Wtorku za bardzo nie ma co opisywać, bo Tomek poświęcił się obowiązkom, ale pod wieczór poszliśmy na zupę z owocami morza oraz odkryliśmy kolejny supermarket.
Standardowa wietnamska knajpa
Wróciliśmy z niego z przecenionymi krewetkami, które smakowały wybornie. Wzięliśmy też na próbę dwie żaby z niezwykle umięśnionymi udkami. Nie ma się co dziwić, że są takie fit, skoro skaczą całymi dniami. Mięso było dość delikatne, w smaku przypominające kurczaka, ale jakoś szczególnie nas nie porwało. W sklepie było ogólnie sporo promocji na produkty, którym tego dnia kończyła się data ważności. Popieramy.
W środę przyszła pora na pierwszą wycieczkę skuterem. Spontanicznie wybraliśmy się do niewielkiego ogrodu z czapetkami samarangijskimi (to owoc o ciekawym kształcie, przypominający w smaku jabłko), ciekawego, choć zaniedbanego miejsca. Później pojechaliśmy do spokojniejszej części miasta, gdzie zaparkowaliśmy (o dziwo za darmo) przy jakiejś restauracji i stamtąd ruszyliśmy na spacer.
Grzało okropnie, więc z radością usiedliśmy przy mrożonej kawie, szukając opcji jedzeniowych.
To znaczy Tomek szukał, ale to ja wpadłam na pomysł zjedzenia banh xeo. W restauracji oferującej to danie spotkaliśmy sympatyczną rodzinkę z Polski, co było dość zaskakujące, bo Can Tho nie jest szczególnie popularne wśród turystów. Dodam, że w tej części Wietnamu naleśników nie zawija się w papier ryżowy, tylko w liście, a ciasto jest delikatniejsze od tego na północy kraju. Do naleśników zamówiliśmy banh khot, wytrawne babeczki z owocami morza i innymi dodatkami (wersja dac biet, czyli na bogato). Podobnie jak dzień wcześniej skoczyliśmy później do sklepu, a na kolację zjedliśmy krewetki. Owoców morza nigdy dość!
Banh xeo, wzięliśmy jeden z kaczką, drugi z krewetkami i mięsem
Kolejnego dnia wstaliśmy trochę wcześniej, żeby wybrać się skuterem gdzieś dalej i poczuć znów klimat wietnamskich wiosek. Udało nam się nawet wraz z miejscowymi przeprawić statkiem przez rzekę, co wywołało u nich niemałą sensację. Podróżowanie skuterem ma tę zaletę, że pozwala na odwiedzanie zakątków, do których w normalnych warunkach by się nie trafiło. Ludzie żyją tam zdecydowanie spokojniej niż mieszczuchy. Niby tak jest wszędzie, ale w Wietnamie, który bywa bardzo hałaśliwy i chaotyczny, taki kontrast jest szczególnie widoczny. Na jednej z takich wiosek znaleźliśmy niespodziewanie kawiarnię, w której mrożona kawa kosztowała jedyne 1,40 zł. Powiedzcie sami, jak po takich doświadczeniach przestawić się na europejskie ceny kaw w lokalach? 🙈
W drodze powrotnej udało się znaleźć miejsce z bun bo Hue (taka zupka z dużą ilością mięsnych dodatków), ale zanim to nastąpiło, postanowiliśmy ewakuować się z ławki na skwerku, bo miejscowe dziewczyny skradały się za nami niczym paparazzi. Europejczyk w tej części Azji nie ma lekko 😉. Na kolację wjechały mini rybki, przy których namęczyłam się niemiłosiernie, próbując wydłubać z nich kręgosłupy.
Ostatni dzień w Can Tho również przeznaczyliśmy na wycieczkę skuterem. Tym razem udało się skorzystać z dłuższej przeprawy na bardzo zieloną wyspę, na której czas jakby się zatrzymał. Tomek miał niezłe wyzwanie, próbując manewrować skuterem na bardzo wąskich dróżkach, ale poradził sobie doskonale. Zawsze chciałam choć na chwilę zostać pasażerką takiego pojazdu, a marzenie to niespodziewanie spełniło się dopiero na drugim końcu świata 🤭.
Ponieważ jednak od skutera potrafią po jakimś czasie nieźle rozboleć cztery litery, a ja nie potrafię za długo na nich wysiedzieć, to namówiłam Tomka na spacerek po wyspie. Było to bardzo przyjemne doświadczenie, choć mieszkańcy wyspy wydawali się odrobinę nieufni. W sumie nas to nie dziwi, bo w takie miejsca nikt z zagranicznych raczej się nie zapuszcza.
Widok bananów zawsze nas cieszy
A ten owoc to jackfruit
Gdybyśmy mieli opisać Deltę Mekongu, pewnie użylibyśmy takiego zdjęcia
FILM 3 - uwierzcie, że jazda po takim czymś to niezły hardkor
W oczekiwaniu na przeprawę powrotną również musieliśmy zmierzyć się z zainteresowaniem, jakie tam wywołaliśmy, na szczęście w miarę pozytywnym. W pokoju przekąsiliśmy jakieś sklepowe pierożki, a później wątróbkę wieprzową z bakłażanem. Co prawda z mojej winy wzięliśmy jej za dużo i trzeba ją było wozić do kolejnego miejsca, ale przynajmniej kolację pierwszego dnia mieliśmy z głowy. Tradycyjnie się rozgadałam, więc zdradzę jeszcze tylko, że od wczoraj jesteśmy w Rach Gia, czyli coraz bliżej Kambodży, do której najprawdopodobniej trafimy po zakończeniu przygody z Wietnamem. Wizy mamy do 29 stycznia i planujemy je wykorzystać na maksa. Trzymajcie kciuki i bądźcie z nami dalej! 😘

Wietnam przebyty to pora na odwiedzenie Angkor Wat? :D
OdpowiedzUsuńŻabki wyglądaj,toą dość smakowicie😁Krajobraz piękny i ciepło ,to jest to czego brakuje nam w Polsce ...spokojnego przemieszczania się życzymy i czekamy na dalsze relacje 🤗♥️
UsuńAngkor Wat jak najbardziej jest w planach :)
Usuń