnie nieintuicyjnie, postanowiliśmy iść więc na przełaj. Drogę, do której mieliśmy dojść, widać było już nieco niżej.
Do tej drogi musieliśmy zejść, potem jeszcze tylko 3 km przez las i jesteśmy na przystanku ;)
Dalej mógłbym już nic nie pisać, bo pewnie domyślacie się, jak się kończy kierowanie się "na oko"
w nieznanym terenie. Podpowiem: podrapanymi nogami od różnych chaszczy, stresem, że nie zdążymy przed zachodem (nie zdążyliśmy, ale nie było jeszcze całkiem ciemno, więc bez dramatu) i podobnymi tematami. Do tradycji przeszło już zresztą, że w zasadzie każda zaproponowana przez Monikę trasa, która z założenia ma być lekka, łatwa i przyjemna, kończy się niemal walką o przetrwanie. A to droga, której widok ucieszył mnie, jak mało który.
Na koniec zdjęcia z pustego autobusu. Na szczęście przyjechał. Perplexity dało radę. Zawiódł człowiek :). Ciekawostka: na przystankach nie ma typowego rozkładu jazdy. Napisane jest tylko, z jaką częstotliwością dana linia jest obsługiwana. Nasza w niedzielę miała częstotliwość 25-35 minut. Mówiłem, że w Atenach czasu nie liczą. Przyjechał po dziesięciu, więc można powiedzieć, że mieliśmy szczęście. Kroków dzisiaj: 25 tysięcy.
Monika dobrze wie, że to był jej pomysł ;)



Mieliście dzień z adrenaliną ☺️ Super przygoda...niekiedy warto uwierzyć kobiecie 🤗
OdpowiedzUsuńCzyta się ten blog superowo.Monika,Tomek kibicujemy Wam w tej przygodzie życia 🙂 ,pozdrawiam Adrian
OdpowiedzUsuń