Nim skuter się rozkraczył, udało nam się na chwilę zajrzeć na miejską plażę. Pierwotnie chcieliśmy tam spędzić cały dzień, ale komercja oraz hałas dobiegający z każdej strony skutecznie nas odstraszyły. Pech chciał, że była to akurat niedziela, więc lokalsi postanowili tłumnie świętować weekend, niejednokrotnie w akompaniamencie puszczanego na cały regulator karaoke. Poważnie, siadali pod parasolem z mikrofonem i fałszowali, ile fabryka dała. Nie od wczoraj wiemy, że Wietnamczycy niekoniecznie przejmują się zasadami współżycia społecznego – muzykę bez słuchawek lubili często puszczać w sleeper busach, ale karaoke to już wyższa forma tortur. Sama plaża naprawdę ładna, szeroka i całkiem malowniczo położona, ale co z tego, skoro nie sposób na niej wysiedzieć.
Cała przygoda ze skuterem strasznie nas zmęczyła, do tego stopnia, że postanowiliśmy dać sobie spokój z wynajmem, choć jeszcze w niedzielę znalazł się hotel, który oferował taką opcję. Coś nam tam jednak śmierdziało, więc resztę pobytu spędziliśmy na spacerach i odpoczynku w pokoju, znów dokształcając się z polskiej kinematografii z dawnych lat. Pierwotnie chcieliśmy zrobić sobie wycieczkę na wyspę Phu Quoc oraz wziąć na niej jeden nocleg, ale odstraszyły nas dwie rzeczy. Pierwszą był fakt, że południowa część wyspy to jeden wielki park rozrywki, a na część północną, bardziej zieloną, trudno się dostać bez skutera. Druga sprawa to kwestia znalezienia sensownego noclegu w dobrej cenie. Większość negatywnych opinii z Internetu magicznie znika, a bywa, że podróżnym po przyjeździe oferuje się nieporównywalnie niższy standard pokoju od tego, jaki pierwotnie rezerwowali. Do tego jeszcze koszt promu w obie strony i uznaliśmy, że gra jest niewarta świeczki. Na otarcie łez ostatniego wieczoru udało się zjeść bardzo dobrą kolację. Hitem okazały się kurze łapki, które, pojawiając się na stole, totalnie nas zaskoczyły, gdyż myśleliśmy, że zamawiamy coś innego. Na szczęście nie rozszyfrowaliśmy wietnamskiej nazwy, dzięki czemu mogliśmy spróbować tego zaskakująco dobrego smakołyku. Czy wiecie, że można takie łapki jeść w całości? O dziwo łatwo je przeżuć, nie to co ślimaki. Gdybyście mieli okazję spróbować, to szczerze polecamy. Chrupią jak chipsy.
Od wczoraj jesteśmy w Kambodży, w której spędzimy najbliższy miesiąc. Co będzie później? Czas pokaże, ale mamy nadzieję, że będziecie nadal śledzili nasze przygody. Dziękujemy też z całego serca za wszystkie komentarze, wiadomości oraz wsparcie, jakie od Was otrzymaliśmy w ciągu tych trzech miesięcy. Możecie wierzyć lub nie, ale naprawdę ogromnie je doceniamy. Zdajemy sobie sprawę, że posty publikujemy rzadziej niż na początku działalności bloga, ale taka podróż to niezłe wyzwanie i bywamy czasem zbyt zmęczeni, by relacjonować każdy dzień z osobna. Liczymy jednak na Waszą wyrozumiałość, a jeśli nasze wpisy nadal będą sprawiały Wam choć odrobinę radości, to będzie nam bardzo miło. Do zaś! ❤️
A na koniec galeria w kupie.
Widoczek ze schodów buddyjskiej świątyni w Ha Tien
W nogę grają tu do późna, zresztą narodowa kadra Wietnamu ostatnio jest na fali
Tu do wszystkiego w gratisie podają zieloną herbatę z lodem, miło
Kochani 💞 Dziękujemy za naprawdę fajne relacje z Wietnamu.Zyczymy Wam aby pobyt w Kambodży był mniej problemowy i wyleczył Wasze nerwy w ostatnich dniach w Wietnamie 😋.Raz pod górkę raz z górki jak to w życiu bywa.Czekamy z niecierpliwością na nowości z Waszego pobytu 😍😘
OdpowiedzUsuńO nie! Kolegów Ci wywożą :D
OdpowiedzUsuńAle wiesz, że to Monika pisała tego posta? :p Będziesz się grubo tłumaczył xd T.
Usuń